Prasowanie prześcieradeł dla nikogo. Historia Danuty z Bydgoszczy

newsempire24.com 3 dni temu

Mam siedemdziesiąt sześć lat i mieszkam w Bydgoszczy, na Bartodziejach, w tym samym mieszkaniu, w którym wychowałam dwoje dzieci. Nazywam się Danuta. I do niedawna każde prześcieradło, które schodziło z sznurka, lądowało pod żelazkiem — choćby jeżeli w domu, poza mną, nie było już nikogo, kto miałby na nim spać.

To się zaczęło u mojej matki. Miała szafę w sypialni, taką z lustrem, które już wtedy było trochę spłowiałe od słońca, i w tej szafie wszystko leżało jak w sklepie — poszewki równo, obrusy osobno, ręczniki kuchenne złożone na cztery. Sąsiadki przychodziły po cukier albo po przepis i zawsze zaglądały do tej szafy, jakby to była wizytówka. Matka powtarzała: dom poznaje się po bieliźnie, reszta to dekoracja. Wyszłam za mąż za Ryszarda w siedemdziesiątym dziewiątym i zabrałam tę zasadę ze sobą, jakby to był posag.

Poniedziałki należały do prania. jeżeli niebo było czyste, wieszałam na balkonie, cztery piętro, widok na kominy elektrociepłowni. jeżeli padało — a w Bydgoszczy pada często — czekałam, czasem dwa dni, aż się wysuszy na suszarce w łazience. Potem prasowanie. Chłopcy odrabiali lekcje przy stole, telewizor mruczał jakiś serial, a ja stałam z żelazkiem po godzinie, półtorej. Nigdy nie zadałam sobie pytania, po co to robię. To było jak mycie zębów. Nikt nie pyta, czy naprawdę trzeba.

Ryszard umarł trzy lata temu, w marcu, na serce. Odtąd mieszkam sama. Mniej ubrań, mniej prania, mniej wszystkiego — a jednak ten rytuał ze sobą zabrałam, jakby był przyklejony. Zmieniam pościel, piorę, czekam, suszę, prasuję. choćby w lipcu, kiedy na termometrze za oknem jest trzydzieści dwa stopnie, zamykałam się w pokoju z otwartym oknem i parą buchającą prosto w twarz, byle tylko prześcieradło leżało bez jednej zmarszczki.

Pod koniec sierpnia uprasowałam dwa komplety pościeli jednego wieczoru i plecy bolały mnie tak, iż musiałam usiąść na brzegu łóżka. Patrzyłam na to idealnie złożone prześcieradło i pomyślałam: dla kogo ja to w ogóle robię. Nikt nie miał przyjechać. Nikt nie otwierał tej szafy poza mną. Nikt by nie sprawdził, czy pod spodem jest jakaś fałda. Więc następnym razem złożyłam pościel prosto z suszarki, bez żelazka. Nic się nie stało. Spałam tak samo jak zawsze. Tydzień później zrobiłam to samo. Potem przestałam prasować ścierki kuchenne. Czułam się przy tym trochę śmiesznie, jakbym robiła coś zakazanego — jakbym miała za chwilę usłyszeć głos matki zza pleców.

W niedzielę wpadła moja siostra Jadwiga, ma siedemdziesiąt trzy lata, mieszka na Fordonie. Szukałyśmy obrusu na imieniny wnuczki i otworzyła moją szafę z bielizną. Zobaczyła prześcieradła złożone, ale nie tak gładkie jak kiedyś. Zaśmiała się i mówi: mama by dostała zawału, gdyby to zobaczyła. Zaśmiałam się razem z nią, a chwilę potem poczułam takie dziwne ukłucie winy, iż aż odstawiłam kubek z herbatą na parapet. Matka nie żyje od dziewiętnastu lat. A jedno zdanie o prześcieradłach potrafiło mi wmówić, iż robię coś złego.

Powiedziałam Jadwidze, iż nie zamierzam już nigdy więcej ich prasować. Ona na to, iż lubi wejść do wyprasowanego łóżka i nie widzi w tym nic złego. I rzeczywiście nic złego w tym nie ma — o to właśnie chodzi. jeżeli jej to sprawia przyjemność, niech prasuje do stu lat. Ale ja robiłam to od pięćdziesięciu paru lat, nie wiedząc nawet, czy mi się to podoba, czy po prostu nigdy nie przyszło mi do głowy, iż mogę przestać.

Rozmowa zeszła na inne rzeczy w tym samym stylu. Jadwiga przyznała, iż do dziś myje okna, zanim przyjadą jej dzieci, bo matka zawsze mówiła, iż goście najpierw patrzą na szyby. Ja z kolei do niedawna nakładałam co rano ozdobną narzutę na łóżko, żeby wieczorem ją zdjąć — codziennie ten sam bezsensowny rytuał. Zaczęłyśmy wyliczać takie domowe zasady, których żadna z nas nigdy świadomie nie wybrała, i w końcu śmiałyśmy się tak, iż sąsiadka zza ściany zapukała, pytając, czy wszystko w porządku.

Potem spoważniałam. Powiedziałam Jadwidze, iż czasem mam wrażenie, jakbyśmy kawał życia spędziły na udowadnianiu, iż jesteśmy kobietami „poukładanymi". Czysty dom, obiad na czas, wyprasowane ubrania, pełna lodówka. Teraz nikt nas do niczego nie zmusza, a ten wewnętrzny głos wciąż siedzi i pilnuje. Matka też nie miała łatwo — czworo dzieci, pensja ojca z fabryki kabli, każdy grosz liczony. Pewnie dlatego porządek stał się dla niej czymś, bez czego nie dało się oddychać. Nie miałam do niej pretensji. Zaczynałam po prostu rozumieć, iż wiedza, skąd wzięła się jakaś zasada, nie oznacza, iż muszę ją nosić do grobu.

Parę tygodni temu córka, Marta, przyjechała do mnie na weekend z Torunia i nocowała w moim pokoju gościnnym. Rano powiedziała, iż pościel była taka miękka, przyjemna. Zapytałam, czy zauważyła, iż nie była prasowana. Spojrzała na mnie zdziwiona: a niby powinnam? Zakrztusiłam się kawą ze śmiechu, a Marta klepała mnie po plecach, dopytując, o co chodzi, bo nie rozumiała żartu.

Od tamtej pory żelazko stoi w szafce znacznie częściej niż wcześniej stało na desce. I za każdym razem, kiedy chowam pościel z lekką fałdą, czuję coś, co z zewnątrz brzmi absurdalnie — małą wolność. W wieku siedemdziesięciu sześciu lat odkryłam, iż można odpocząć od obowiązków, których nikt mi tak naprawdę nigdy nie narzucił, a którym mimo to słuchałam całe życie.

W zeszłym tygodniu poszłam do notariusza przy placu Wolności — nie w sprawie pościeli, tylko żeby dopisać Martę i jej brata Piotra do księgi wieczystej mieszkania jako współwłaścicieli, po połowie, żeby po mnie nie było żadnych spraw sądowych ani czekania na spadek. Zapłaciłam za akt notarialny osiemset dwadzieścia złotych. Siedziałam w tej kancelarii czterdzieści minut, podpisałam trzy egzemplarze, dostałam swój do teczki — tej samej, w której kiedyś trzymałam instrukcje do pralki. Wracając do domu, minęłam kiosk, kupiłam gazetę, której choćby nie przeczytałam, i pomyślałam, iż to jest dokładnie ten rodzaj porządku, który ma sens: papier, który coś naprawdę załatwia, a nie prześcieradło bez jednej zmarszczki, którego nikt nie zobaczy.

Wieczorem zadzwoniła Jadwiga, spytać, jak poszło u notariusza. Powiedziałam jej, iż teczka leży teraz na komodzie, obok pilota od telewizora, i iż żelazko nie wyjdzie z szafki do następnej zmiany pościeli u Marty — jeżeli w ogóle wyjdzie.

Idź do oryginalnego materiału