Prowadzę pralnię samoobsługową przy ulicy Freta, dwie przecznice od Rynku Nowego Miasta. Zmiana zaczyna mi się o szóstej rano, kończy o czternastej, a potem zostaję jeszcze, bo tak naprawdę to ja tu mieszkam bardziej niż w swoim mieszkaniu na Targówku. Osiem pralek, cztery suszarki, automat z proszkiem, który wiecznie się zacina na saszetkach Perwoll. Widziałam już wszystko – od studentów, którzy wrzucają czerwoną skarpetkę do białych koszul, po starsze panie, które przychodzą tylko po to, żeby z kimś porozmawiać, bo w domu nikt nie czeka.
Panią Krystynę zapamiętałam od pierwszego dnia, bo przyniosła ze sobą termos z herbatą i usiadła na plastikowym krześle pod oknem, jakby to był jej salon. Miała wtedy sześćdziesiąt trzy lata, mieszkanie na Powiślu i syna, który wyjechał do Wrocławia dziesięć lat wcześniej i dzwonił raz na miesiąc, zawsze w niedzielę, zawsze o tej samej porze, jakby odhaczał punkt w kalendarzu.
Przez trzy lata przychodziła co czwartek. Prała pościel, ręczniki, czasem firanki. Opowiadała mi kawałkami, między jednym praniem a drugim – iż mąż zmarł jedenaście lat temu, iż emerytura to tysiąc osiemset dwadzieścia złotych, iż apteka na rogu podniosła ceny na leki na serce. Nigdy nie narzekała głośno. Mówiła to tak, jakby czytała listę zakupów.
We wrześniu tego roku, w drugi czwartek miesiąca, przyszła inna. Nie usiadła od razu przy oknie. Stała przy pralce numer pięć i wpatrywała się w bęben, który się kręcił, poprawiając rękaw swetra, którego wcale nie trzeba było poprawiać, chociaż na dworze było chyba z osiemnaście stopni.
Zapytałam, czy wszystko w porządku, bo zwykle o tej porze już zdążyła opowiedzieć mi trzy historie. Powiedziała, iż syn przyjechał w zeszłym tygodniu. Pierwszy raz od trzech lat, bez zapowiedzi, z teczką dokumentów. Usiadł przy jej stole kuchennym, tym samym, przy którym jadła śniadania od trzydziestu lat, i powiedział, iż najlepiej będzie, jeżeli przepisze mieszkanie na niego już teraz, żeby "uniknąć problemów ze spadkiem" – tak to ujął, jakby czytał z formularza. Nie zapytał, jak się czuje. Nie zapytał, czy jadła obiad. Podsunął jej długopis.
Nie podpisała. Powiedziała mu, iż musi się zastanowić, a on wstał od stołu, powiedział, iż "nie ma co się rozczulać", i wyszedł, nie dopijając kawy, którą mu zrobiła. Zostawił kubek na blacie. Ona umyła go tego samego wieczoru, bo nie umiała go tam zostawić.
Przez kolejne dwa czwartki przychodziła i milczała bardziej niż zwykle. Ja miałam akurat zmianę do siedemnastej tego dnia, więc widziałam ją dłużej niż inni klienci – większość wpada na godzinę, ona zostawała na trzy. Prała rzeczy, które wcale nie były brudne. Widziałam, jak dwa razy wrzucała do bębna tę samą narzutę.
Trzeciego czwartku przyniosła teczkę. Nie pościel – teczkę z dokumentami, tekturową, przewiązaną gumką. Usiadła przy oknie, otworzyła ją na kolanach i przez dobre pół godziny czytała papiery, przesuwając palcem po liniach, jakby liczyła, ile jej jeszcze zostało. Nie zagadywałam, bo w tej pracy człowiek uczy się rozpoznawać, kiedy klient chce rozmawiać, a kiedy potrzebuje tylko hałasu pralek w tle.
Kiedy skończyła, podeszła do lady, gdzie akurat składałam ręczniki, i zapytała, czy zna kogoś, kto zrobi jej zdjęcie do dokumentu – to na legitymację w nowym miejscu, dodała. Zapisałam jej adres punktu fotograficznego na Krakowskim Przedmieściu. Nie pytałam więcej.
Resztę usłyszałam dopiero w listopadzie, kiedy przyszła po raz ostatni przed zimową przerwą – zamykam pralnię na dwa tygodnie na przełomie roku, bo trzeba wymienić filtry. Stała przy automacie z proszkiem, wrzucając monetę za monetą, i mówiła, nie odwracając się do mnie, jakby łatwiej jej było opowiadać do maszyny niż do mnie.
Poszła do notariusza na Miodowej i sprawdziła, iż mieszkanie należy tylko do niej, mąż nie zostawił żadnych zobowiązań, więc może nim dysponować, jak chce. Syn zadzwonił jeszcze raz, tydzień po tamtej wizycie, i powiedział to samo, tylko innymi słowami – iż "trzeba to załatwić, zanim będzie za późno".
Odpowiedziała mu bez podnoszenia głosu, iż mieszkanie sprzedaje. Nie jemu. Deweloperowi, który kupuje kamienicę na przebudowę, za sześćset dziewięćdziesiąt tysięcy złotych. Część przeznaczy na miejsce w domu seniora przy ulicy Kawęczyńskiej – pokój z oknem na wschód, już zapisała się na listę i zapłaciła zadatek dwadzieścia tysięcy. Resztę odłoży sobie na życie, bo – jak mu powiedziała – "jeszcze chcę pojechać nad morze, a nie tylko płacić za twoje przyszłe mieszkanie".
Syn miał podobno przyjechać jeszcze raz, ale nie przyjechał. Zadzwonił i się rozłączył w połowie zdania, kiedy zrozumiał, iż nic już nie zmieni.
Zapytałam, czy nie żal jej mieszkania, w którym przeżyła całe życie. Nie odpowiedziała od razu. Wyjęła z siatki złożone ręczniki, rozprostowała je jeszcze raz na blacie i złożyła od nowa, dokładniej, jakby to była ostatnia rzecz, którą musiała zrobić porządnie tego dnia. Dopiero potem powiedziała, iż tak, żal, i wsunęła paragon do kieszeni płaszcza. Zapłaciła za pranie, wzięła siatkę pod pachę i wyszła – drzwi zamknęły się za nią z tym samym metalicznym stuknięciem co zawsze.
Na krześle pod oknem został jej termos. Zadzwoniłam za nią na ulicę, ale już skręcała w stronę Rynku Nowego Miasta i nie usłyszała. Odstawiłam termos na półkę za ladą, obok pudełka z zapasowymi żetonami, na wypadek gdyby wróciła. Stoi tam do dziś, w grudniu wyprowadziła się na Kawęczyńską, a ja wciąż nie mam jak go oddać.













