Poranny krąg
Na drzwiach windy ktoś znowu przykleił taśmą kartkę: NIE ZOSTAWIAĆ REKLAMÓWEK PRZY ŚMIETNIKU. Taśma ledwo trzymała, papier już zawijał się w rogach. Światło na klatce migotało, przez co napis wydawał się raz surowy, raz blady jak nastroje w bloku na chacie sąsiadów.
Jadwiga Nowacka stała z kluczami w ręce i słuchała, jak na szóstym piętrze za ścianą wiertarka znowu łapała ton, potem się przełamywała, po chwili wracała. Sam dźwięk nie budził w niej złości. Wkurzało ją co innego: iż każda taka sytuacja kończyła się awanturą. Ktoś wrzucał coś na grupę na Messengerze wielkimi literami, ktoś odpowiadał sarkastycznie, ktoś wstawiał zdjęcia cudzych butów pod drzwiami na dowód upadku obyczajów. Wszystko to wymagało od niej postawy zajęcia stanowiska, a ona pragnęła już tylko jednego ciszy w głowie.
Weszła do mieszkania, postawiła torbę z zakupami na kuchennym stole, jeszcze w płaszczu, i zerknęła do bloku na Messie. Na górze widniał wpis: KTO PARKOWAŁ W NOCY NA PLACU ZABAW?. Zaraz potem zdjęcie koła na krawężniku. I kolejna wiadomość: A KTO SIĘ W OGÓLE NIE WITA W KLATCE?. Jadwiga przewijała, czuła znane napięcie w piersi, aż przyłapała się na myśli: ma już dość bycia widzem tych kłótni. I dość własnej gotowości, by dolewać oliwy, choćby jeżeli milczała.
Następnego dnia obudziła się za wcześnie, choć nie wyspała się wcale. Organizm działał już trochę jak stary budzik. W pokoju było chłodno, grzejniki syczały. Narzuciła bluzę, w przedpokoju znalazła adidasy do chodzenia, które prawie wcale nie były używane, i wyszła na klatkę schodową. Pachniało jak zawsze trochę kurzem, trochę starą farbą z barierek, trochę czymś nieokreślonym, czego nie da się opisać.
Przy windzie zatrzymała się i spojrzała na tablicę ogłoszeń. Były tam wydruki o wymianie liczników, o zaginionym kocie i informacje o zebraniu wspólnoty mieszkaniowej. Jadwiga wyciągnęła z torby kartkę, przygotowaną dzień wcześniej, i przypięła ją pinezką:
Poranne spacery wokół osiedla. Bez rozmów i bez obowiązku. Kto chce niech wyjdzie o 7:15 pod blok. Po prostu zrobić kółko i rozejść się. Jadwiga N.
Nawet ją zdziwiło, jak łatwo to napisała. Nie: zaprzyjaźnijmy się, nie: bądźmy ludźmi po prostu: krok za krokiem.
O 7:12 już stała przy drzwiach wejściowych, sprawdziwszy gaz i okna. W ręku klucze i telefon, na głowie czapka. Myślała, iż poczeka minutę, potem odejdzie, udając, iż tak miało być.
Drzwi się zatrzasnęły, na schody wyszła kobieta około czterdziestki pięciu lat, spięta, z twarzą kogoś, kto spodziewa się bólu.
Pani od ogłoszenia? zapytała, poprawiając szalik.
Tak odpowiedziała Jadwiga. Jadwiga jestem.
Grażyna. Lekarz kazał mi chodzić na kręgosłup. Sama nie lubię, nudno wyjaśniła od razu, jakby się tłumaczyła: Ale nie jestem rozmowna.
I dobrze odparła Jadwiga.
Po minucie dołączył mężczyzna, trochę przygarbiony, w ciemnej kurtce. Skinął głową, popatrzył, jakby miał wątpliwość, czy wypada się przywitać, ale jednak rzucił:
Dzień dobry. Tomek. Z piątego.
Z szóstego odruchowo poprawiła Jadwiga, bo doskonale wiedziała, kto mieszka gdzie. I od razu przyłapała się na tym, iż znów wszystko chciała poukładać.
Tomek się uśmiechnął.
No racja, z szóstego. Moja pomyłka.
Czwarty przyszedł wysoki mężczyzna około sześćdziesiątki, w czapce sportowej i z chodem, który pamiętał bieżnię. Nic nie mówił, tylko stanął obok.
Stefan podsumował krótko. Zawsze rano chodzę. Myślałem, iż jestem jedyny.
O 7:16 ruszyli. Jadwiga wybrała najprostszy szlak: wokół bloku, koło sklepu, przez jezdnię osiedlową, wzdłuż szkoły i z powrotem. Śnieg był zbity, miejscami ślisko. Powietrze szczypało w płuca, nikt nic nie mówił każdy słuchał własnych kroków.
Jadwiga czuła, jak ciało początkowo protestuje, potem się przyzwyczaja. W głowie, gdzie wcześniej krążyły ciągłe roszczenia, robiło się miejsce nie puste, ale czyste, jak biała kartka.
Na rogu Tomek nagle rzucił:
Myślałem, iż pani żartuje z tym bez rozmów. Przecież u nas zawsze gadki.
Kto musi, pogada odpowiedziała Jadwiga. Tylko bez raportów.
Grażyna cicho się zaśmiała, po czym skrzywiła i chwyciła się za plecy.
Dobrze? spytała Jadwiga.
Da się przeżyć. Najważniejsze, żeby nie stanąć gwałtownie.
Stefan szedł równym krokiem, jakby odliczał. W drodze powrotnej dodał:
Dobrze. Bez tych zebrań. Tylko spacer.
Wrócili o 7:38. Przed klatką chwilę wszyscy stali, jak po naradzie.
Jutro? spytała Grażyna.
jeżeli przyjdziecie rzuciła Jadwiga.
Przyjdę potwierdził Tomek i skinął ręką.
Następnego dnia byli we troje. Stefana nie było, za to przyszła sąsiadka z czwartego Barbara, czterdziestoparu lat, w jaskrawym puchu i z miną, jakby sprawdzała, czy nie powstała tu jakaś sekta.
Tylko popatrzę powiedziała, nie przedstawiając się.
Patrz rzuciła Jadwiga i ruszyła dalej, nie wdając się w zasady.
Barbara szła obok Tomka i milczała. Z czasem, po kilku dniach, zaczęła mówić:
Ja przeciw tym wszystkim integracjom. Potem zbierają na coś pieniądze, kto nie wpłaci wróg.
Nie ma co zbierać rzucił Tomek. Przeżyłem rozwód, na wspólne kasy mam alergię.
Jadwiga usłyszała słowo rozwód, ale nie pytała więcej. Wiedziała, jak łatwo czyjaś rana staje się tematem, potem batem.
Spacery okazały się skuteczne dzięki powtarzalności. 7:15 wyjście, 7:40 koniec. Czasem ktoś się nie pojawił, potem wracał. Grażyna nosiła małą butelkę wody, piła po trochu. Tomek raz przyszedł bez czapki i narzekał całą trasę, ale został do końca. Barbara początkowo trzymała się z boku, potem zbliżyła się do grupy.
I stopniowo to wszystko wchodziło w blok. Jadwiga zauważyła, iż ludzie częściej się witają. Nie dlatego, iż wypada, tylko dlatego, iż rano już widzieli się w wygodnych, codziennych wersjach.
Pewnego wieczoru wracała z przychodni, zmęczona, z plikiem skierowań w torebce. Przy windzie kręcił się Stefan, walcząc z zacinającym się przyciskiem.
Nie działa? zapytała.
Działa, trzeba mocno nacisnąć.
Nacisnął, winda zjechała. Wewnątrz zapaliła się żarówka, a lustro było porysowane. Stefan nagle dodał:
Dzięki za spacery. Myślałem, iż już nie mam z kim chodzić. A tu jest okej.
Jadwiga skinęła głową i poczuła, jak ciepło narasta w środku. Pilnowała, by nie stało się zbyt słodkie. Po prostu zanotowała: komuś ulżyło.
Sąsiedzkie przysługi zaczęły pojawiać się same. Tomek pewnego ranka zauważył, iż G rażynie rozwiązał się but, pokazał jej gestem, żeby przystanęła. Grażyna potem napisała na grupie: Dzięki, kto zauważył, bo bym się przewróciła. Bez imion, ze szczerym uśmiechem między wierszami.
Barbara raz przyniosła worek soli do posypania schodów.
Nie dla wszystkich powiedziała, stawiając worek przy ścianie. Dla siebie. Żeby się nie wywrócić.
Dzięki i tak odparła Jadwiga.
Posypały schody razem, potem Barbara wytarła rękawiczki i burknęła:
No dobra, jak już jesteście
Na czacie było coraz mniej wielkich liter. Napięcia nie zniknęły, ale było ich mniej. Wizje śmietnika i parkowania przez cały czas wywoływały spory, ale czasem ktoś napisał: Można bez kłótni. I to nie brzmiało jak slogan, tylko jak przypomnienie, iż umieją rozmawiać normalnie.
Problemy przyszły na koniec listopada. Na szóstym piętrze mieszkał Łukasz, młody facet z psem. Remont to już nie pierwszy, ale teraz wiertarka działała choćby po zmroku. Zaraz na grupie pojawiły się wpisy: Ile można?, Są tu dzieci!, Bez przesady!. Barbara dorzuciła: Wiem kto to, ten na szóstym. Ciągle mu wszystko wolno.
Na spacerze Grażyna szła spięta, jakby ból pleców podbijał złość.
To on powiedziała przy szkole. Z szóstego, nade mną. Wczoraj do dziesiątej. Potem jeszcze długo słyszałam w głowie ten dźwięk.
Tomek skwitował:
Przepisy pozwalają do jedenastej jeżeli nie przesadza
Nie potrzebuję przepisów przycięła Grażyna. Mi chodzi o szacunek.
Barbara, zwykle złośliwa, tym razem była całkiem poważna.
Trzeba go przycisnąć. Podpisy, mieszkaniówka, niech przyjdzie dzielnicowy. Tylko tak zrozumie.
Jadwiga poczuła, jak zespół jeszcze wczoraj ciepły, zamienia się powoli w barykadę. Bała się nie remontów, ale tego jak gwałtownie można wrócić do my kontra on.
Najpierw rozmowa powiedziała. Podpisy to potem.
Z nim? Barbara aż przystanęła. Serio? On przecież
Też człowiek stwierdziła Jadwiga. Nie komisja.
Tomek spojrzał badawczo.
Chcesz sama pogadać?
Jadwiga wcale nie chciała. Marzyła, by wszystko ucichło samo. Ale wiedziała: jeżeli zrobią publiczną nagonkę, te poranne kręgi zamienią się w naradę niezadowolonych i wszystko się rozpadnie.
Porozmawiam przyznała. Ale chcę, by ktoś był ze mną. Bez tłumu.
Tomek pokiwał głową.
Pójdę.
Jeszcze tego samego wieczoru weszli na szóste piętro. Jadwiga napisała Łukaszowi krótką prywatną wiadomość: Można minutkę pogadać? Jadwiga, sąsiadka. Odpowiedź przyszła po dziesięciu minutach: Proszę, jestem w domu.
Pod drzwiami worki z gruzem, zawiązane sprawnie. To już sygnał nie śmietnik, tylko kawałek remontu. Jadwiga zapukała. Było cicho.
Łukasz otworzył w podkoszulku, z rękami w pyle. Pies, średni, rudy, wyjrzał zza nóg, potem schował się z powrotem.
Dzień dobry zaczął ostrożnie. O co chodzi?
Bez awantur powiedziała Jadwiga, czując jak dziwnie proszę to brzmi, ale nie znalazła lepszych słów. Chcemy poprosić o sprawę remontu.
Tomek stał obok, milcząco.
Staram się kończyć do dziewiątej powiedział Łukasz szybko. Ekipa nie może pracować w dzień, potem robię sam. Muszę się wyrobić.
Rozumiemy przyznała Jadwiga. Ale u Grażyny, nad jej głową Ma chore plecy, musi wypoczywać. Po dziesiątej to już bardzo ciężko.
Łukasz westchnął.
Nie wiedziałem o plecach. Myślałem, iż po prostu są narzekania w czacie, a w twarz nikt. Jak zwykle.
Jadwiga poczuła kłucie w sercu: rzeczywiście, rzadko mówi się wprost.
Ustalmy tak zaproponowała. Jak pan będzie musiał hałasować po dziewiątej, to proszę dawać znać wcześniej na grupie. Poza tym, śmieci prosimy wynosić rano, nie w nocy.
Łukasz zerknął na worki.
Jutro wszystko wyniosę do auta zapewnił. Nie chcę, by tak tu stało. Po prostu dziś za późno.
Okej zaakceptował Tomek. Co z godzinami?
Łukasz podrapał się po głowie.
Do dziewiątej mogę. Czasem do wpół do dziesiątej. Ale zadbam, żeby późno to zdarzało się rzadko. Będę uprzedzał na Messengerze.
Jadwiga skinęła głową.
I jeszcze: pies bywa głośny w nocy
Łukasz się zaczerwienił.
To jak zostaje sam. Kupię mu coś do gryzienia, powinno pomóc. W razie czego, proszę od razu do mnie nie od razu na grupę, dobrze?
Wyszli, na schodach Tomek powiedział cicho:
Normalny facet. Młody i sam.
Wszyscy na swój sposób samotni odpowiedziała Jadwiga i sama się dziwiła, iż wypowiedziała to głośno.
Następnego dnia Łukasz napisał: Sąsiedzi, dziś remont do 21:00. jeżeli będzie później, uprzedzę. Worki z gruzem zabieram rano. Ktoś dał lajka, ktoś zignorował. Barbara napisała: Zobaczymy. Ale wielkich liter nie było.
Na porannym spacerze Barbara pojawiła się z kamienną twarzą.
I? Pogadaliście?
Pogadaliśmy potwierdziła Jadwiga. Do dziewiątej i z uprzedzeniem.
To wszystko? Barbara ewidentnie czekała na deklarację sukcesu.
I tyle powiedziała Jadwiga. Nie chodzi o wygrywanie.
Barbara parsknęła, ale szła dalej. Po chwili odezwała się, patrząc gdzieś w bok:
Dobra. Ale jak będzie hałas, napiszę.
Napisz spokojnie odpowiedziała Jadwiga. Tylko najpierw jemu.
Grażyna szła w pobliżu i cicho powiedziała:
Dzięki, iż nie zrobiliście nagonki. Nie zniosłabym jeszcze tego.
Jadwiga poczuła ściskanie w gardle. Wzięła oddech, zimne powietrze poparzyło i ścisk minął.
Po tygodniu Stefan przestał się pojawiać. Jadwiga spotkała go przy skrzynkach.
Co się stało? zagadnęła.
Kolano odrzekł krótko. Lekarz kazał oszczędzać.
Szkoda rzuciła.
I tak was widuję dorzucił Stefan ze śmiechem. Idziecie, to uchylam okno. Jakbym też brał udział.
Było w tym coś rozczulającego.
Przed Nowym Rokiem poranne kręgi utrwalały się w konfiguracji Jadwiga, Grażyna i Tomek. Barbara przychodziła nieregularnie, znikała na tygodnie i wracała, jakby sprawdzała, czy ta dziwna grupa jeszcze się trzyma. Łukasz czasem dołączał, gdy remont wykańczał go psychicznie. Szedł cicho, słuchał chrzęstu śniegu i zwykle pierwszy się oddalał.
Blok nie stał się idealny. Torby pojawiały się przy śmietniku, parkowanie dalej było problemem. W czacie czasem rozbrzmiewały stare pretensje. Ale Jadwiga miała nowe poczucie, iż w tym domu bywa też dobra pamięć o tym, iż można inaczej.
W styczniu, któregoś poranka, o 7:14 wyszła na podwórko. Przy klatce już czekał Tomek, dopinał kurtkę. Podniósł głowę:
Dzień dobry, Jadwigo.
Wzajemnie, Tomku.
Grażyna zbliżyła się, ostrożnie przeskakując przez posypane stopnie.
Cześć. Dziś plecy znoszą dobrze powiedziała, a jej uśmiech był jak małe zwycięstwo.
Z klatki wynurzyła się Barbara, zaspana, bez zwykłej złośliwości.
Idę z wami. Tylko żadnych tematów z grupy wymamrotała.
Ustalone powiedziała Jadwiga.
Szli razem. Krok wchodził w wspólny rytm. Tomek przytrzymał Grażynę, kiedy się poślizgnęła, a zrobił to tak zwyczajnie, iż nikt nie dziękował na głos.
Gdy wracali, przy klatce stał Łukasz z psem na smyczy. Skinął głową:
Dzień dobry. Później wyjdę, do pracy się spieszę. A dziękuję za normalną rozmowę wtedy.
Jadwiga skinęła głową.
Tu przecież żyjemy powiedziała.
Nie brzmiało to jak hasło. Po prostu stwierdzenie, które po latach w końcu przestało być powodem do wojny.
Wieczorem, zapisując dzień w notesie, zrozumiałem, iż najtrudniej nie prowadzić sporów, a utrzymać zwyczajną życzliwość. Być obok siebie i nic więcej nie trzeba.
