Dziennik 15 lutego, Warszawa
Czasami los podsuwa człowiekowi historie, które wywracają całe życie do góry nogami. Dziś pragnę podzielić się czymś, co utkwiło mi głęboko w sercu, czymś, o czym trudno mówić, bo jeszcze trudniej o tym zapomnieć.
Moja żona, Barbara, przez długi czas żyła ze mną raczej źle, niż dobrze. Częściej wymienialiśmy uwagi lub milczenie niż czułe słowa. Potem wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Basia nagle doznała zatrzymania akcji serca. Chociaż przez chwilę była na granicy życia i śmierci, potem opowiadała mi, iż stanął przed nią anioł, żeby ocenić siły dobra i zła i powiedział, iż jeszcze nie nadeszła jej pora. Może wrócić do świata, żeby nadrobić kilka dobrych uczynków.
Wróciła. A ja? przez cały czas wściekły, spałem na kanapie, udawałem, iż jej nie widzę, rany ciągle tkwiły głęboko. Do kuchni już dawno nie zaglądałem, bo przecież obiady, które kiedyś dla mnie gotowała, przeszły do historii. Rano prasowałem koszulę na następny dzień do pracy przecież trzeba zarabiać, bo złotówki nie rosną na drzewach.
To wtedy, w tej ciszy i oddaleniu, Basia zdecydowała, iż spróbuje jeszcze raz. Kiedy wyszedłem do firmy, zaczęła prać i prasować moje rzeczy. Upiekła na obiad moje ulubione schabowe, postawiła świeże tulipany na stole i zapaliła świece. Na kanapie znalazłem kartkę:
Domyślam się, iż wygodniej byłoby ci zasnąć w naszym dawnym łóżku. To tam przyszły na świat nasze dzieci, tam chowaliśmy się przed całym światem i nocami znajdowaliśmy w sobie ukojenie. Ta miłość wciąż tam jest i czeka na nas. jeżeli potrafisz wybaczyć mi, spotkajmy się tam dzisiaj, wieczorem.
Twoja Basia
Kiedy Basia dopisała ostatnie słowa: jeżeli potrafisz wybaczyć wszystkie moje błędy, nagle poczuła bunt. Czy to ja powinnam przepraszać? Przecież to mnie traktował oschle, wracał rozżalony, kiedy stracił pracę w fabryce i nie potrafił znaleźć nowej. To ja musiałam pilnować naszych oszczędności i znosić jego ponure nastroje. Przecież on zaczął przesiadywać na fotelu godzinami i uciszał dzieci, które chciały się bawić. Oskarżał mnie, iż zbyt często się czepiam i zniszczył naszą codzienność… Czy to ja mam znowu zejść z dumy i wyciągnąć rękę pierwsza?
Podarła list w złości. Wtedy podobno po raz drugi usłyszała głos anioła: Jeszcze trochę dobrych uczynków i będziesz miała niebo. Inaczej drzwi do niego zostaną zamknięte.
Zatrzymała się więc na chwilę. Czy warto? pomyślała. Ale napisała wiadomość od nowa tym razem jeszcze bardziej serdeczną:
Tak naprawdę nie rozumiałam niczego. Nie zauważałam twojego strachu o przyszłość, gdy po tylu latach z dnia na dzień zostałaś bez pracy. Musiałeś czuć się okropnie. Pamiętam, jak snuliśmy plany na wspólną starość, a później zmusiłam cię, byś prowadził taksówkę, choć tego nie chciałeś.
Broniłam się, gdy burzyłeś moje spokój, ale nie widziałam, jak boli cię codzienność bez sensu. Pamiętam wieczór, gdy zniszczyłam twoje listy z młodości i spaliłam obrazy, które malowałeś dla mnie. Wściekałam się, iż wydajesz pieniądze na farby, zamiast myśleć o rachunkach. A mogłam przecież pomóc ci je sprzedać były naprawdę piękne.
Ja też się bałam, szukałam poczucia bezpieczeństwa tylko wtedy, gdy miałeś stałą pracę. Proszę, wybacz mi. Obiecuję, iż od dziś będzie inaczej. Kocham cię.
Twoja Basia
Gdy wróciłem do domu, od razu poczułem coś, co trudno opisać słowami. Zapach świeżej kawy, ciepłego obiadu, światło świec odbijające się w kieliszku i delikatnie sączący się z radia stary Marek Grechuta. Spojrzałem na kanapę zobaczyłem napisane odręcznie słowa i poczułem, jak wraca do mnie serce.
Wyszedłem z kuchni z obiadem, a ona stała i patrzyła na mnie, a ja, duży chłop, nie potrafiłem ukryć łez. Postawiła talerz, a ja objąłem ją z całych sił. Wtedy nie trzeba było słów. Usiadłem i po prostu płakaliśmy. Potem wziąłem ją na ręce niczym młokos i zaniosłem do łóżka. Tam kochaliśmy się jak za dawnych studenckich lat. Kiedy było już po wszystkim, usiedliśmy razem i śmialiśmy się długo, wspominając śmieszne sytuacje z dzieciństwa naszych córek.
Wieczorem, kiedy Basia sprzątała kuchnię, spojrzała przez okno na naszego ogródka i zobaczyła białą gołębicę wśród krzewów róż. Wybiegła za nią, płacząc ze wzruszenia i szeptała cicho: Pozwól mi tu zostać, proszę. Chcę jeszcze zrobić tyle dobrego, naprawić co zniszczyłam, pomóc mu wrócić do malowania. Kiedy już będzie szczęśliwy, wtedy pójdę z tobą.
Wtedy w myślach usłyszała głos: Już nie musisz odchodzić. Jesteś w swoim niebie. Pamiętaj tylko o tym piekle, z którego wyszłaś. Niebo jest bliżej, niż myślisz.
W tym momencie usłyszałem jej głos: Kochanie, zimno tu, chodź spać. Jutro nowy dzień.
Odetchnąłem głęboko i pomyślałem: Tak, dzięki Bogu, jutro będzie nowy dzień.
A kiedy dziś wieczorem przeglądam to, co zapisałem, wracają do mnie ważne pytania.
Czy patrzę tylko na to, czego mi brakuje, nie dostrzegając, ile już otrzymałem?
Czy potrafię policzyć krzywdy, które sam wyrządzam, zamiast skupiać się na tym, ile wycierpiałem?
Czy potrafię być naprawdę uczciwy wobec siebie i innych?
Czy moja krytyka innych nie przesłania mi moich własnych błędów?
Czy jestem prawdziwie pokorny i cichy?
Czy, pragnąc lepszego świata, sam czynię coś, żeby ten świat naprawiać?
Czy zamiast marzyć o szczęściu i niebie, staram się przynajmniej rozświetlić choć trochę ludzkiego piekła wokół mnie?
Czy rzeczywiście cieszę się tym, co mam, dbam o innych, czy tylko o siebie?
To były dla mnie najważniejsze lekcje. Może ktoś jeszcze je przeczyta i zastanowi się przez chwilę. Ja dziś na nowo doceniam swój kawałek nieba. Ironia losu, iż był tak blisko, a szukałem go gdzieś daleko.









