To było jak sen, w którym nic nie miało prawa się wydarzyć, a jednak wszystko się działo. W śpiącym Krakowie, pośród ciszy zmąconej tylko dźwiękiem tramwajów za oknem, Pola leżała na granicy światów. Jej serce, zmęczone latami kłótni z mężem, nagle zamarło gdzieś między piątym a szóstym biciem. Powietrze zastygło jak zupa mleczna zostawiona na oknie, a wtedy, zupełnie nierzeczywiście, pojawił się anioł. Miał na sobie szalik Wisły Kraków i pachniał pieczonymi jabłkami. Przysiadł obok łóżka i powiedział cichym głosem, iż bilans jej życia jeszcze się nie zgadza. Może jeszcze nie czas na niebo, Polu. Wracaj na kilka dni, napraw to, co rozdarte szepnął. Potem odleciał na holenderskim rowerze.
Obudziła się z dziwną pewnością, iż musi inaczej. Mąż, Andrzej, od miesięcy był jej cieniem spał na kanapie, jadł zimny żurek z lodówki, milczał i zapomniał, jak się śmieją dzieci. Pola spojrzała jak prasuje koszulę na rano, tak automatycznie, jakby całe życie polegało już tylko na zaginaniu mankietów. Postanowiła zebrać życie do kupy: wrzuciła wszystkie jego ubrania do pralki, rozstawiała w domu świeczki z Kościoła Mariackiego, ugotowała gołąbki, a na stole położyła wazon z białymi tulipanami. Na kanapie zostawiła kartkę, starannie podpisaną:
Może lepiej ci się będzie spało w łóżku, które kiedyś było nasze. Tam, gdzie z naszych westchnień przyszły na świat nasze dzieci. Gdzie chowane nocą lęki znikały w objęciach. Miłość tu wciąż mieszka, jeżeli tylko chcesz ją znaleźć. o ile potrafisz mi wybaczyć spotkajmy się tam.
Twoja Pola
Pisząc ostatnie słowa o ile potrafisz mi wybaczyć wszystkie błędy poczuła, jakby coś w niej pękło. Zbuntowana myśl rozlała się po głowie:
Czy ja kompletnie zgłupiałam? Przecież to on zamknął drzwi serca po latach pracy w Hucie Sendzimira. Ja liczyłam każdy grosz, znosiłam jego niepokój, godziny ciszy, cichy płacz dzieci. Rozbijał talerze, a ja sklejałam. To on pił, a ja sprzątałam. Mam za to przepraszać?
W gniewie podarła list na drobne strzępy, które pospadały na podłogę jak płatki śniegu w maju. I wtedy usłyszała anioła głos mocny jak dźwięk dzwonów wawelskich:
Zostało ci jeszcze kilka małych dobra do zrobienia, Polu. Inaczej nie przekroczysz bram nieba.
Pola westchnęła. Czy to ma sens?
Napisała nowy list, tym razem głosem cichym i miękkim jak chleb z domowego zakwasu:
Dopiero teraz widzę twój strach, kiedy straciłeś pracę po latach bezpieczeństwa. Może bolało cię bardziej, niż pokazywałeś. Twoje obrazy i wiersze mogły być dla innych iskrą, a ja je gasiłam. Wolałam mieć w domu regularność pensji niż twoje marzenia. Przepraszam. Proszę, wybacz mi. Obiecuję, iż zostanę na nowo twoją Polą. Kocham cię.
Wieczorem, gdy Andrzej wrócił i otworzył drzwi, od progu poczuł, iż coś się wydarzyło. W całym mieszkaniu na blokowisku przy ulicy Krowoderskiej pachniało gołąbkami. W radio grała stara piosenka Anny Jantar. Na stole migotały świece. Na kanapie leżał list.
Gdy Pola wyszła z kuchni z półmiskiem w rękach, zobaczyła go płakał, jakby z niego wychodziły wszystkie stare, zardzewiałe smutki. Postawiła talerz, oboje objęli się, jakby zbierali się do lotu. Nie było już potrzeby mówić nic więcej. Andrzej wziął ją na ręce, zaniósł do sypialni i kochali się tak cudownie, jakby znowu byli narzeczonymi z plant pod Ratuszem.
Potem razem jedli kolację, śmiali się z głupich kawałów ich dzieci, jakby znowu mieli po dwadzieścia lat.
Gdy Pola sprzątała kuchnię zamyślona, zatrzymała się przy oknie. W surrealistycznym ogrodzie, gdzie zwykle rosły tylko betonowe trzepaki, zobaczyła anioła. Wyglądał, jakby podcinał tulipany, a nad głową miał aureolę z cukru pudru. Wybiegła do niego z łzami:
Proszę cię, pozwól mi zostać tu jeszcze trochę. Chcę pomóc mu wrócić do malowania, chcę naprawić, co popsułam. Obiecuję, iż jeszcze trochę i będzie szczęśliwy. Wtedy poproszę, byś mnie zabrał.
Anioł szepnął, uśmiechając się jak babcia z Podhala:
Nigdzie cię nie zabieram. Już tutaj jesteś w swoim niebie. Zapracowałaś na nie. Tylko pamiętaj o piekle, które sama zbudowałaś i iż niebo bywa bliżej, niż Warszawa pod Tatrami.
Nagle z domu dobiegł głos Andrzeja, pełen ciepła i spokoju:
Pola, chodź już, zimno tu bez ciebie. Jutro będzie nowy dzień!
A ona tylko pomyślała:
Dzięki Bogu, jutro rzeczywiście będzie nowy dzień
Do chwili zadumy:
Ty, który narzekasz na brak, czy wiesz, ile już masz?
Ty, który cierpisz widzisz, ile bólu noszą inni przez ciebie?
Ty, który oceniasz czy patrzyłeś kiedyś w lustro swojej duszy?
Ty, który głośno liczysz błędy świata czy podliczasz własne?
Ty, który deklarujesz przyjaźń czy umiesz naprawdę być przyjacielem dla siebie samego?
Ty, który widzisz wokół szarość czy próbowałeś pomalować ją na niebiesko?
Ty, który krytykujesz rzeczywistość co zrobiłeś, by zmienić ją choć odrobinę?
Ty, który śnisz o niebie ile chmur przeciąłeś nad głową życia drugiego człowieka?
Ty, który mówisz o skromności czy kiedykolwiek wyciągnąłeś rękę?
Ty, który potępiasz zło czy zasiałeś ziarenko dobra?
Ty, który narzekasz na obojętność czy rozdałeś choć odrobinę ciepła?
Ty, który boisz się biedy czy dzielisz się tym, co masz, choćby to było parę złotych i uśmiech?
Ty, którego ranią kolce dnia czy choć raz zasadziłeś różę w duszy kogoś innego?
Ty, który boisz się ciemności czy chociaż raz zapaliłeś komuś lampkę?
Ty, który patrzysz tylko na siebie czy patrzyłeś na kogoś oczami serca?
Ty, który czujesz się mały czy próbowałeś każdego dnia być odrobinę większym?
Ty, który boisz się samotności czy pozwoliłeś komuś usiąść przy twoim stole?
Ty, który drżysz przed chorobą czy zadbałeś choć trochę o siebie i najbliższych?
Ty, który pragniesz pokoju czy zdmuchujesz choć raz wiatr konfliktu?









