Poranny krąg sąsiedzki Na drzwiach windy ktoś znów przykleił kartkę taśmą: „NIE ZOSTAWIAĆ REKLAMEK PRZY ŚMIETNIKU”. Taśma trzymała się resztkami sił, kartka podwijała się na rogach. Światło na klatce migało, przez co napis wyglądał raz wyraźnie, raz blado — zupełnie jak nastroje na naszym osiedlowym czacie. Pani Nadzieja Pawłowna stała z kluczami w ręku i słuchała, jak za ścianą na szóstym piętrze wiertarka gra swoje. Dźwięk sam w sobie jej nie denerwował. Złościło coś innego: iż wszystko zawsze przeradzało się w sąsiedzki sąd. Ktoś pisał na czacie caps lockiem, ktoś odpowiadał złośliwie, ktoś wrzucał zdjęcia cudzych butów pod drzwiami na dowód moralnego upadku. I wszystko to jakby oczekiwało jej reakcji, chociaż ona chciała już tylko ciszy w głowie. Weszła do siebie, położyła siatkę z zakupami na kuchennym stole, nie zdejmując płaszcza, i otworzyła czat. Na górze wisiała wiadomość: „KTO W NOCY PARKOWAŁ NA PLACU ZABAW”. Dalej zdjęcie koła na krawężniku. Potem ktoś dodał: „A KTO W OGÓLE SIĘ NIE WITA W KLATCE”. Pani Nadzieja przewinęła, poczuła znajomą falę irytacji i nagle złapała się na tym, iż jest zmęczona byciem świadkiem cudzych waśni. I zmęczona własną gotowością, żeby dolać oliwy do ognia, choćby milcząc. Następnego dnia obudziła się wcześnie nie dlatego, iż się wyspała. Organizm, jak stary budzik, działał bez zaproszenia. W pokoju było chłodno, kaloryfery syczały. Narzuciła sportową kurtkę, w przedpokoju znalazła buty, które „miała nosić na spacery”, ale jeszcze nie zdążyła. Wyszła na klatkę. Pachniało jak zwykle — trochę kurzem, trochę farbą ze starych poręczy i czymś jeszcze, czego nie warto opisywać. Przy windzie zatrzymała się przy tablicy ogłoszeń. Wisiały tam wydruki o wymianie liczników, zagubionych kotach i „zebraniu wspólnoty”. Pani Nadzieja wyjęła z torby kartkę, którą przygotowała wieczorem, i przypięła ją pineskami. „Poranne spacery wokół osiedla. Bez rozmów i bez zobowiązań. Kto chce, niech wyjdzie o 7:15 pod klatkę. Po prostu zrobić jedno kółko i rozejść się. Nadzieja P.” Zdziwiło ją, jak łatwo to napisała. Nie „nawiążmy więzi”, nie „bądźmy ludźmi” — po prostu, kroki. O 7:12 już stała przy drzwiach wejściowych, sprawdziwszy, czy wyłączyła gaz i pozamykała okna. W ręku klucze i telefon, na głowie czapka. Myślała, iż postoi minutę i pójdzie, udając, iż tak miało być. Drzwi klatki trzasnęły i na schodki wyszła kobieta około czterdziestki pięciu lat, starannie spięte włosy i wyraz twarzy osoby przygotowanej na ból. — To pani… z ogłoszenia? — zapytała, poprawiając szalik. — Tak — powiedziała pani Nadzieja. — Nadzieja jestem. — Ja jestem Świata. Kręgosłup, lekarz kazał chodzić. Ale samej nudno — przyznała i zaraz dodała, jakby w usprawiedliwieniu — Nie jestem gadatliwa. — I nie trzeba — odpowiedziała Nadzieja. Po chwili przyszedł mężczyzna lekko zgarbiony, w ciemnej kurtce. Skinął głową, popatrzył na nie jak na ludzi, których nie wiadomo, czy trzeba pozdrowić, ale jednak powiedział: — Dzień dobry. Sergiusz, piąte piętro. — Ja z szóstego — przyzwyczajonym odruchem sprostowała Nadzieja, bo wiedziała, kto gdzie mieszka, i zaraz się złapała: oto ta potrzeba porządkowania świata. Sergiusz uśmiechnął się. — To z szóstego, pomyliłem się. Czwarty przyszedł wysoki mężczyzna koło sześćdziesiątki, w sportowej czapce i z chodem pamiętającym stadion. Nic nie pytał, stanął obok. — Wiktor — powiedział krótko. — I tak rano spaceruję. Myślałem, iż sam taki jestem. O 7:16 ruszyli. Nadzieja wybrała prostą trasę: wokół bloku, obok sklepu, przez podwórko sąsiedniego domu, wzdłuż szkoły i powrót. Śnieg pod stopami był ubity, miejscami ślisko. Powietrze zimne, pierwsze minuty ciszy — każdy słuchał własnych kroków. Nadzieja czuła, jak ciało najpierw się buntuje, potem przystosowuje. W głowie, gdzie zwykle szumiały cudze pretensje, pojawiała się pustka. Nie straszna — jak pusty zeszyt przed pisaniem. Na zakręcie Sergiusz powiedział nagle: — Myślałem, iż żartuje pani z tym „bez rozmów”. U nas to zawsze gadanie. — jeżeli ktoś ma ochotę, można — odpowiedziała Nadzieja. — Byle nie sprawozdania. Świata cicho się roześmiała, zaraz skrzywiła i położyła dłoń na krzyżu. — Wszystko w porządku? — spytała Nadzieja. — Da się wytrzymać. Byle nie stawać nagle. Wiktor szedł równo, jakby liczył kroki. W drodze powrotnej powiedział: — Dobre. Bez tych zebrań. Po prostu idziesz. Gdy wrócili, było 7:38. Pod klatką wszyscy chwilę dziwnie stali, jak po krótkim zebraniu. — Jutro? — zapytała Świata. — jeżeli wyjdziecie — odpowiedziała Nadzieja. — Wyjdę — rzucił Sergiusz i podniósł rękę na pożegnanie. Następnego dnia przyszli we troje. Wiktor nie przyszedł, za to pojawiła się sąsiadka z czwartego, Tatiana, czterdzieści lat z kawałkiem, w jaskrawym płaszczu i wzrokiem, jakby przyszła sprawdzić, czy tu nie sekta. — Ja tylko zobaczę — rzuciła bez powitania. — Proszę bardzo — odpowiedziała Nadzieja i ruszyła, nie czekając aż ktoś zacznie coś wyjaśniać. Tatiana szła obok Sergiusza i milczała. Po tygodniu drugiego „kółka” już powiedziała: — Ja ogólnie jestem przeciw tym zjednoczeniom. Potem są zbiórki, a kto nie dał — wróg. — Tu nie będzie pieniędzy — rzucił Sergiusz. — Sam jestem uczulony. Po rozwodzie mam do „wspólnej kasy” alergię. Nadzieja usłyszała słowo „rozwód” i nie dopytywała. Wiedziała, jak łatwo cudza rana staje się tematem, potem bronią. Spacery przetrwały powtarzalnością. 7:15 — wyjście, 7:40 — rozstanie. Czasem ktoś robił przerwę, potem wracał. Świata nosiła małą butelkę wody, piła w marszu, pilnując, by nie zwalniać. Sergiusz raz przyszedł bez czapki i cały spacer zrzędził na siebie, ale nie zrezygnował. Tatiana najpierw trzymała się na dystans, potem szła coraz bliżej. To dziwnie przenikało do klatki. Nadzieja zauważyła, iż ludzie częściej się witają. Nie „bo wypada”, tylko bo rano już byli przez chwilę razem, bez tarczy. Pewnego wieczoru, wracając z przychodni, zobaczyła pod windą Wiktora. Szamotał się z przyciskiem, który czasem się zacinał. — Nie działa? — spytała. — Działa — powiedział. — Trzeba po prostu wcisnąć zdecydowanie. Przycisk zaskoczył, winda przyjechała. W środku światło, porysowane lustro. Wiktor dodał nagle: — Dzięki za chodzenie. Myślałem, iż już nie mam z kim. A tu… jest dobrze. Nadzieja skinęła głową, czując ciepło w środku, ale nie dopuściła, by zmieniło się w słodkie wzruszenie. Po prostu zauważyła: komuś lżej. Małe życzliwości pojawiały się same. Sergiusz zauważył raz, iż Świacie rozwiązał się but, bez słowa wskazał jej to ręką. Potem napisała na czacie: „Dzięki temu, kto zwrócił uwagę na sznurowadło, bo bym poleciała”. Bez imienia, z uśmiechem w zdaniu. Tatiana przyniosła kiedyś worek soli do posypania schodów przy klatce. — Nie dla wszystkich, tylko dla siebie — powiedziała, stawiając pod ścianą. — Żeby się nie zabić. — I tak dziękuję — odpowiedziała Nadzieja. Rozsypały sól razem, potem Tatiana wytarła ręce w rękawiczki, mruknęła: — No, skoro już tu jesteś… Na czacie było mniej capsa. Nie zniknął, ale pojawiało się mniej. Kłótnie o śmieci, parkowanie wciąż trwały, ale czasem ktoś pisał: „Bez krzyku, można się dogadać”. I brzmiało to bardziej jak przypomnienie, a nie hasło. Kłopot pojawił się pod koniec listopada, gdy na szóstym piętrze zaczął się remont u Andrzeja, młodego z psem. To nie był pierwszy remont, ale wyjął się dłuższym wieczornym wierceniem. Czat rozgrzał się: „Ile można”, „Ludzie mają dzieci”, „Nie po kolei kto to robi”. Tatiana napisała: „Wiem, kto to. Zawsze tak miał. Ma wszystkich gdzieś”. Na spacerze Świata szła spięta, jakby każdy krok bolał nie tylko kręgosłupem. — To on. Szóstka. Pode mną. Wczoraj do dziesiątej. Później leżałam i w głowie wciąż mi warczała wiertarka. Sergiusz mruknął: — Po prawie do jedenastej wolno, jeżeli nie przeszkadza… — Nie o prawo — odcięła Świata. — O szacunek. Tatiana, zwykle uszczypliwa, tym razem poważna: — Trzeba go przycisnąć. Inaczej nie zrozumie. Zbierzmy podpisy, wezwijmy dzielnicowego. Tylko tak dociera. Nadzieja poczuła, jak ta dopiero co przytulna grupa staje się znowu „my przeciw”. Przeraziło ją nie to, iż remont, a jak gwałtownie wracamy do okopów. — Najpierw rozmowa — powiedziała. — Podpisy potem. — Z nim? — Tatiana aż stanęła. — Poważnie? On… — Człowiek. Nie komisja kontrolna. Sergiusz spojrzał z ciekawością: — Chce pani sama? Nie chciała. Chciała, by samo przeszło. Ale wiedziała: jeżeli teraz będzie publiczna akcja, spacer zmieni się w zebra-narzekań, wszystko się rozsypie. — Pogadam. Ale nie sama. Sergiusz skinął głową. — Pójdę. Wieczorem weszli na szóste piętro. Nadzieja wcześniej napisała Andrzejowi w prywatnej wiadomości: „Może pan na chwilę wyjść? Nadzieja z klatki”. Po dziesięciu minutach odpowiedź: „Jestem, zapraszam”. Pod drzwiami worki ze śmieciami budowlanymi, związane. Nie stos, nie demonstracja. Nadzieja zapukała. Cisza. Otworzył Andrzej w T-shircie, ręce w pyłku. Pies, rudawy, przemknął za jego nogami. — Dzień dobry — powiedział ostrożnie. — Co się stało? — Nie po kłótnię — rzuciła Nadzieja i wyczuła, jak fraza brzmi dziwnie, ale nie miała lepszej. — Mamy prośbę. O remont. Sergiusz stał obok, milcząc. — Staram się kończyć przed dziewiątą. Ale ekipa nie może w dzień, więc robię sam po pracy. Muszę wyrobić się. — Rozumiemy — Nadzieja łagodnie. — Ale nad panem mieszka Świata, chory kręgosłup, musi odpoczywać. A wszystkim wieczorami jest trudno. Andrzej westchnął: — Nie wiedziałem. Myślałem, klasyka — piszą w czacie, twarzą w twarz nie mówią. Nadzieja poczuła ukłucie wstydu. Rzeczywiście, rzadko kto rozmawiał wprost. — Prosimy: niech pan da znać, które dni muszą być później, a w inne niech pan kończy wcześniej. I żeby śmieci nie stały w nocy. Andrzej spojrzał na worki: — Rano wyniosę. Nie chcę, żeby się walało. Dziś już późno. — Dobrze — przytaknął Sergiusz. — A godziny? Andrzej się podrapał: — Do dziewiątej dam radę skończyć. Ewentualnie jak wyjątkowo się przeciągnie — dam znać na czacie, rzadko, nie częściej niż raz w tygodniu. Nadzieja skinęła głową. — Jeszcze jedno. Pies jest okej, ale jak szczeka w nocy… Andrzej się zarumienił: — To jak wychodzę, tęskni. Kupię mu zabawkę, żeby nie wył. Jak coś się wydarzy, proszę powiedzieć, ale nie od razu wszystkim — dobra? Wyszli, na klatce Sergiusz mruknął: — W porządku chłopak. Po prostu młody i sam. — Wszyscy tu po trochu samotni — zdziwiła się, iż wypowiedziała to na głos. Następnego dnia, Andrzej napisał na czacie: „Remont do 21:00, jak trzeba dłużej — dam wcześniej znać. Śmieci rano wyniosę”. Ktoś dał emotkę, ktoś przemilczał. Tatiana napisała: „Zobaczymy”. Ale capsa już nie było. Następnego poranka Tatiana miała kamienną twarz. — I co? — spytała. — Rozmowa? — Tak. Zgodził się do dziewiątej, będzie dawać znać. — I tyle? — Liczyła na sukces, przyznanie jej racji. — I tyle — powiedziała Nadzieja. — Nie musimy wygrać. Tatiana prychnęła, ale poszła dalej. Po chwili mruknęła, nie patrząc: — No dobrze. Ale jak przekroczy, i tak napiszę. — Napisz — spokojnie Nadzieja. — Tylko najpierw do niego. Świata szła obok, nagle powiedziała cicho: — Dziękuję, iż nie zrobiliście nagonki. Jeszcze tego bym nie zniosła. Nadziei ścisnęło się gardło. Wzięła wdech, poczuła zimno i puściło. Po tygodniu Wiktor przestał przychodzić. Nadzieja spotkała go przy skrzynkach. — Zniknął pan? — Kolano — krótko. — Lekarz kazał oszczędzać. — Szkoda. — I tak was widzę — dodał. — Okno otwieram, jakby też brał udział. To było śmieszne i wzruszające naraz. Do Nowego Roku „poranne kółka” stały się rutyną dla trójki: Nadziei, Światy i Sergiusza. Tatiana przychodziła na zmianę – czasem tydzień jej nie było, potem wracała, jakby sprawdzając, czy to wszystko działa. Andrzej dwa razy dołączył, gdy bardzo był zmęczony remontem. Szedł cicho, słuchał chrzęstu śniegu, potem szedł pierwszy do domu. Blok nie stał się idealny. Reklamówki przy zsypie przez cały czas się pojawiały. Ktoś wciąż parkował krzywo. W czacie odzywały się stare głosy, ale teraz Nadzieja miała wrażenie, iż w budynku jest nie tylko irytacja, ale i pamięć: jak można inaczej. W styczniowy poranek wyszła o 7:14. Przed blokiem stał Sergiusz, dopinał kurtkę. Podniósł głowę: — Dzień dobry, pani Nadziejo. — Dzień dobry, panie Sergiuszu. Świata podeszła, ostrożnie schodząc po posypanych schodkach. — Witajcie. Kręgosłup dziś daje radę — uśmiechnęła się, jakby to było zwycięstwo. Z klatki wyjrzała Tatiana, zaspana, bez kolczastych żartów. — Idę z wami. Tylko bez omawiania czatu — burknęła. — Umowa stoi — odparła Nadzieja. Ruszyli. Kroki ułożyły się we wspólny rytm. Nie idealny, ale trwały. Na zakręcie Sergiusz przytrzymał Światę, gdy się poślizgnęła — tak naturalnie, iż nikt nie podziękował na głos. Gdy wracali, pod klatką stał Andrzej z psem na smyczy. Skinął głową. — Dzień dobry. Wyjdę później, idę do pracy. Ale… dzięki, iż wtedy przyszliście po ludzku. Nadzieja skinęła. — Przecież tu mieszkamy — powiedziała. To już nie był slogan. To po prostu fakt, który przestał być przyczyną wojny.

polregion.pl 9 godzin temu

Poranny krąg

Na drzwiach windy ktoś znowu przykleił taśmą kartkę: NIE ZOSTAWIAĆ REKLAMÓWEK PRZY ŚMIETNIKU. Taśma ledwo trzymała, papier już zawijał się w rogach. Światło na klatce migotało, przez co napis wydawał się raz surowy, raz blady jak nastroje w bloku na chacie sąsiadów.

Jadwiga Nowacka stała z kluczami w ręce i słuchała, jak na szóstym piętrze za ścianą wiertarka znowu łapała ton, potem się przełamywała, po chwili wracała. Sam dźwięk nie budził w niej złości. Wkurzało ją co innego: iż każda taka sytuacja kończyła się awanturą. Ktoś wrzucał coś na grupę na Messengerze wielkimi literami, ktoś odpowiadał sarkastycznie, ktoś wstawiał zdjęcia cudzych butów pod drzwiami na dowód upadku obyczajów. Wszystko to wymagało od niej postawy zajęcia stanowiska, a ona pragnęła już tylko jednego ciszy w głowie.

Weszła do mieszkania, postawiła torbę z zakupami na kuchennym stole, jeszcze w płaszczu, i zerknęła do bloku na Messie. Na górze widniał wpis: KTO PARKOWAŁ W NOCY NA PLACU ZABAW?. Zaraz potem zdjęcie koła na krawężniku. I kolejna wiadomość: A KTO SIĘ W OGÓLE NIE WITA W KLATCE?. Jadwiga przewijała, czuła znane napięcie w piersi, aż przyłapała się na myśli: ma już dość bycia widzem tych kłótni. I dość własnej gotowości, by dolewać oliwy, choćby jeżeli milczała.

Następnego dnia obudziła się za wcześnie, choć nie wyspała się wcale. Organizm działał już trochę jak stary budzik. W pokoju było chłodno, grzejniki syczały. Narzuciła bluzę, w przedpokoju znalazła adidasy do chodzenia, które prawie wcale nie były używane, i wyszła na klatkę schodową. Pachniało jak zawsze trochę kurzem, trochę starą farbą z barierek, trochę czymś nieokreślonym, czego nie da się opisać.

Przy windzie zatrzymała się i spojrzała na tablicę ogłoszeń. Były tam wydruki o wymianie liczników, o zaginionym kocie i informacje o zebraniu wspólnoty mieszkaniowej. Jadwiga wyciągnęła z torby kartkę, przygotowaną dzień wcześniej, i przypięła ją pinezką:

Poranne spacery wokół osiedla. Bez rozmów i bez obowiązku. Kto chce niech wyjdzie o 7:15 pod blok. Po prostu zrobić kółko i rozejść się. Jadwiga N.

Nawet ją zdziwiło, jak łatwo to napisała. Nie: zaprzyjaźnijmy się, nie: bądźmy ludźmi po prostu: krok za krokiem.

O 7:12 już stała przy drzwiach wejściowych, sprawdziwszy gaz i okna. W ręku klucze i telefon, na głowie czapka. Myślała, iż poczeka minutę, potem odejdzie, udając, iż tak miało być.

Drzwi się zatrzasnęły, na schody wyszła kobieta około czterdziestki pięciu lat, spięta, z twarzą kogoś, kto spodziewa się bólu.

Pani od ogłoszenia? zapytała, poprawiając szalik.

Tak odpowiedziała Jadwiga. Jadwiga jestem.

Grażyna. Lekarz kazał mi chodzić na kręgosłup. Sama nie lubię, nudno wyjaśniła od razu, jakby się tłumaczyła: Ale nie jestem rozmowna.

I dobrze odparła Jadwiga.

Po minucie dołączył mężczyzna, trochę przygarbiony, w ciemnej kurtce. Skinął głową, popatrzył, jakby miał wątpliwość, czy wypada się przywitać, ale jednak rzucił:

Dzień dobry. Tomek. Z piątego.

Z szóstego odruchowo poprawiła Jadwiga, bo doskonale wiedziała, kto mieszka gdzie. I od razu przyłapała się na tym, iż znów wszystko chciała poukładać.

Tomek się uśmiechnął.

No racja, z szóstego. Moja pomyłka.

Czwarty przyszedł wysoki mężczyzna około sześćdziesiątki, w czapce sportowej i z chodem, który pamiętał bieżnię. Nic nie mówił, tylko stanął obok.

Stefan podsumował krótko. Zawsze rano chodzę. Myślałem, iż jestem jedyny.

O 7:16 ruszyli. Jadwiga wybrała najprostszy szlak: wokół bloku, koło sklepu, przez jezdnię osiedlową, wzdłuż szkoły i z powrotem. Śnieg był zbity, miejscami ślisko. Powietrze szczypało w płuca, nikt nic nie mówił każdy słuchał własnych kroków.

Jadwiga czuła, jak ciało początkowo protestuje, potem się przyzwyczaja. W głowie, gdzie wcześniej krążyły ciągłe roszczenia, robiło się miejsce nie puste, ale czyste, jak biała kartka.

Na rogu Tomek nagle rzucił:

Myślałem, iż pani żartuje z tym bez rozmów. Przecież u nas zawsze gadki.

Kto musi, pogada odpowiedziała Jadwiga. Tylko bez raportów.

Grażyna cicho się zaśmiała, po czym skrzywiła i chwyciła się za plecy.

Dobrze? spytała Jadwiga.

Da się przeżyć. Najważniejsze, żeby nie stanąć gwałtownie.

Stefan szedł równym krokiem, jakby odliczał. W drodze powrotnej dodał:

Dobrze. Bez tych zebrań. Tylko spacer.

Wrócili o 7:38. Przed klatką chwilę wszyscy stali, jak po naradzie.

Jutro? spytała Grażyna.

jeżeli przyjdziecie rzuciła Jadwiga.

Przyjdę potwierdził Tomek i skinął ręką.

Następnego dnia byli we troje. Stefana nie było, za to przyszła sąsiadka z czwartego Barbara, czterdziestoparu lat, w jaskrawym puchu i z miną, jakby sprawdzała, czy nie powstała tu jakaś sekta.

Tylko popatrzę powiedziała, nie przedstawiając się.

Patrz rzuciła Jadwiga i ruszyła dalej, nie wdając się w zasady.

Barbara szła obok Tomka i milczała. Z czasem, po kilku dniach, zaczęła mówić:

Ja przeciw tym wszystkim integracjom. Potem zbierają na coś pieniądze, kto nie wpłaci wróg.

Nie ma co zbierać rzucił Tomek. Przeżyłem rozwód, na wspólne kasy mam alergię.

Jadwiga usłyszała słowo rozwód, ale nie pytała więcej. Wiedziała, jak łatwo czyjaś rana staje się tematem, potem batem.

Spacery okazały się skuteczne dzięki powtarzalności. 7:15 wyjście, 7:40 koniec. Czasem ktoś się nie pojawił, potem wracał. Grażyna nosiła małą butelkę wody, piła po trochu. Tomek raz przyszedł bez czapki i narzekał całą trasę, ale został do końca. Barbara początkowo trzymała się z boku, potem zbliżyła się do grupy.

I stopniowo to wszystko wchodziło w blok. Jadwiga zauważyła, iż ludzie częściej się witają. Nie dlatego, iż wypada, tylko dlatego, iż rano już widzieli się w wygodnych, codziennych wersjach.

Pewnego wieczoru wracała z przychodni, zmęczona, z plikiem skierowań w torebce. Przy windzie kręcił się Stefan, walcząc z zacinającym się przyciskiem.

Nie działa? zapytała.

Działa, trzeba mocno nacisnąć.

Nacisnął, winda zjechała. Wewnątrz zapaliła się żarówka, a lustro było porysowane. Stefan nagle dodał:

Dzięki za spacery. Myślałem, iż już nie mam z kim chodzić. A tu jest okej.

Jadwiga skinęła głową i poczuła, jak ciepło narasta w środku. Pilnowała, by nie stało się zbyt słodkie. Po prostu zanotowała: komuś ulżyło.

Sąsiedzkie przysługi zaczęły pojawiać się same. Tomek pewnego ranka zauważył, iż G rażynie rozwiązał się but, pokazał jej gestem, żeby przystanęła. Grażyna potem napisała na grupie: Dzięki, kto zauważył, bo bym się przewróciła. Bez imion, ze szczerym uśmiechem między wierszami.

Barbara raz przyniosła worek soli do posypania schodów.

Nie dla wszystkich powiedziała, stawiając worek przy ścianie. Dla siebie. Żeby się nie wywrócić.

Dzięki i tak odparła Jadwiga.

Posypały schody razem, potem Barbara wytarła rękawiczki i burknęła:

No dobra, jak już jesteście

Na czacie było coraz mniej wielkich liter. Napięcia nie zniknęły, ale było ich mniej. Wizje śmietnika i parkowania przez cały czas wywoływały spory, ale czasem ktoś napisał: Można bez kłótni. I to nie brzmiało jak slogan, tylko jak przypomnienie, iż umieją rozmawiać normalnie.

Problemy przyszły na koniec listopada. Na szóstym piętrze mieszkał Łukasz, młody facet z psem. Remont to już nie pierwszy, ale teraz wiertarka działała choćby po zmroku. Zaraz na grupie pojawiły się wpisy: Ile można?, Są tu dzieci!, Bez przesady!. Barbara dorzuciła: Wiem kto to, ten na szóstym. Ciągle mu wszystko wolno.

Na spacerze Grażyna szła spięta, jakby ból pleców podbijał złość.

To on powiedziała przy szkole. Z szóstego, nade mną. Wczoraj do dziesiątej. Potem jeszcze długo słyszałam w głowie ten dźwięk.

Tomek skwitował:

Przepisy pozwalają do jedenastej jeżeli nie przesadza

Nie potrzebuję przepisów przycięła Grażyna. Mi chodzi o szacunek.

Barbara, zwykle złośliwa, tym razem była całkiem poważna.

Trzeba go przycisnąć. Podpisy, mieszkaniówka, niech przyjdzie dzielnicowy. Tylko tak zrozumie.

Jadwiga poczuła, jak zespół jeszcze wczoraj ciepły, zamienia się powoli w barykadę. Bała się nie remontów, ale tego jak gwałtownie można wrócić do my kontra on.

Najpierw rozmowa powiedziała. Podpisy to potem.

Z nim? Barbara aż przystanęła. Serio? On przecież

Też człowiek stwierdziła Jadwiga. Nie komisja.

Tomek spojrzał badawczo.

Chcesz sama pogadać?

Jadwiga wcale nie chciała. Marzyła, by wszystko ucichło samo. Ale wiedziała: jeżeli zrobią publiczną nagonkę, te poranne kręgi zamienią się w naradę niezadowolonych i wszystko się rozpadnie.

Porozmawiam przyznała. Ale chcę, by ktoś był ze mną. Bez tłumu.

Tomek pokiwał głową.

Pójdę.

Jeszcze tego samego wieczoru weszli na szóste piętro. Jadwiga napisała Łukaszowi krótką prywatną wiadomość: Można minutkę pogadać? Jadwiga, sąsiadka. Odpowiedź przyszła po dziesięciu minutach: Proszę, jestem w domu.

Pod drzwiami worki z gruzem, zawiązane sprawnie. To już sygnał nie śmietnik, tylko kawałek remontu. Jadwiga zapukała. Było cicho.

Łukasz otworzył w podkoszulku, z rękami w pyle. Pies, średni, rudy, wyjrzał zza nóg, potem schował się z powrotem.

Dzień dobry zaczął ostrożnie. O co chodzi?

Bez awantur powiedziała Jadwiga, czując jak dziwnie proszę to brzmi, ale nie znalazła lepszych słów. Chcemy poprosić o sprawę remontu.

Tomek stał obok, milcząco.

Staram się kończyć do dziewiątej powiedział Łukasz szybko. Ekipa nie może pracować w dzień, potem robię sam. Muszę się wyrobić.

Rozumiemy przyznała Jadwiga. Ale u Grażyny, nad jej głową Ma chore plecy, musi wypoczywać. Po dziesiątej to już bardzo ciężko.

Łukasz westchnął.

Nie wiedziałem o plecach. Myślałem, iż po prostu są narzekania w czacie, a w twarz nikt. Jak zwykle.

Jadwiga poczuła kłucie w sercu: rzeczywiście, rzadko mówi się wprost.

Ustalmy tak zaproponowała. Jak pan będzie musiał hałasować po dziewiątej, to proszę dawać znać wcześniej na grupie. Poza tym, śmieci prosimy wynosić rano, nie w nocy.

Łukasz zerknął na worki.

Jutro wszystko wyniosę do auta zapewnił. Nie chcę, by tak tu stało. Po prostu dziś za późno.

Okej zaakceptował Tomek. Co z godzinami?

Łukasz podrapał się po głowie.

Do dziewiątej mogę. Czasem do wpół do dziesiątej. Ale zadbam, żeby późno to zdarzało się rzadko. Będę uprzedzał na Messengerze.

Jadwiga skinęła głową.

I jeszcze: pies bywa głośny w nocy

Łukasz się zaczerwienił.

To jak zostaje sam. Kupię mu coś do gryzienia, powinno pomóc. W razie czego, proszę od razu do mnie nie od razu na grupę, dobrze?

Wyszli, na schodach Tomek powiedział cicho:

Normalny facet. Młody i sam.

Wszyscy na swój sposób samotni odpowiedziała Jadwiga i sama się dziwiła, iż wypowiedziała to głośno.

Następnego dnia Łukasz napisał: Sąsiedzi, dziś remont do 21:00. jeżeli będzie później, uprzedzę. Worki z gruzem zabieram rano. Ktoś dał lajka, ktoś zignorował. Barbara napisała: Zobaczymy. Ale wielkich liter nie było.

Na porannym spacerze Barbara pojawiła się z kamienną twarzą.

I? Pogadaliście?

Pogadaliśmy potwierdziła Jadwiga. Do dziewiątej i z uprzedzeniem.

To wszystko? Barbara ewidentnie czekała na deklarację sukcesu.

I tyle powiedziała Jadwiga. Nie chodzi o wygrywanie.

Barbara parsknęła, ale szła dalej. Po chwili odezwała się, patrząc gdzieś w bok:

Dobra. Ale jak będzie hałas, napiszę.

Napisz spokojnie odpowiedziała Jadwiga. Tylko najpierw jemu.

Grażyna szła w pobliżu i cicho powiedziała:

Dzięki, iż nie zrobiliście nagonki. Nie zniosłabym jeszcze tego.

Jadwiga poczuła ściskanie w gardle. Wzięła oddech, zimne powietrze poparzyło i ścisk minął.

Po tygodniu Stefan przestał się pojawiać. Jadwiga spotkała go przy skrzynkach.

Co się stało? zagadnęła.

Kolano odrzekł krótko. Lekarz kazał oszczędzać.

Szkoda rzuciła.

I tak was widuję dorzucił Stefan ze śmiechem. Idziecie, to uchylam okno. Jakbym też brał udział.

Było w tym coś rozczulającego.

Przed Nowym Rokiem poranne kręgi utrwalały się w konfiguracji Jadwiga, Grażyna i Tomek. Barbara przychodziła nieregularnie, znikała na tygodnie i wracała, jakby sprawdzała, czy ta dziwna grupa jeszcze się trzyma. Łukasz czasem dołączał, gdy remont wykańczał go psychicznie. Szedł cicho, słuchał chrzęstu śniegu i zwykle pierwszy się oddalał.

Blok nie stał się idealny. Torby pojawiały się przy śmietniku, parkowanie dalej było problemem. W czacie czasem rozbrzmiewały stare pretensje. Ale Jadwiga miała nowe poczucie, iż w tym domu bywa też dobra pamięć o tym, iż można inaczej.

W styczniu, któregoś poranka, o 7:14 wyszła na podwórko. Przy klatce już czekał Tomek, dopinał kurtkę. Podniósł głowę:

Dzień dobry, Jadwigo.

Wzajemnie, Tomku.

Grażyna zbliżyła się, ostrożnie przeskakując przez posypane stopnie.

Cześć. Dziś plecy znoszą dobrze powiedziała, a jej uśmiech był jak małe zwycięstwo.

Z klatki wynurzyła się Barbara, zaspana, bez zwykłej złośliwości.

Idę z wami. Tylko żadnych tematów z grupy wymamrotała.

Ustalone powiedziała Jadwiga.

Szli razem. Krok wchodził w wspólny rytm. Tomek przytrzymał Grażynę, kiedy się poślizgnęła, a zrobił to tak zwyczajnie, iż nikt nie dziękował na głos.

Gdy wracali, przy klatce stał Łukasz z psem na smyczy. Skinął głową:

Dzień dobry. Później wyjdę, do pracy się spieszę. A dziękuję za normalną rozmowę wtedy.

Jadwiga skinęła głową.

Tu przecież żyjemy powiedziała.

Nie brzmiało to jak hasło. Po prostu stwierdzenie, które po latach w końcu przestało być powodem do wojny.

Wieczorem, zapisując dzień w notesie, zrozumiałem, iż najtrudniej nie prowadzić sporów, a utrzymać zwyczajną życzliwość. Być obok siebie i nic więcej nie trzeba.

Idź do oryginalnego materiału