Proszek z garażu przy ulicy Kwiatowej

polregion.pl 6 dni temu

Mam aptekę na rogu, prawie dwadzieścia lat, i myślałam, iż słyszałam już wszystko. Mężczyzn, którzy chcą kupić pseudoefedrynę na hurt, kobiety, które proszą o coś "na sen dla męża, tylko żeby nie wiedział" — to normalna sobota. Ale to, co przyniósł mi pan Zieliński z bloku obok, to była zupełnie inna liga.

Znam go z widzenia. Emeryt, może sześćdziesiąt pięć lat, wcześniej pracował jako chemik w jakimś zakładzie pod Płockiem, teraz siedzi w garażu przy ulicy Kwiatowej i, jak sam mówi, "robi coś dla ludzkości". Przychodził do mnie po rękawiczki lateksowe, po wagę precyzyjną z apteki hurtowej, kiedyś zapytał, czy mam kontakt do dostawcy odczynników laboratoryjnych. Odpowiedziałam, iż jestem farmaceutką, nie chemikiem przemysłowym, niech szuka gdzie indziej.

Tamtego wtorku wszedł do środka około siedemnastej, trzymając słoiczek po dżemie, w którym było coś żółtego, jak proszek do pieczenia, tylko ciemniejszy. Postawił go na ladzie obok kasy i powiedział, iż to lek na schizofrenię, iż sam go zsyntetyzował w garażu, a wzór dostał od ChatGPT. Mówił szybko, z ekscytacją, jakby chciał, żebym się ucieszyła razem z nim.

— Pani Kasiu, to działa na te same receptory co ten nowy amerykański lek, ten zatwierdzony w Stanach. Tylko iż ja to zrobiłem za grosze, na stole składanym, dwa tygodnie roboty.

Miałam wtedy klientkę, panią z receptą na insulinę, więc tylko kątem oka zerknęłam na słoiczek. Zapytałam, czy to testował na kimkolwiek. Powiedział, iż na liniach komórkowych i na myszach, iż wyniki są obiecujące, iż za miesiąc może spróbuje sam, na sobie, "w kontrolowanej dawce".

Nie skomentowałam. Nie moja sprawa, co robi we własnym garażu — dopóki nie próbuje wcisnąć tego komuś innemu.

A próbował. Tydzień później przyszła do mnie jego córka, Ania, może trzydzieści pięć lat, z dzieckiem w wózku, blada, z telefonem w ręku, na którym miała otwartą jakąś rozmowę WhatsApp z ojcem. Pytała, czy słyszałam coś o "leku PAC", bo ojciec dzwonił do niej i mówił, iż chce dać próbkę jej mężowi, który choruje na schizofrenię paranoidalną od dziesięciu lat, bierze klasyczne leki, ale ma skutki uboczne — przybiera na wadze, jest ospały.

Powiedziałam jej to, co wiem: iż żaden lek eksperymentalny, choćby ten zatwierdzony w Ameryce pod nazwą Cobenfy, nie trafia do pacjenta bez badań klinicznych, kontroli jakości, bez sprawdzenia czystości substancji. Że proszek z garażu, choćby gdyby wzór chemiczny był poprawny — a to duże "gdyby" — może zawierać zanieczyszczenia, których nikt nie wykrył, bo nie było do tego sprzętu. Że sztuczna inteligencja potrafi napisać ładnie brzmiący wzór, ale nie zna się na tym, co się dzieje w organizmie człowieka po podaniu substancji o nieznanej czystości.

Ania podziękowała, wyszła. Nie wiedziałam, co się dalej wydarzy, dopóki nie zobaczyłam karetki pod blokiem przy Kwiatowej, dokładnie trzy tygodnie później, w czwartek około dwudziestej trzeciej.

Nie byłam tam, ale sąsiadka, pani Halina, która mieszka piętro niżej od Zielińskiego, powiedziała mi rano, przynosząc receptę na leki na serce, iż słyszała krzyki. Że to mąż Ani, ten chory, wziął od teścia próbkę — bez wiedzy żony, po cichu, bo był zdesperowany, bo miał dość bycia "grubym i zombie" od zwykłych leków. Wziął, poczuł się źle, zaczął się trząść, żona wezwała pogotowie.

Skończyło się na płukaniu żołądka i dwóch dniach na obserwacji w szpitalu wojewódzkim. Nic gorszego się nie stało, ale mogło.

Widziałam pana Zielińskiego dopiero po dwóch tygodniach. Przyszedł po środki przeciwbólowe, wyglądał, jakby postarzał się o dziesięć lat. Powiedział, iż zamknął garaż, iż oddał sprzęt koledze z dawnej pracy, iż rozmawiał z prawnikiem, bo teoretycznie mógł odpowiadać za to, co się stało — nieumyślne narażenie na niebezpieczeństwo, coś w tym stylu, prawnik jeszcze sprawdzał paragrafy.

Zapytałam, co z proszkiem. Powiedział, iż resztę oddał do utylizacji, w aptece szpitalnej, tam gdzie przyjmują przeterminowane leki. Że Ania nie odzywa się do niego od tamtego wieczoru, a wnuczka nie widział od miesiąca.

Nie powiedziałam mu nic mądrego. Podałam mu paracetamol, wzięłam dziesięć złotych reszty, powiedziałam "do zobaczenia" i wróciłam do inwentaryzacji na zapleczu, bo za godzinę miałam dostawę z hurtowni.

Ania wróciła do mnie po receptę dla męża jeszcze tego samego miesiąca. Powiedziała tylko jedno zdanie, kiedy odbierała leki: iż kazała ojcu wybrać między garażem a wnuczką, i iż na razie wybrał wnuczkę, bo garaż stoi pusty, a klucz do niego oddał jej, żeby "nie było pokusy".

Nie wiem, czy to na stałe. Wiem tylko, iż kiedy następnym razem przyszła po receptę, wózka już nie miała przy sobie — dziecko zostawiła z dziadkiem, na dwie godziny, w mieszkaniu, nie w garażu.

Idź do oryginalnego materiału