W garażu przy ulicy Sobieskiego od tygodnia pachniało spalonym cukrem zmieszanym z octem, a światło paliło się tam do trzeciej nad ranem. Do środka dało się dostać tylko przez podwórko, obok starego Opla Astry, który od trzech lat nie jeździł. Piotr Głowacki miał tam dwa składane stoły, mikroskop kupiony z drugiej ręki za pięć tysięcy złotych i lodówkę, w której dawniej leżały kabanosy, a teraz probówki.
Był technologiem farmaceutycznym, którego dwa lata wcześniej zwolniono z laboratorium w Krakowie — redukcja etatów, tak napisali w papierach. W domu została siostra Joanna, czterdzieści dwa lata, schizofrenia zdiagnozowana w wieku dwudziestu jeden lat, na rencie, na lekach, które według jej własnych słów "robiły z niej glinę". Piotr patrzył na to latami, na jej ręce, które nie mogły utrzymać kubka z kawą, na kawę wylewającą się na obrus przy każdym śniadaniu. Jednego wieczoru, w listopadzie, usiadł z laptopem i zaczął pisać do ChatGPT pytania o receptory muskarynowe, jakby pytał sąsiada o przepis na bigos.
— Ten program w trzy tygodnie wygenerował mi wzór — powiedział później reporterowi "Gazety Wyborczej", który dowiedział się o nim z forum biohakerów. — Cobenfy, ten nowy amerykański lek, działa na receptorze M4. Zapytałem, czy da się zrobić coś podobnego, tylko taniej i z mniejszymi skutkami ubocznymi. I odpowiedziało.
Sąsiadka z domu obok, pani Kowalczyk, zauważyła dziwny zapach i światło palące się do trzeciej w nocy. Nikomu tego nie zgłosiła — zapisała tylko w zeszycie, w którym notowała też, kiedy ma odebrać wnuka z przedszkola.
Piotr twierdził, iż po sześciu miesiącach prób wyprodukował żółty proszek, który nazwał PAC-3310. Testował go na kulturach komórkowych zamówionych przez internet, a potem na myszach, które chował w klatce stojącej obok starej pralki. Zdjęcia, które wrzucił na swojego bloga, pokazywały probówki z jasnożółtą cieczą i manualnie pisane notatki w zeszycie kupionym za trzy złote w kiosku.
Joanna, widząc to wszystko, zapytała brata, czy nie mogłaby spróbować. Odmówił — na razie. "Najpierw musi to przejść przez kogoś, kto się na tym zna" — powiedział jej. Ale sam w to do końca nie wierzył.
Sprawa dotarła do lekarzy, kiedy student medycyny z Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego, który śledził bloga Piotra, zauważył błąd w obliczeniu masy molekularnej i napisał mu e-mail. Piotr odpowiedział, iż to naprawił, i dołączył nową wersję wzoru. Student przesłał to swojemu profesorowi farmakologii, docentowi Krzysztofowi Nowakowi, który odłożył kubek z herbatą i przeczytał wiadomość po raz drugi, jakby liczył, iż za drugim razem treść się zmieni.
Nowak zadzwonił do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych. Odpowiedź była uprzejma i jednoznaczna: bez badań klinicznych, bez walidacji czystości substancji, bez kontroli zanieczyszczeń nikt nie może zagwarantować, iż proszek z probówki nie zawiera produktów pobocznych syntezy, które mogłyby być toksyczne. ChatGPT może obliczyć strukturę molekuły. Nie może zagwarantować, iż reakcja w garażu przebiegła tak, jak powinna, iż nie powstał izomer, który zabija, a nie leczy.
Nowak przyjechał do Przemyśla osobiście, w sobotnie popołudnie, wraz z tym studentem. Piotr wpuścił ich niechętnie, wycierając dłonie w ścierkę zatkniętą za pasek od spodni.
— Nie oddał pan tego do żadnego laboratorium na badanie czystości? — zapytał Nowak.
— Nie mam na to pieniędzy. Jedna analiza kosztuje ponad czterdzieści tysięcy.
— A chciał pan to dać siostrze.
— Na razie dawałem to tylko myszom.
— A co będzie, jak jedna z nich zdechnie?
Ciszę, która zapadła, przerwał szelest myszy grzebiącej w trocinach na dnie klatki.
Nowak zaproponował mu w końcu coś innego — nie donos, nie policję, ale kontakt z wydziałem farmacji w Poznaniu, gdzie działało akredytowane laboratorium i program badania substancji repozycjonowanych po obniżonej cenie dla projektów niekomercyjnych. Warunek był jeden: cała dokumentacja i materiały zostają przekazane tam, żadna mysz ani człowiek nie dostanie już niczego z tego, co powstało na składanym stole w Przemyślu. Drugi warunek dodał już w progu: kolejka do programu liczyła osiemnaście miesięcy, bo takich zgłoszeń z całej Polski było więcej, niż laboratorium mogło przyjąć w rok.
Piotr się zgodził, choć osiemnaście miesięcy zabolało bardziej niż cała reszta rozmowy. Nie przekonały go argumenty naukowe — przekonało jedno zdanie, które docent powiedział już w drzwiach, wkładając kurtkę: "Jeśli to zabije pańską siostrę, ChatGPT nie da panu odpowiedzi, jak tego nie dopuścić."
Trzy tygodnie później przyjechała dostawcza furgonetka z Poznania, zabrała lodówkę z próbkami i wszystkie zeszyty. Piotr podpisał papier, w którym zrzekał się jakichkolwiek praw do produktu, w zamian za to, iż wydział wpisze go jako współautora opracowania przypadku, jeżeli coś z tego wyjdzie.
Joannie powiedział o tym przy kuchennym stole, nalewając jej kawę, którą i tak w połowie rozleje. Milczała chwilę, patrząc na plamę rozlewającą się po obrusie, a potem powiedziała tylko: "To znaczy, iż jeszcze z rok będę taka jak teraz. Z gliny." Nie płakała, nie krzyczała — wstała, wzięła ścierkę i sama wytarła stół, dokładnie, jakby to było jedyne, co mogła w tej chwili zrobić porządnie.
Garaż opustoszał, zostały tylko stoły i mikroskop, który teraz służy do oglądania własnych włosów, kiedy Piotrowi nudzi się telewizja. Opel Astra wciąż stoi na podwórku. Pani Kowalczyk nie zapisuje już w zeszycie żadnego zapachu.














