PRZECZUCIE NIESZCZĘŚCIA
Wiesz, Karolka, czasem budzisz się w nocy i po prostu nie możesz już zasnąć. Tak właśnie miała Zosia jeszcze zanim zrobiło się jasno, leżała i gapiła się w sufit. Sama dokładnie nie wiedziała, czy to zły sen, czy jakieś nieokreślone lęki nie dawały jej spokoju. Miała takie dziwne uczucie, jakby coś ciężkiego osiadło jej na sercu łzy po prostu same zaczęły spływać jej po policzkach, chociaż nie umiała choćby powiedzieć, dlaczego. Jakoś nie mogła oddychać jak trzeba, a poczucie, iż lada moment stanie się coś złego, ścisnęło ją mocno.
Cicho podeszła do łóżeczka, w którym spał jej malutki syn, Staś. Spał tak słodko, uśmiechając się przez sen i oblizując usta jakby śnił o czymś pysznym. Zosia poprawiła mu kocyk, żeby było mu cieplutko, i wyszła do kuchni. Za oknem była czarna noc, taka typowa, bez ani jednej gwiazdy.
Zosiu, znowu nie możesz spać? Usłyszała nagle za sobą głos Pawła.
Znowu, Pawełku. Naprawdę nie rozumiem, co się ze mną dzieje odpowiedziała cicho.
Pewnie ta sławetna depresja poporodowa! próbował żartować mąż.
Ale przecież Stasio ma już prawie pół roku. Ani cienia depresji wcześniej, a teraz nagle coś mnie przytłacza…
Różnie bywa, hormonów nie oszukasz! Nie martw się tak, zobaczysz jakoś to będzie.
Tylko iż mi naprawdę jakoś strasznie wyszeptała, wtulając się w niego.
Wszystko będzie dobrze odparł, obejmując ją mocno.
Minęły trzy tygodnie i Zosia dostała wezwanie do przychodni. Staś właśnie skończył pół roku, więc przyszła pora na badania kontrolne no wiesz, standard: morfologia, lekarze, takie tam rzeczy. Telefon od pielęgniarki całkiem ją zaskoczył.
Czy coś się stało? spytała odruchowo.
Proszę się nie stresować, pani Zosiu, wszystkiego pani dowie się u doktora odpowiedziała cicho kobieta.
W przychodni była straszna kolejka, a Zosia coraz bardziej się denerwowała. Kiedy w końcu weszli do gabinetu, była już cała roztrzęsiona.
Proszę usiąść odezwała się cicho pani doktor Pani Zofio, muszę coś pani powiedzieć. Ale proszę się nie bać, będą potrzebne jeszcze dodatkowe badania.
Ale o co chodzi? ledwo wydobyła z siebie Zosia. Teraz już czuła, iż jej złe przeczucia mogą się sprawdzić.
Wyniki Stasia nie są dobre. Leukocyty są bardzo podwyższone, inne parametry też budzą niepokój. Trzeba będzie powtórzyć krew, tym razem w specjalistycznej placówce.
Gdzie dokładnie? wymamrotała Zosia.
Na oddziale hematologii dziecięcej, najlepiej w Warszawie.
Zosia później zupełnie nie pamiętała, jak wróciła do domu. Paweł już czekał, bo dostał od niej wiadomość i od razu się zwolnił z pracy.
Co się stało, Zosiu? zapytał, widząc jej zapłakane oczy.
Wysłali nas do szpitala, na oddział hematologii powiedziała cicho, prawie bez sił.
Przecież to jeszcze nic nie znaczy! próbował ją pocieszyć.
Przeczuwam, iż to jednak coś poważnego ja już to czułam wcześniej wyszeptała, przytulając mocno synka.
Dopiero tam, po kolejnych badaniach i konsultacjach, wszystko się wyjaśniło. Starszy lekarz, patrząc na wyniki, powiedział cicho:
Ostra białaczka szpikowa. Musimy natychmiast zacząć leczenie.
Zosia tylko płakała. Rozumiesz, po prostu nie mogła uwierzyć, iż to właśnie spotkało ich rodzinę. Chemioterapię Staś przechodził już bez niej sam, na oddziale intensywnej terapii. Ona tylko czekała pod drzwiami.
Proszę iść do domu, dzisiaj nie wpuszczamy nikogo na reanimację! przekonywała ją pielęgniarka.
Ja nie mogę Przecież co mam robić w domu bez synka?
Zosia i Paweł byli ze sobą już 8 lat. Bardzo długo starali się o dziecko. Szpital, badania, terminy i nic. Aż w końcu po tych wszystkich latach pojawił się Staś. Najnowsza euforia ich życia. Nazwali go tak, jak Paweł miał na imię po swoim ojcu, który kilka lat temu zginął w wypadku. choćby babcia ją ostrzegała:
Zosieńko, nie dobrze nazywać dziecka imieniem zmarłego tragicznie! mówiła zatroskana.
Babciu, daj spokój z tymi przesądami śmiała się wtedy Zosia. Była wtedy taka szczęśliwa…
Siedziała teraz przy łóżeczku w sterylnej sali, do której tylko po kłótni z ordynatorem dali jej wejść. Malutki Staś w miesiąc bardzo się zmienił schudł, był blady, choćby oczka miał smutniejsze. Po prostu płakała, bez przerwy, aż pielęgniarki patrzyły na nią ze współczuciem.
Takich operacji nie robimy w Polsce! powiedział nerwowo ordynator, pan Henryk Wesołowski.
Gdzie je robią? Zosia nie zamierzała się poddawać.
W Izraelu. Tam mają sprzęt i doświadczenie. Ale to są niestety ogromne koszty.
Proszę przygotować dokumenty. Pieniądze jakoś zdobędziemy.
Wysłała dokumenty do jednego ze szpitali w Izraelu. Odpowiedź przyszła szybko: przyjmą Stasia na operację, ale koszt ponad 1 200 000 złotych.
Zosiu, choćby jak sprzedamy mieszkanie i samochód, to nie uzbieramy choćby połowy! martwił się Paweł. Ogłosiłem już zbiórkę, ale to nie takie proste.
Mamy tylko dwa miesiące! płakała Zosia. Musimy działać, nie możemy go stracić…
Zbiórka objęła całą okolicę, fundacje, sąsiadów, a choćby nieznajomych. Coś dorzuciła gmina, pomogli wolontariusze. Ledwo udało się zebrać trochę ponad połowę. Czas uciekał, nie można było czekać dłużej.
Jedźcie, ja będę jeszcze zbierać, co się da. Jakby ktoś jednak chciał kupić mieszkanie mówił Paweł, pakując ich do samolotu.
Cała wieś bardzo im współczuła, ale nikt nie był w stanie wyczarować takich pieniędzy.
Już w Tel Awiwie Staś miał pierwsze badania, specjalistyczne testy, a Zosia modliła się tylko o cud. O resztę pieniędzy choćby wolała nie myśleć. Za miesiąc Stasio miał skończyć roczek…
W sąsiedniej sali też leżała Polka Aneta z malutkim Krzysiem. Okazało się, iż mieszkają raptem kilka kilometrów od siebie. Aneta miała więcej szczęścia: udało im się zebrać na zabieg. Tylko iż u nich białaczkę wykryto późno, stan był gorszy. Ciągle przekładali operację, bo wyniki nie pozwalały.
Zosiu, dasz radę! Weźmiesz jeszcze Stasia do zoo, do cyrku My z Krzysiem w zeszłym roku byliśmy, tak się śmiał z misiów, pół godziny stał i je oglądał. Wtedy nie wiedziałam, iż już jest chory. W zoo pierwszy raz dostał krwotoku z nosa, nie mogłam zatamować A potem jeszcze raz i jeszcze Dopiero wtedy poszliśmy do lekarza… już była trzecia faza. Jak mogłam to przegapić!
Anetko, kochana, nie płacz, pójdziemy wszyscy do zoo, jak tylko wyzdrowieją! teraz Zosia przytulała ją i pocieszała.
Wiesz, Zosiu, ja przecież widziałam, iż coś jest nie tak! Krzyś chudł, był blady, kapryśny Dlaczego ja nic nie zrobiłam wcześniej! Moja mama też mówiła Coś z nim nie tak, ale nie chciałam wierzyć płakała Aneta. A przecież słowa w takich sytuacjach są zwykle daremne
Po paru dniach Krzysiowi się pogorszyło, trafił na reanimację, a Aneta została na korytarzu. Siedziała pod drzwiami, łzy jej już nie płynęły po twarzy tylko patrzyła w przestrzeń, czasem ktoś podał jej wodę albo uspokajające. Miała rozbite spojrzenie i wyglądała na starszą o 10 lat.
Pod koniec dnia Paweł zadzwonił do Zosi. Ona, trzymając Stasia na kolanach, spokojnie go kołysała każdą minutę poświęcała tylko synowi.
Zosiu, udało mi się przelać sto tysięcy powiedział cicho więcej na razie nie mam. Ktoś oglądał mieszkanie, młoda para, poprosili o kilka dni do namysłu.
Rozumiem odpowiedziała zmęczonym głosem.
Nagle ich rozmowę przerwał rozdzierający krzyk z korytarza. Telefon wypadł jej z ręki, Staś zapłakał, ale gwałtownie znów zasnął. Zosia wyszła na zewnątrz już wiedziała, co się stało. Aneta siedziała na kolanach pod drzwiami, opłakiwała synka, pielęgniarki próbowały ją pocieszyć, bezskutecznie. Zosia uklękła przy niej i mocno przytuliła.
Anetko, musisz być silna! Musisz żyć dla Krzysia wyszeptała, łkając razem z nią.
Po co mi życie, gdy moje dziecko umarło? szlochała Aneta. To moja wina! Jak z tym żyć?…
Zosia siedziała z nią, choćby jak pielęgniarka podała Anetce zastrzyk uspokajający. Potem już tylko odprowadziła osłabioną koleżankę do sali.
Niech odpocznie powiedział lekarz dyżurny. Jeszcze się napłacze
Zosia tej nocy nie zmrużyła oka. Po prostu czuwała, patrzyła na Stasia, wyobrażając sobie, jak rośnie, jak zdrowieje Chciała po prostu patrzeć na niego do woli.
Następnego dnia przyszła Aneta. Nie płakała była o jakieś 10 lat starsza, oczy miała puste, zmęczone. Długo stały, przytulone w milczeniu.
Niech wam się uda! Musicie się trzymać, macie szansę szepnęła Aneta, kiedy wychodziła. A ja muszę teraz zająć się Krzysiem: pogrzeb, 9 dni, 40 dni Postawię mu pomnik. Proszę, przeczytaj to później, jak już mnie nie będzie… wręczyła Zosi zamkniętą kopertę.
Zosia aż ścisnęła kopertę, kiedy Stasia zabrali na kolejne badania. W środku był list:
Kochana Zosiu! Bardzo chcę, aby Stasiek żył. Niech cieszy się życiem także za mojego Krzysia niech dorasta, uczy się, gra w piłkę, chodzi na sanki. A jak już wrócicie do kraju, koniecznie zabierzcie go do naszego zoo i przywitajcie ode mnie dużego czarnego misia! W kopercie masz pieniądze, których nie zdążyliśmy wydać na leczenie. Niech Stasiek przeżyje bardzo na to liczę!
Zosia płakała ze szczęścia, bo dostała szansę na ratunek. I z bólu, bo cena była tak ogromna.
Pawle, nie musisz sprzedawać mieszkania! powiedziała potem przez telefon. Będziemy mieli dokąd wrócić!
Ale a pieniądze?
Są! Najważniejsze, iż mam nadzieję
W głosie Zosi było już coś, co w końcu podniosło Pawła na duchu. Miał nadzieję po raz pierwszy od miesięcy.
Operację zrobiono dzień po pierwszych urodzinach Stasia. Te kilka następnych tygodni spędzili zamknięci na oddziale, a potem potem było już lepiej, lepiej z dnia na dzień. Stasio odzyskiwał apetyt, zaczął się bawić, znowu się śmiał i choćby pierwszy raz powiedział coś podobnego do mama. Zosia popłakała się wtedy z radości.
A gdy wreszcie wrócili do Polski, zabrali Stasia do zoo do tego samego, o którym wspominała Aneta w liście.
Niedźwiedź! wskazywał Staś paluszkiem na ogromnego czarnego misia w klatce.
Nie niedźwied, tylko niedźwiedź śmiała się Zosia.
Przechadzali się razem Paweł z synem na barana, Staś cieszył się, zjadał lody, oglądał zwierzęta. Szpital został daleko za nimi, a teraz życie nabrało kolorów. Tylko czasem, kiedy w nocy Zosia czuła lekki niepokój, po cichu podchodziła do łóżeczka i słuchała spokojnego oddechu swojego synka. I już wiedziała damy radę, przed nimi jeszcze całe życie. Za siebie i za tego chłopca, który im to życie podarował…








