Przecież wyraźnie prosiłam: NIE PRZYPROWADZAJCIE DZIECI NA WESELE! — Rodzinne spięcia, tradycja kontra zasady pary młodej i jak obroniliśmy naszą wymarzoną, kameralną uroczystość

twojacena.pl 5 dni temu

Mówiłam, żeby nie przyprowadzać dzieci na wesele!

Drzwi sali bankietowej otworzyły się powoli, a ciepłe, złote światło zalało korytarz. Stałam w białej sukni ślubnej, lekko unosząc dół kreacji, by nie zdradzić drżących rąk. Delikatna muzyka, uśmiechnięci goście, kelnerzy ustawiający kieliszki z szampanem Wszystko było tak, jak razem z Arturem wymarzyliśmy.

Prawie wszystko.

Właśnie zbierałam się na odwagę, by wejść na salę, gdy na zewnątrz rozległ się pisk hamulców. Przez szklane drzwi zobaczyłam, jak podjeżdża stary srebrzysty kombi. Otworzyły się drzwi, a z auta wysypała się rozgadana grupa: ciocia Grażyna, jej córka z mężem i piątka dzieci, które natychmiast urządziły sobie wyścigi wokół samochodu.

Zimny dreszcz przeszedł mi po plecach.

Tylko nie to wyszeptałam.

Obok stanął Artur.

Przyjechali jednak? zapytał, patrząc w tym samym kierunku.

Tak. I z dziećmi.

Zamiast wejść na salę, staliśmy w drzwiach, niczym aktorzy, którym nagle zabrakło tekstu tuż przed premierą.

W tej chwili dotarło do mnie, iż jeżeli teraz nie wytrzymam cały dzień może być zaprzepaszczony.

Ale żeby zrozumieć, jak się w tej sytuacji znaleźliśmy, trzeba wrócić o kilka tygodni wstecz.

Gdy z Arturem planowaliśmy wesele, wiedzieliśmy jedno: chcemy kameralną, spokojną uroczystość. Czterdzieści osób, jazz na żywo, ciepłe światło, domowa atmosfera. I żadnych dzieci.

Nie dlatego, iż mamy coś do dzieci; po prostu marzyliśmy o wieczorze bez bieganiny, krzyków, napojów rozlanych na sukienki i tłumienia nie swoich sporów.

Przyjaciele dorośli to zaakceptowali. Moi rodzice też. Rodzice Artura byli zaskoczeni, ale ostatecznie uszanowali decyzję.

Ale dalsza rodzina…

Najpierw zadzwoniła ciocia Grażyna kobieta o donośnym głosie, odziedziczonym chyba po wszystkich przodkach.

Iwona! zaczęła bez przywitania. Co to za absurd, iż dzieci nie mogą być na weselu? To na serio?

Tak, Grażyno odpowiedziałam spokojnie. Chcemy spokojnego wieczoru, by dorośli mogli odpocząć.

Odpocząć od dzieci?! oburzyła się tak, jakby chciałam zakazać dzieci w całym kraju. Przecież jesteśmy rodziną, zawsze wszyscy razem!

To nasz dzień. Nikogo nie zmuszamy do przyjścia, ale taka jest zasada.

Zapadła ciężka jak cegła cisza.

W porządku. W takim razie nie przyjdziemy rzuciła chłodno i odłożyła słuchawkę.

Patrzyłam na telefon czując się jak ktoś, kto właśnie uruchomił lawinę.

Po trzech dniach Artur przyszedł z ponurą miną.

Iwono Porozmawiamy? zapytał, zdejmując kurtkę.

Co się stało?

Kasia płakała. Uważa, iż to poniżenie rodziny. Jej trójka dzieci to nie żadne rozwydrzone potwory. Skoro one nie mogą przyjść, to nie przyjdzie i ona, i mąż, i jego rodzice.

Czyli minus pięć osób?

Osiem poprawił mnie, siadając ciężko na kanapie. Twierdzą, iż łamiemy tradycję.

Parsknęłam śmiechem nerwowym, z nutą rezygnacji.

Tradycję czego? Latania za dziećmi i zbierania stłuczonego szkła?

Artur lekko się uśmiechnął.

Lepiej im tego nie mów, są już wystarczająco poddenerwowani.

Na tym jednak się nie skończyło.

Po tygodniu pojechaliśmy na rodzinny obiad do jego rodziców. I wtedy czekała mnie niespodzianka.

Jego babcia cicha, pogodna Józefa, która zwykle wolała trzymać się z boku nagle zabrała głos.

Dzieci to błogosławieństwo powiedziała z lekkim wyrzutem. Bez nich wesele jest puste.

Już otworzyłam usta, ale mama Artura mnie uprzedziła.

Mamo, proszę cię! westchnęła, opadając na oparcie krzesła. Dzieci na weselach to chaos. Sama zawsze narzekałaś na hałas. Ile razy goniliśmy dzieci pod stołem?

Ale przecież rodzina powinna być razem!

Rodzina powinna szanować zasady nowożeńców odparła spokojnie teściowa.

Chciałam jej bić brawo, ale babcia pokręciła głową.

I tak uważam, iż to nie w porządku.

Pojęłam: zrobiło się z tego rodzinne M jak miłość w wydaniu klasycznym. My król i królowa, a wokół rewolta.

Kilka dni później był kolejny cios.

Dzwonił wujek Artura, Michał. Zawsze stoicki, zawsze spokojny, mnie to nie dotyczy.

Iwonko, cześć zaczął łagodnie. My z Olką się zastanawialiśmy Dlaczego dzieci nie mogą? Przecież zawsze chodzimy wszyscy razem.

Michale westchnęłam. Chcemy spokojnego wieczoru. Nikt nie zabrania wam nie przyjść…

Tak, tak, słyszałem to. Ale Olek mówi: jeżeli nasze dzieci nie mogą, ona także nie przyjdzie. Ja też nie.

Zamknęłam oczy. Znowu mniej na liście.

W tym momencie gości zostało o piętnaście mniej niż planowaliśmy.

Artur objął mnie ramieniem.

Robimy słusznie powiedział cicho. W przeciwnym razie to nie byłoby nasze wesele.

A presja trwała.

Babcia ponownie powtarzała, iż bez dzieci wesele nie jest prawdziwe.
Kasia pisała dramatyczne posty na grupie rodzinnej:
Smutno, iż niektórzy nie chcą widzieć dzieci na swoich uroczystościach

I nadszedł dzień ślubu.

Kombi zaparkowało tuż przy schodach. Dzieci wybiegły przodem, tupiąc tak, jakby ćwiczyły defiladę. Za nimi ciocia Grażyna poprawiająca włosy.

Zwariuję wyszeptałam.

Artur ścisnął moją dłoń.

Spokojnie. Zaraz porozmawiamy.

Wyszliśmy im naprzeciw.

Ciocia była już na górze schodów.

No hej, młodzi! rozłożyła ramiona. Przepraszamy za spóźnienie. Jednak przyjechaliśmy. Jesteśmy rodziną! Dzieci nie mieliśmy z kim zostawić. Ale będą grzeczne. I nie zabawimy długo.

Grzeczne? powtórzył cicho Artur, patrząc na dzieci, które już zaglądały pod dekoracje.

Wzięłam głęboki oddech.

Grażyno Umawialiśmy się powiedziałam jasno. Umawialiśmy się, iż dzieci nie będzie. Wiedziałaś o tym z wyprzedzeniem.

Ale to przecież wesele zaczęła się tłumaczyć.

Wtedy wtrąciła się babcia.

Przyszliśmy złożyć życzenia powiedziała bez emocji. Ale dzieci są częścią rodziny. Źle je zostawiać.

Pani Józefo zwróciłam się miękko bardzo doceniamy waszą obecność. Ale wybór był nasz. jeżeli nasza decyzja nie jest szanowana, będziemy zmuszeni…

Nie dokończyłam.

MAMO! zdecydowanym tonem wybrzmiała mama Artura, wychodząc z sali. Przestań psuć dzieciom święto. Dorośli świętują dzieci zostają w domu. Koniec dyskusji.

Babcia zaniemówiła. Ciocia Grażyna stanęła jak wryta. Dzieci nagle zamilkły chyba wyczuły zmianę atmosfery.

Grażyna pociągnęła nosem.

No dobrze. Nie chcieliśmy kłótni. Myśleliśmy, iż tak będzie lepiej.

Nie musicie odchodzić powiedziałam. Ale dzieci powinny pojechać do domu.

Kasia wywróciła oczami. Jej mąż westchnął. Po chwili ciszy odprowadzili maluchy do samochodu. Mąż Kasi odjechał z dziećmi, dorośli zostali.

I po raz pierwszy z własnej woli.

Kiedy weszliśmy do sali, panował tam idealny klimat: światło świec, jazz, cichy gwar. Przyjaciele wznosili toast, panowie przepuszczali nas w przejściu, kelner podał szampana.

W tym momencie zrozumiałam, iż postąpiliśmy słusznie.

Artur pochylił się do mnie:

No i jak myślisz, żono Wygraliśmy?

Chyba tak uśmiechnęłam się.

Wieczór był cudowny. Pierwszy taniec bez potykających się dzieci, nikt nie krzyczał, nie upuszczał ciastka, nie puszczał bajek na telefonie. Rozmowy, śmiech, muzyka.

Po kilku godzinach podeszła do nas babcia.

Iwonko, Arturze powiedziała cicho. Myliłam się. Dziś jest dobrze. Naprawdę dobrze. Bez zgiełku.

Posłałam jej serdeczny uśmiech.

Dziękujemy, pani Józefo.

Wiesz westchnęła. Starsi trzymają się przyzwyczajeń. Ale widzę, iż mieliście rację.

Te słowa liczyły się dla mnie najbardziej z całego wesela.

Pod koniec wieczoru ciocia Grażyna podeszła z kieliszkiem, jakby trzymała tarczę.

Iwonko ściszyła głos. Przepraszam. Zagalopowałam się. Po prostu zawsze tak robiliśmy. Ale dziś pięknie. Spokojnie. Dorośle.

Dziękuję, iż przyszliście odpowiedziałam szczerze.

My z dziećmi rzadko odpoczywamy. A tu pierwszy raz od dawna poczułam się jak człowiek przyznała. Szkoda, iż wcześniej nie pomyślałam.

Objęłyśmy się. Napięcie z ostatnich tygodni opadło.

Kiedy wieczór dobiegł końca, wyszliśmy z Arturem na zewnątrz, pod ciepłe światło latarni. Zdjął marynarkę i narzucił mi ją na ramiona.

No i co myślisz o naszym weselu? zapytał.

Było idealne uśmiechnęłam się. Bo było nasze.

I dlatego, iż je obroniliśmy.

Przytaknęłam.

Tak, to było najważniejsze.

Rodzina jest ważna. Tradycja też. Ale szacunek dla granic równie ważny. jeżeli młoda para mówi bez dzieci, to nie jest kaprys. To ich prawo.

I widać, iż choćby najbardziej oporne mechanizmy rodzinne mogą się przestawić, jeżeli jasno postawić sprawę.

To wesele było lekcją dla nas wszystkich a szczególnie dla mnie:
czasem, by uratować swoje święto, trzeba umieć powiedzieć nie.

I takie nie sprawia, iż dzień jest naprawdę szczęśliwy.

Idź do oryginalnego materiału