Wesele i prezent od teściowej: Lepiej nic niż coś takiego!
Kinga i Marek postanowili się pobrać. W trakcie przyjęcia weselnego prowadzący ogłosił, iż nadszedł czas na wręczanie prezentów. Najpierw gratulowali rodzice panny młodej, a potem przyszła kolej na matkę Marka Gertrudę Nowak, która wniosła duże pudełko ozdobione jasnoniebieską wstążką.
Ojej! Co tam może być? szepnęła Kinga ciekawie do ucha narzeczonemu.
Nie mam pojęcia. Mama strzegła tajemnicy odparł zakłopotany Marek.
Postanowili rozpakować prezenty dopiero następnego dnia, gdy emocje opadną. Kinga zaproponowała, by zacząć od paczki od teściowej. Rozwiązali kokardę, unieśli wieko i zamarli w osłupieniu.
Od dawna Kingę dziwiła pewna cecha Marka: nigdy nie brał niczego bez pytania, choćby drobiazgu.
Mogę zjeść ostatnią czekoladkę? zapytał nieśmiało, wskazując na samotną pralinkę w pudełku.
Ależ oczywiście! Nie musiałeś choćby pytać odparła zaskoczona Kinga.
Tak mnie wychowano uśmiechnął się zawstydzony, rozwijając cukierka.
Dopiero po kilku miesiącach Kinga zrozumiała przyczynę tego zachowania.
Pewnego dnia Marek zabrał ją na spotkanie z rodzicami Gertrudą i Franciszkiem Nowakami. Początkowo teściowa wydawała się miła, ale ten obraz gwałtownie się rozwiał, gdy zasiedli do obiadu.
Przed każdym stał talerz z dwiema łyżkami ziemniaków i maleńkim kotletem mielonym. Marek gwałtownie zjadł i poprosił o dokładkę.
Znowu żresz jak nieprzytomny! Ciebie nigdy nie można nasycić! oburzyła się głośno Gertruda, co głęboko zszokowało Kingę.
Gdy Franciszek poprosił o więcej, teściowa z uśmiechem nałożyła mu pełny talerz. Kinga jadła w milczeniu, przerażona jawną niechęcią Gertrudy do własnego syna.
Przy przygotowaniach do wesela teściowa pokazała swoje prawdziwe oblicze. Wszystko było według niej za drogie: obrączki, restauracja, menu.
Po co ten przepych? Przecież można skromniej! narzekała bez ogródek.
W końcu Kinga straciła cierpliwość.
Samodzielnie o tym zdecydujemy! wybuchnęła. To nasze złotówki i nasz wybór!
Obrażona Gertruda zamilkła i zagroziła, iż nie przyjdzie na wesele.
Dwa dni przed uroczystością Franciszek niespodziewanie odwiedził parę.
Synu, pomóż mi z prezentem poprosił i zaprowadził Marka do samochodu.
Kupił pralkę na własną rękę nie chciał słuchać kaprysów żony. Wyznał, iż pokłócili się, bo Gertruda uznała, iż choćby prezent dla własnego dziecka to zbyt duży wydatek.
W dzień ślubu teściowa jednak się pojawiła w eleganckiej sukni, podjechawszy taksówką. Zachowywała się poprawnie, wręczyła wielkie pudełko i zniknęła w tłumie gości.
Następnego ranka Kinga i Marek z zapałem rozpakowali paczkę. Ekscytacja gwałtownie zmieniła się w rozczarowanie.
Ręczniki? wyszeptała Kinga niedowierzająco, wyciągając pierwszy.
I skarpety westchnął Marek, pokazując dwie pary puszystych wełnianych. Ojciec miał rację Mama po prostu wzięła, co miała pod ręką. Trudno uwierzyć, jak stała się skąpa. Lepiej byłoby nie dostać niczego.
Ale to nie był koniec. Kilka dni później Gertruda zadzwoniła by wypytywać, kto co podarował.
No, gadaj! Co dała mama Kingi? A wujek Henryk? A jej koleżanki? naciskała.
Marek nie chciał rozmawiać o prezentach innych.
Mamo, to cię nie dotyczy. Jesteśmy z Kingą zadowoleni.
I po raz pierwszy odłożył słuchawkę bez wyrzutów sumienia.
Życie uczy: wartość podarunku nie świadczy o hojności darczyńcy. Prawdziwy szacunek i miłość widać w drobiazgach. A tych Gertrudzie niestety zabrakło.
