Babciu, mam do Ciebie prośbę, bardzo potrzebuję pieniędzy.
Dużo.
Wnuk zjawił się u niej pod wieczór. Wyglądał, jakby świat był z miękkiego szkła i zaraz miałby się rozsypać. Chodził w tę i z powrotem, trzymając się za głowę, jakby czuł burzę w środku.
Zwykle odwiedzał ją dwa razy w tygodniu, czasem częściej. Mógł pójść do sklepu, wynieść śmieci, kanapę kiedyś zepsutą jeszcze naprawił, dalej będzie służyć. Zawsze opanowany, spokojny jak park w marcu. A dziś jakby grały w nim wszystkie grzmoty z mazowieckiego nieba.
Wanda Wiśniewska, bo tak miała na imię babcia, zawsze była nieufna Dzieją się wkoło takie rzeczy, iż tylko patrzeć, jak coś i na mnie przypadnie! myślała.
Mateuszku, zapytam wprost po co ci te pieniądze? I co znaczy dużo? czuła w środku coś ciężkiego, jakby ktoś wrzucił do niej brukiew prosto z pola.
Mateusz najstarszy jej wnuk, dobry chłopak, uczynny, serce jak puszysty koc. Liceum skończył rok temu, teraz i pracuje, i uczy się zaocznie. Rodzice nigdy na niego nie narzekali. Więc po co mu tyle pieniędzy?
Nie mogę na razie powiedzieć, ale oddam Ci usiłował się uśmiechnąć tylko w częściach, nie od razu.
Wiesz, iż mam tylko emeryturę mówiła Wanda, niepewna, jakby w śnie ktoś wołał do niej z głębokiej studni No więc ile?
Dziesięć tysięcy złotych.
Czemu nie poprosisz rodziców? zapytała bezwiednie, choć znała odpowiedź, zanim Mateusz otworzył usta. Jej zięć był zawsze surowy; uważał, iż dzieci mają rozwiązywać swoje sprawy sami, na miarę wieku. Nie włazić tam, gdzie nie trzeba.
Wiem, iż nie dadzą Mateusz potwierdził jej myśli.
A jeżeli coś poważnego się stało? Jak dam, może być jeszcze gorzej? A jeżeli nie dam to Mateusz popadnie w tarapaty? Pomyślała o tym, wpatrując się w przestrzeń, gdzie pewnie biegały cienie dziwnych saren.
Babciu, nie martw się, nic złego Mateusz pochwycił jej spojrzenie jakby łowił motyla za trzy miesiące oddam, obiecuję! Nie wierzysz mi?
Może trzeba dać, choćby jak nie zwróci… Musi być w życiu chociaż jeden człowiek, który będzie blisko tak jak cień drzewa w sierpniowy dzień. Te pieniądze zawsze miała na czarną godzinę. Może właśnie to taka godzina… W końcu przyszedł do niej, nie do nikogo innego. Przecież jeszcze czas na rachunki i pogrzeby, pomyślała. O żywych trzeba pamiętać. I bliskim ufać.
Mówią, iż jak pożyczasz, to żegnaj się z tymi pieniędzmi. Młodzi dzisiaj jakby z innych planet byli. Ale przecież wnuk jej nigdy nie zawiódł!
Dobrze, dam ci, jak chcesz na trzy miesiące. Ale może rodzice powinni wiedzieć?
Wiesz, babciu, kocham cię, dotrzymam słowa. jeżeli jednak nie możesz, spróbuję wziąć pożyczkę pracuję przecież.
Rano Wanda poszła do banku, wypłaciła dziesięć tysięcy i dała wnukowi.
Mateusz rozpromienił się jakby ktoś zapalił w nim słońce pocałował babcię i szepnął:
Dziękuję Ci, babciu. Dla mnie jesteś najbliższa. Oddam i zniknął za drzwiami, jakby odfrunął z ptakami.
Wanda wróciła do domu, wstawiła herbatę i patrzyła w okno. Ile razy w życiu przyszło jej bardzo potrzebować pieniędzy… zawsze pojawiał się ktoś ciocia ze Śląska, sąsiadka ze starego bloku, ktoś, kto ratował z opresji. Kiedyś ludzie byli inni, teraz każdy tylko sobie… Skomplikowane czasy!
Po tygodniu Mateusz zajrzał w doskonałym nastroju:
Babciu, trzymaj, to część pieniędzy, dostałem zaliczkę. Jutro mogę przyjść nie sam?
Jasne, wpadaj! Upiekę Twój ulubiony makowiec Wanda odprężyła się, jakby ktoś rozdmuchał ciężki sen. Może jutro się wszystko wyjaśni. Tak bardzo chciała mieć pewność, iż z Mateuszem wszystko w porządku.
Wieczorem przyszedł Mateusz z dziewczyną delikatną, z oczyma wielkimi jak letnie jeziora.
Babciu, poznaj: to Sylwia. Sylwio, to moja ukochana babcia Wanda Wiśniewska.
Sylwia uśmiechnęła się miękko jak mgła o poranku:
Dzień dobry pani Wando, dziękuję pani z całego serca.
Zapraszam, bardzo mi miło Wanda odetchnęła w duchu, dziewczyna przypadła jej do gustu od pierwszego spojrzenia.
Usiedli do herbaty i makowca. Za oknem księżyc zaczął płynąć po niebie jak wielki, niebieski balon.
Babciu, nie mogłem ci wcześniej powiedzieć… Sylwia bardzo się bała, jej mama nagle podupadła na zdrowiu. Nie było komu pomóc. A Sylwia taka przesądna, nie chciała zdradzać powodu. Teraz już dobrze, mama po operacji. Wszystko będzie dobrze Mateusz patrzył na Sylwię jak na wiosnę. Prawda? ujął jej dłoń.
Bardzo pani dziękuję, jest pani bardzo dobra, strasznie wdzięczna jestem… Sylwia odwróciła się i pociągnęła nosem.
No już, Sylwuś, nie płacz, wszystko minęło Mateusz wstał babciu, musimy już iść, odprowadzę Sylwię, późno.
Idźcie, dzieci, dobrej nocy, niech wam się szczęści Wanda przeżegnała ich cicho, jakby w śnie ktoś malował jej znaki na powietrzu.
Wnuk jej dorósł. Dobry chłopak. Lepiej, iż mu ufała. Nie chodziło tylko o pieniądze byli teraz bliżej, jakby wspólna tajemnica splątała ich dusze.
Po dwóch miesiącach Mateusz oddał wszystkie pieniądze.
Wyobraź sobie, babciu, mówił lekarz, iż zdążyli naprawdę w ostatniej chwili! opowiadał. Gdyby nie ty, mogło być źle. Dziękuję Ci, babciu. choćby nie wiedziałem wtedy, jak pomóc Sylwii. Teraz wiem, iż zawsze trafi się ktoś, kto wyciągnie rękę w trudnej godzinie. Babciu, dla Ciebie zrobię wszystko jesteś najlepsza na świecie!
Wanda potargała jego włosy jak kiedyś, gdy był mały:
Dobrze, leć ale wpadaj z Sylwią, zawsze się ucieszę!
Oczywiście, babciu! Mateusz uścisnął ją mocno.
Gdy zamknęła za nim drzwi, przypomniały się jej słowa własnej babki, szeptane jak zaklęcie w starym śnie:
Swoim trzeba zawsze pomagać. Tak u nas w Polsce zawsze było. Kto idzie do ludzi z sercem ten nie zostanie sam. Zapamiętaj to sobie, dziecko, i nigdy nie zapominaj.







