Porzucić luksus czy stracić wszystko: Dylemat kochanki

newskey24.com 1 tydzień temu

Jestem kochanką. jeżeli odejdę, stracę wszystko: dziecko, pieniądze, luksus…

Ale nie jestem szczęśliwa.

Zawsze nienawidziłam prowincji. Wąskie uliczki, pięć sklepików na cały rejon, cisza, która wieczorami dzwoni w uszach. A zimą – jakby świat wymarł. Gdyby wtedy ktoś zapytał mnie o marzenia, odpowiedziałabym bez zastanowienia: „Jedno jedyne – wyjechać. Na zawsze”.

Nie byłam niezwykłą pięknością. Ale zawsze był obok mnie Kuba – kolega z klasy, który mnie ubóstwiał od dzieciństwa. Znosił moje kaprysy, ostre słowa, moją chłodność. choćby gdy latem wyjeżdżałam do ojca na wieś, po powrocie wciąż stał pod moim domem, z tą samą wiernością w oczach.

Wtedy z bratem studiowaliśmy, ojciec stracił pracę, mama zarabiała grosze. Kiedy nie było pieniędzy choćby na fryzjera, brałam nożyczki i sama strzygłam braci. I w pewnym momencie zrozumiałam – wychodzi mi to całkiem nieźle.

Pewnego dnia, po zakończeniu szkoły, w ciszy prowincjonalnej nocy zrozumiałam: właśnie ta umiejętność może mnie stąd wyciągnąć. Spakowałam walizkę i wyjechałam do Warszawy. Zapisałam się na kursy fryzjerskie.

Bardzo gwałtownie nauczyciel zauważył mój talent i zaprosił mnie do pracy w swoim salonie. Dzięki klientkom nauczyłam się dbać o siebie, poznałam styl, makijaż. Początkowo siadałam w małych kawiarenkach, a potem zaczęłam odwiedzać luksusowe lokale — podobało mi się, jak na mnie patrzyli. Stałam się kimś.

I właśnie w jednej z takich kawiarni go spotkałam.

Podniósł moją torebkę, której nie zauważyłam, iż upuściłam. Pamiętam, iż siedział przy sąsiednim stoliku, z marszczonym czołem, pogrążony w myślach. Później znaleźliśmy się obok siebie na ruchomych schodach. Zapytał, dokąd zmierzam, i — nie wiem jak — już siedziałam w jego samochodzie. Luksusowy SUV, najnowszy model. Po drodze opowiedziałam o swojej pracy, a on odwiózł mnie pod wynajmowane mieszkanie.

Miesiąc później nie mogłam uwierzyć własnym oczom, gdy zobaczyłam go w fotelu mojego salonu. Znalazł mnie. Szukał. I tym się zaczęło.

Był starszy ode mnie o 35 lat. Ale patrzył na mnie jak na boginię. Zabierał mnie do najlepszych restauracji, na kurorty, zatrzymywaliśmy się w luksusowych hotelach i podróżowaliśmy tam, gdzie inni choćby nie marzyli. Powtarzał, iż jest zakochany. Ja — zwykła dziewczyna z prowincji — trafiłam do bajki. I nie chciałam z niej wracać.

Oczywiście, był żonaty. Ale zapewniał: między nimi od dawna wszystko umarło. Dzieci? Nie, nigdy nie było. I wtedy zrozumiałam — to jest moja szansa.

Byłam młoda. Ale czy młodość to przeszkoda dla macierzyństwa? Wiedziałam: jeżeli będziemy mieli dziecko, zapewni mi wszystko. I przywiążę go na zawsze. A jego pieszczoty stały się dla mnie zwyczajem, choćby przyjemnością.

Zaszłam w ciążę prawie od razu. I przez ten cały czas żyłam, jak w raju. Uwielbienie, prezenty, troska… Kiedy urodziła się córka, promieniał jak słońce. Obchodził się z nią jak z kryształowym wazonem, zasypywał zabawkami, ubraniami, biżuterią.

Milena rosła jak księżniczka. Miała nianię, harmonogram zajęć, naukę. A ja — biegałam po salonach piękności, przyzwyczajałam się do nowej siebie. Stałam się kapryśna, opryskliwa, mogłam krzyczeć na kelnerkę lub manicurzystkę. Nie byłam już tą prowincjuszką. Byłam Matką jego dziecka. I chciałam więcej.

Kupił mi salon, uczynił mnie kierowniczką. Podarował samochód, przestronne mieszkanie. Ale status kochanki się nie zmieniał. I od tego wszystkiego we mnie się gotowało. Złościłam się. A on — zaczął mnie kontrolować. Zabraniał wychodzić samej. Bał się, iż odejdę.

To wszystko było luksusowe… ale brakowało mi czegoś najważniejszego — wolności. Tej, którą kiedyś dawał mi Kuba.

I pewnego dnia, w centrum handlowym, zobaczyłam go. Kuba. Szedł, obejmując młodą ciężarną kobietę. W zwykłych kurtkach, z ciepłymi spojrzeniami, oglądali witryny z dziecięcymi rzeczami. Nie tylko mnie nie zauważył. Spojrzał przez mnie jak przez pustkę. Z pogardą. Z odrazą. I przeszedł obok, całując ją w skroń. A ja stałam, jak wyrwany płatek, oderwany od ziemi, która dała mu siłę.

Teraz stoję na rozdrożu.

Jeśli odejdę — stracę wszystko. Milenę. Pieniądze. Poziom życia. Jego troskę. jeżeli zostanę — na zawsze pozostanę czyjąś kochanką. choćby nie żoną. Po prostu wygodnym cieniem.

Boję się. Starzeję się. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś będę w stanie pokochać.

Boję się, iż Milena już płacze w nocy. Że dzieci w szkole wyśmiewają ją — „dziadek po ciebie przyjechał”. A ja nie będę mogła odpowiedzieć na jej przyszłe pytania: „Mamo, dlaczego to wszystko zrobiłaś?”

Coraz częściej budzę się i marzę, by wrócić tam — do naszego małego domu. Być wolna. Po prostu żyć. Ale z kieszeniami pełnymi pieniędzy.

I wtedy biorę kawę, patrzę w lustro, biorę telefon — i dzwonię. Po kolei. Fryzjer, manicure, masaż, zakupy… Utrzymuję fasadę, by tylko nie słyszeć, jak wszystko wewnątrz się wali.

Na ile jeszcze starczy mi sił? Nie wiem.

Idź do oryginalnego materiału