Prezent, który wszystko zrujnował

polregion.pl 2 godzin temu

Dawno, dawno temu, to jeszcze pamiętam jak dziś… Hałas rozbrzmiewał po całym domu.
— Halina! Halina, gdzie się tam włóczysz?! — krzyczał Bogdan Sokołowski z pokoju. — Chodźże prędzej! Ważna sprawa!
— Idę już, idę! — odparła Halina Wiśniewska, wycierając mokre dłonie o fartuch. — Co się stało? Pożar?
— Ależ skąd! Coś lepszego, znacznie lepszego! — mąż podbiegł, gdy tylko weszła, chwycił ją za łokcie. — Słuchaj, co ci powiem! Pamiętasz Wiśniaka, mojego byłego szefa? No tego, co w zeszłym roku na emeryturę odszedł?
— Pamiętam, oczywiście. A co z nim? — Halina nabrała czujności. Gdy Bogdan był tak podniecony, zwykle wróżyło to kłopoty.
— Właśnie dzwonił! Wyobraź sobie, sprzedaje mieszkanie w centrum, trzypokojowe! I nam proponuje kupno! Jakby za darmo, Halusiu! Mówi, iż odda za pół darmo, bo mu kiedyś pomogłem w pewnej sprawie. Pamiętasz, jak jego siostrzeńca załatwiłem w pracy?
Halina powoli opadła na fotel. Myśli zakręciły się w głowie jak płatki śniegu w zamieci.
— Bożku, jakie mieszkanie? O czym ty mówisz? Przecież nas nie stać na takie pieniądze!
— A to jest właśnie cały sekret! — Bogdan przysiadł na poręczy fotela, mówił szybko, z ogniem. — Wiśniak mówi, iż można w raty! Niewielkimi miesięcznymi kwotami płacić, on się nie spieszy. Sam zaś wyjeżdża na wieś do córki, miejskie mieszkanie mu niepotrzebne. Halina, zdajesz sobie sprawę, co to znaczy? Całe życie tłoczymy się w tej kawalerce, a tu taka okazja!
— Bożku, zaczekaj chwilę… — Halina potarła skronie. — Ale po co nam trzypokojowe? Dzieci dorosłe, już osobno mieszkają. Nam tej naszej starczy z nawiązką.
— Jak to po co?! — Bogdan zerwał się, zaczął chodzić po pokoju. — Halusiu, przecież ty mądrą kobietą jesteś! Wnuki będą przyjeżdżać, gdzie mają nocować? A jak zestarzejemy się, może dzieci do nas wrócą, żeby się nami opiekować? Albo pielęgniarkę zatrudnimy, też potrzebuje pokoju!
Halina patrzyła w milczeniu na męża. Trzydzieści lat małżeństwa, a on wciąż ten sam marzyciel. Wiecznie mu się wydaje, iż wielkie szczęście gdzieś tuż obok przechadza, wystarczy rękę wyciągnąć.
— A ile pieniędzy potrzeba? — spytała ostrożnie.
— No, pierwsza rata niewielka, z trzydzieści tysięcy. A potem co miesiąc po pięć tysięcy złotych.
— Trzydzieści tysięcy?! — Halina mało nie podskoczyła. — Bożku, oszalałeś? Skąd my weźmiemy takie pieniądze?!
— A tutaj, Halusiu, ja wszystko przemyślałem — Bogdan usiadł obok żony, wziął ją za ręce. — Pamiętasz, pierścień po mojej matce? Ten z brylancikiem? Kazałem go w jubilerze oszacować, akurat na jakieś czterdzieści dwa tysiące złotych wycenili. Sprzedamy – i starczy!
Halina gwałtownie wyrwała dłonie.
— Pierścień?! Bogdanie Sokołowski, co ty wygadujesz?! Toż to pamiątka po twojej matce! Oddała ci go na łożu śmierci!
— I co z tego? — Bogdan wzruszył ramionami. — Mama chciała, żeby nam się dobrze wiodło. No to będzie nam się dobrze wiodło! W dużym mieszkaniu, w samym centrum miasta!
— A jeżeli nie podołamy ratom? jeżeli coś się stanie? Zachorujemy, pracę stracimy?
— Nic się nie stanie! — machnął ręką mąż. — Halusiu, toż to szansa! Rozumiesz? Takie okazje raz w życiu się trafiają!
Halina wstała, podeszła do okna. Na zewnątrz lało, po szybie spływały mętne strugi. Zupełnie jak jej myśli teraz – wszystko pomieszane, nic nie wiadomo.
— Bożku, a z dziećmi mówiłeś? Co powiedzą?
— A co mają powiedzieć? Ucieszą się! Wyobraź sobie minę Marysi? A Krzysiek będzie taki dumny – rodzice w centrum mieszkają!
Marysia, starsza córka, pracowała jako nauczycielka. Zawsze zabiegana, utrudzona. Krzysiek, młodszy, po wojsku wyjechał do Warszawy, rzadko dzwonił. Czy naprawdę ucieszą się nowym mieszkaniem rodziców? Halina powątpiewała.
— Posłuchaj — powiedziała, nie odwracając się — a może nie warto się spieszyć? Pomyślimy, poradzimy się…
— Z kim się radzić?! — Bogdan rozłożył ręce. — Halusiu, Wiśniak jutro wyjeżdża do córki! Dziś trzeba decydować! Inaczej ktoś inny to mieszkanie kupi!
— A dlaczego właśnie nam je proponuje? — nagle zapytała Halina. — Czyżby innych znajomych nie miał?
— No… Mówi, iż my ludzie solidni. Sprawdzoni.
Coś w głosie męża sprawiło, iż Halina się odwróciła. Bogdan unikał jej wzroku, kręcił rąbek serwety.
— Bożku, mówisz mi całą prawdę?
— Oczywiście! A co niby miałbym ukrywać?
— Nie wiem. Ale czuję, iż coś przemilczasz.
Bogdan pomilczał, potem ciężko
Halina stała w środku tego zimnego luksusu, patrząc, jak Mikołaj walczy z niesfornym piecykiem gazowym, i zrozumiała, iż ta cała przestrzeń, ta ambicja wzięta na kredyt, stała się już tylko ciężkim grobem ich dawnego ciepła i spokoju, od którego nie było odwrotu.

Idź do oryginalnego materiału