— Halina! Halina, gdzie się chowasz?! — rozlegał się głos Stanisława Piotrowicza z salonu. — Chodź tu szybko! Ważna sprawa!
— Już idę, idę! — odkrzyknęła Halina Nowak, wycierając mokre dłonie o fartuszek. — Co się stało? Pożar czy co?
— Ależ nie! Coś lepszego! O wiele lepszego! — mąż podbiegł do niej, gdy weszła do pokoju, złapał ją za łokcie. — Słuchaj, co ci powiem! Pamiętasz Pietrasika, mojego byłego szefa? No, który w zeszłym roku poszedł na emeryturę?
— Pamiętam, oczywiście. Co z nim? — Halina zrobiła się czujna. Kiedy Staś tak się ekscytował, zwykle oznaczało to kłopoty.
— Dzwonił właśnie! Wyobraź sobie, sprzedaje mieszkanie w centrum warszawskiej Pragi, trzypokojowe! A nam oferuje kupno! Prawie za darmo, Halino! Mówi, iż sprzeda za pół ceny, bo pomogłem mu kiedyś z pewną sprawą. Pamiętasz, jak załatwiłem wtedy pracę jego siostrzeńcowi?
Halina powoli opadła na fotel. W głowie zaroiło się od myśli jak płatkom śniegu w zadymkę.
— Stasiu, jakie mieszkanie? O czym ty mówisz? Przecież my takich pieniędzy nie mamy!
— A to właśnie cały sekret! — Stanisław przysiadł na podłokietniku, mówił gwałtownie i z podnieceniem. — Pietrasik mówi, iż można w ratach! Małymi częściami płacić, on się nie śpieszy. Sam przenosi się na wieś do córki, miejskie mieszkanie mu niepotrzebne. Halina, rozumiesz, co to znaczy? Przez całe życie tulimy się w tej dwupokojówce, a tu taka okazja!
— Stasiu, chwileczkę… — Halina pocierała skronie. — A po co nam trzypokojowe? Dzieci się usamodzielniły, żyją osobno. Nam i to starcza z nawiązką.
— Jak to po co?! — Stanisław zerwał się, zaczął chodzić po pokoju. — Halina, przecież jesteś mądrą kobietą! Wnuki będą przyjeżdżać, gdzie mają mieszkać? A gdy się zestarzejemy, może dzieci się do nas wprowadzą, żeby się nami opiekować. Albo zatrudnimy pielęgniarkę, jej też osobny pokój się przyda!
Halina milcząco patrzyła na męża. Trzydzieści lat małżeństwa, a on wciąż ten sam marzyciel. Zawsze mu się wydaje, iż tuż obok kręci się wielkie szczęście, wystarczy tylko rękę wyciągnąć.
— A ile pieniędzy potrzebne? — zapytała ostrożnie.
— No, pierwsza wpłota niewielka, jakieś dziewięćdziesiąt tysięcy. Potem miesięcznie po piętnaście tysięcy będziemy oddawać.
— Dziewięćdziesiąt tysięcy?! — Halina mało nie podskoczyła. — Stasiu, oszalałeś! Skąd weźmiemy takie pieniądze?!
— A tu, Halino, już wszystko obmyśliłem — Stanisław usiadł obok żony, wziął ją za ręce. — Pamiętasz, mama zostawiła mi babcine pierścionek? Ten z diamentem? Kazałem go w jubilerze wycenić, to około stodwudziestu tysięcy jest warte. Sprzedamy — i starczy na wszystko!
Halina gwałtownie wyrwała dłonie.
— Pierścionek?! Stanisławie Piotrowiczu, co ty wygadujesz?! Toż to pamiątka po twojej mamie! Dała ci go na łożu śmierci!
— No i co? — Stanisław wzruszył ramionami. — Mama chciała, żebyśmy żyli dobrze. Więc będziemy żyli dobrze! W dużym mieszkaniu, w centrum miasta!
— A jeżeli nie podołamy ratom? jeżeli coś się wydarzy? Zachorujemy, pracę stracimy?
— osłach! Nie wydarzy się! — zamachał ręką mąż. — Halina, to szansa! Rozumiesz? Takie okazje zdarzają się raz w życiu!
Halina wstała, podeszła do okna. Na zewnątrz padał deszcz, po szybie spływały mętne strużki. Zupełnie jak jej myśli teraz — wszystko się pomieszało, nic nie wiadomo.
— Stasiu, a mówiłeś z dziećmi? Co powiedzą?
— A co mają powiedzieć? Ucieszą się! Wyobraź sobie, jak zdziwi się Krysia? A Sławek jak będzie dumny — rodzice w centrum mieszkają!
Krysia, starsza córka, uczyła w szkole. Wiecznie zapracowana, wiecznie zmęczona. Sławek, młodszy, po wojsku do Gdańska wyjechał, rzadko dzwonił. Czy ucieszyliby się z nowego mieszkania rodziców? Halina wątpiła.
— Posłuchaj — powiedziała, nie odwracając się — może nie warto się spieszyć? Pomyślimy jeszcze, poradzimy się…
— Z kim się poradzimy?! — Stanisław klasnął w dłonie. — pani, Pietrasik jutro leci do córki! Trzeba zdecydować dziś! Inaczej ktoś inny kupi to mieszkanie!
— A dlaczego właśnie nam je proponuje? — nagle zapytała Halina. — Czyżby nie miał innych znajomych?
— No… Mówi,
Halina skuliła się na fotelu, słuchając klątw Mikołaja dobiegających z kuchni, gdy nagle stukot deszczu o szyby zmienił się w głuchy odgłos wiadra zbierającego wodę z kolejnego przecieku. Ich wymarzony apartament stał się tylko pustym, echem wypełnionym monumencie nierozważnych decyzji.
**(Kontynuacja jednym zdaniem zgodnie z prośbą:)**
Zegar na opustoszałej półce wybił godzinę, której smutne bicie rozbrzmiewało wśród niedokończonych ścian i zaczynało odczarowywać resztki iluzji, iż to miejsce kiedykolwiek będzie domem.