Ciągnąłem dwie siatki z zakupami i trzy wodewe, kiedy zrozumiałem, iż coś jest nie tak. To właśnie wtedy odezwał się telefon.
— Tato — powiedział Kuba. Już dawno nie mówił do mnie "pan Darek", jak kiedyś, ale tamtego dnia w jego głosie było coś, co kazało mi odłożyć siatki na ladę kuchenną. — Myślę, iż powinieneś wiedzieć prawdę o mamie.
Zanim do tego dojdziemy, muszę wrócić jedenaście lat. Do Jastarni, do sierpnia, do ostatniego weekendu przed szkołą.
Ewa i ja nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Poznałem ją w pracy — ona prowadziła księgi w piekarni przy Portowej, ja robiłem instalacje elektryczne w okolicznych pensjonatach. Miała sześcioro dzieci z pierwszego małżeństwa, od czterech do dziewięciu lat, i od pierwszego dnia traktowałem je jak swoje. Najmłodsza, Zosia, wciąż nazywała mnie "panem Darkiem". Najstarszy, Kuba, miał dziewięć lat i patrzył na mnie tak, jakby czekał, kiedy wreszcie wyjadę.
Tamtego sierpnia pojechaliśmy na plażę w Jastarni, wszyscy razem, bo Ewa chciała dać dzieciom ostatni dzień wolności przed wrześniem. Koło południa poprosiła, żebym poszedł do budki przy molo po napoje.
— Ja ich popilnuję — powiedziała. — Idź, zanim kolejka się zrobi.
Wyszedłem może na piętnaście minut. Wróciłem z trzema oranżadami i torbą rozpuszczonych chipsów — to pamiętam najlepiej, bo trzymałem tę torbę jeszcze długo po tym, jak zrozumiałem, iż coś się stało. Dzieci bawiły się w piasku. Ręcznik Ewy leżał na tym samym miejscu. Jej okulary. Książka przy torbie termicznej.
Samej Ewy nie było.
Najpierw myślałem, iż wyszła popływać. Potem zobaczyłem Kubę przy linii wody — stał nieruchomo, bez koloru na twarzy.
— Gdzie jest mama? — zapytałem.
Nie odpowiedział.
Do wieczora szukała jej cała plaża, ratownicy, policja z Władysławowa. O północy mówiono już o utonięciu. Ciała nigdy nie znaleziono.
Mogłem wtedy odejść. Ludzie się tego spodziewali — miałem dwadzieścia osiem lat, nie byliśmy po ślubie, formalnie nie łączyło mnie z tymi dziećmi nic. Sześcioro cudzych dzieci w żalu, mieszkanie wynajmowane na trzy pokoje w bloku przy Kościuszki, i ja, który jeszcze rok wcześniej myślał tylko o kupnie własnego busa do firmy.
Sprzedałem ten bus, zanim go kupiłem na dobre — oddałem go za gotówkę koledze z Pucka, żeby mieć na pierwszy czynsz. Wziąłem dodatkowe zmiany, choćby nocne przy instalacjach w nowych blokach na Osiedlu Północ. Nauczyłem się robić kanapki na sześć osób rano, zaplatać włosy Zosi, podpisywać zgody w szkole, siedzieć przy łóżku, kiedy komuś się śniło, iż matka tonie.
Minęło jedenaście lat. Kuba wyjechał na studia do Gdańska, wracał tylko na weekendy. Tamtego piątku zastał mnie przy zlewie w kuchni, naprawiałem syfon, bo znowu zalewało szafkę pod nim.
Stał w drzwiach, już dorosły, w kurtce jeszcze mokrej od deszczu, z oczami Ewy — tymi samymi, ciemnymi, trochę skośnymi.
— Tato — powiedział — myślę, iż powinieneś wiedzieć prawdę o mamie.
Odłożyłem klucz francuski na blachę do pieczenia, która służyła mi jako podkładka. Nie usiadłem. Czekałem.
— Znalazłem coś w rzeczach babci, kiedy pomagałem jej po operacji — zaczął. — List. Mama go napisała dwa tygodnie przed Jastarnią.
Zrobiło mi się zimno mimo kurtki, którą miałem na sobie od rana. Zapytałem tylko:
— Co w nim było?
Kuba wyjął z kieszeni kurtki zdjęcie telefonu z fotografią listu — babcia nie chciała dawać oryginału z rąk, ale pozwoliła go sfotografować. Papier był pożółkły, pismo drobne, niebieski długopis.
Ewa pisała, iż zdiagnozowano u niej guza mózgu. Nieoperowalnego. Lekarz w Gdańsku dał jej od czterech do ośmiu miesięcy. Nie powiedziała mi, nie powiedziała dzieciom. Napisała do matki, iż nie zniesie patrzenia, jak dzieci oglądają, jak gaśnie, krok po kroku, w szpitalnym łóżku na Smoluchowskiego. Napisała, iż zamiast tego odejdzie sama, w wodzie, w dniu, który zapamiętają jako zwyczajny, letni, ciepły — a nie jako ciąg miesięcy choroby.
I napisała jedno zdanie, które Kuba przeczytał mi na głos, trochę drżącym głosem, stojąc przy moim zlewie z syfonem rozłożonym na części:
— "Zostawiam je Darkowi, bo on jeden nie odejdzie, choćby gdy będzie to trudne".
Siedziałem potem przy tym stole do nocy. Kuba zrobił herbatę, bo nie wiedział, co innego zrobić rękami. Rozmawialiśmy do trzeciej, o tym, czy powiedzieć resztę rodzeństwa, o tym, czy babcia wiedziała od początku, iż ciała nigdy nie znajdą — bo guz dawał Ewie zawroty i utratę równowagi, więc nikt, choćby śledczy, nie wątpił w utonięcie.
Następnego dnia pojechałem do notariusza w Gdyni, do tego samego biura przy Świętojańskiej, gdzie jedenaście lat wcześniej podpisywałem papiery opiekuńcze na dzieci, kiedy sąd rodzinny w końcu formalnie powierzył mi pieczę. Zabrałem ze sobą teczkę z tamtymi dokumentami — żółtą, wytartą na rogach, bo nosiłem ją przez pół miasta tamtej zimy od urzędu do urzędu.
Nie poszedłem tam, żeby cokolwiek zmieniać w papierach dzieci — to było już moje, prawnie i inaczej, od dawna. Poszedłem, żeby przepisać mieszkanie przy Kościuszki, które w końcu spłaciłem, na wszystkich sześciu — po jednej szóstej każdemu, zamiast zostawiać je w testamencie tylko na siebie, jak miałem dotąd zapisane. Notariusz wypisał akt, ja podpisałem pięć kopii, jedną dla wszystkich z rodzeństwa i jedną dla siebie.
Kiedy wróciłem, Zosia — już dwudziestoletnia, studiująca farmację w Poznaniu, przyjechała na weekend, bo Kuba zadzwonił do niej w nocy — siedziała na schodach przed blokiem z kubkiem kawy z termosu. Zapytała tylko, czy jestem w porządku.
Powiedziałem, iż tak. Powiedziałem, iż mama zostawiła ich mnie, bo wiedziała, co robi. I iż ja to po prostu dalej robię — tyle iż teraz na papierze jest napisane, czyje to jest, a nie tylko czyje było przez te jedenaście lat.













