Mam na imię Weronika, ale wszyscy mówią na mnie Wera. Pracuję jako kelnerka w restauracji „Słoneczny Dzień” w Poznaniu. To nie jest zła robota — napiwki, ludzie, muzyka. Ale mam dwie młodsze siostry i matkę, która od pięciu lat pije. Odkąd ojciec zginął na autostradzie A2 pod Koninem, nasz dom w Jeżycach powoli się rozpada. Zosia ma dziesięć lat, Hania osiem. Śpią w jednym pokoju z babcią, na tapczanie, który pamięta jeszcze Gierka. Ja sypiam w kuchni, na rozkładanym łóżku polowym.
Kiedyś było inaczej. Miałam swój pokój, różowe ściany i półkę z książkami. Ojciec pracował w fabryce mebli, matka gotowała obiady. Teraz matka gotuje tylko zupę z proszku, a ja przynoszę do domu pieniądze. Marzę o dniu, kiedy wyprowadzę się stąd razem z siostrami. Do normalnego mieszkania. Z windą, która działa. Z balkonem, na którym można postawić doniczki.
W restauracji bywa wielu mężczyzn. Niektórzy zostawiają napiwki, inni numer telefonu na serwetce. Ale ja czekam na takiego, który naprawdę coś zmieni.
Paweł Zawadzki pojawił się w czwartek, tuż przed zamknięciem kuchni. Usiadł przy stoliku numer siedem, pod oknem wychodzącym na Stary Rynek. Miał drogi płaszcz i zegarek, który wyglądał jak roczna pensja mojej matki. Zamówił wodę z cytryną. Nie pił — tylko przesuwał szklankę po blacie.
— Coś nie tak z wodą? — zapytałam.
— Wszystko w porządku. Lubię patrzeć, jak się poruszasz.
Nie zarumieniłam się. Dawno zapomniałam, jak to się robi. Uśmiechnęłam się grzecznie, bez obietnic. Gdy wyszedł, na stole leżały dwa banknoty po dwieście złotych. Wsunęłam je do kieszeni fartucha. Pomyślałam: nowe buty dla Zosi na zimę. Tak po prostu.
Z kolei Kuba wjeżdżał na podwórko od strony śmietników. Dostawca z pobliskiej pizzerii, skórzana kurtka, czerwony kask pod pachą. Zawsze zostawał pięć minut dłużej, niż trzeba.
— Co tak stoisz, jakbyś wróżek szukała? — rzucił, patrząc na mnie od stóp do głów.
— A ty dalej śmierdzisz benzyną. Motor ci się psuje?
— Nie. Po prostu zwalniam, jak cię widzę.
Droczyliśmy się jak dwoje podwórkowych kotów o resztki jedzenia. Patrzył na mnie tak, jakby wiedział o mnie coś wstydliwego. Miało się ochotę go uderzyć. Albo oprzeć policzek o jego kurtkę. Po tygodniu całowaliśmy się w magazynku między kartonami serwetek i płynu do podłóg. Miał suche, ciepłe usta i miętową gumę. Wsunął mi palce we włosy, wysunął spinkę. Pozwoliłam sobie na trzy sekundy. Potem odepchnęłam go obiema dłońmi.
— Koniec.
— Dlaczego?
— Bo mam zamówienie przy czwartym stoliku.
— Pieprzyć stolik.
Poprawiłam bluzkę, związałam włosy i wróciłam na salę.
Paweł zaprosił mnie do teatru. Nigdy wcześniej nie byłam w teatrze. Włożyłam jedyną porządną sukienkę — czarną, z second-handu na Głównej. Paweł patrzył na mnie z takim zachwytem, iż zrobiło mi się nieswojo. Powiedział, iż jestem prawdziwa. Nie odpowiedziałam. Prawdziwe to jest czekanie w kolejce po darmową zupę na dworcu. Prawdziwe to siostry, które zasypiają przy stole, czekając, aż wrócę. Ale tego nie powiedziałam głośno.
Kuba czekał po mojej zmianie przy wyjściu służbowym. Siedział na motorze, palił, strząsał popiół na chodnik. W ciemności żar papierosa wyglądał jak maleńka latarnia.
— Wsiadaj. Podwiozę cię.
— Muszę do domu.
— Po drodze.
Wsiadłam. Objęłam go w pasie. Pachniało nocą, chłodem i skórą. Jechał szybko. Zamknęłam oczy i przez chwilę udawałam, iż jestem kimś innym. Że nie mam sióstr, długów ani tego ciężaru w klatce piersiowej. Zatrzymał się pod moją kamienicą, zgasił silnik.
— Może pojedziemy do mnie?
— Nie dzisiaj.
— A kiedy?
Nie odpowiedziałam. Bo jak wytłumaczyć komuś, iż mam zupełnie inne plany na życie?
Paweł zabierał mnie na wystawy, na łyżwy, do restauracji. Poznał mnie ze swoimi znajomymi. Po pół roku zaprosił na niedzielny obiad do rodziców. Myślałam, iż na tym skończy się bajka. Ale oni byli zadowoleni.
— Baliśmy się, iż przyprowadzi jakąś pannę bez ambicji — powiedziała jego matka, nakładając rosół do talerzy z porcelany z Ćmielowa.
— Ja sam zaczynałem od zera — dodał ojciec. — W tobie jest kręgosłup.
Miesiąc później Paweł oświadczył się w restauracji. Klęknął między stolikami, otworzył pudełko. Pierścionek mógłby opłacić rok naszego życia. Kierowniczka sali zamarła z tacą, kucharz wychylił się z kuchni. Spojrzałam na pierścionek, potem na Pawła, potem na drzwi służbowe. Kuby tam nie było.
— Tak — powiedziałam.
Paweł wstał, pocałował mnie. Miał ciepłe, ale obce usta.
Wieczorem napisałam do Kuby: „Przyjedź”. Był po piętnastu minutach. Wyszłam bez kurtki, chociaż listopad ciął po twarzy. Stał oparty o motor, z rękami w kieszeniach.
— Wychodzę za mąż — powiedziałam.
Patrzył na mnie. Nie poruszył się, ale w jego twarzy coś zgasło. Jakby ktoś wyłączył światło na klatce schodowej.
— Za niego?
— Tak.
— Nie kochasz go.
— Za to on kocha mnie. I da mi to, czego potrzebuję.
— Czego potrzebujesz?
— Nie twoja sprawa.
Zaśmiał się krótko, wściekle. Uderzył pięścią w ceglaną ścianę kamienicy. Skóra na kostkach pękła, ale on choćby nie syknął. Odwrócił się i wsiadł na motor. Odjechał, nie oglądając się. Stałam na chodniku, dopóki nie zniknął za rogiem. Wróciłam do domu. Hania przez sen powiedziała coś o kotku. Zosia oddychała cicho pod cienką kołdrą.
Ślub wzięliśmy w marcu. Urząd stanu cywilnego przy Rynku Jeżyckim, potem obiad w restauracji nad Wartą. Siostry dostały nowe sukienki — niebieską i żółtą, takie same, tylko w różnych kolorach. Matka przyszła trzeźwa. Stała z boku, ściskając w rękach papierową torebkę z apteki. Paweł wynajął dla nas mieszkanie w nowym budynku na Strzeszynie. Trzy pokoje, balkon, zmywarka. Zosia i Hania dostały osobny pokój z piętrowym łóżkiem. Pierwszy raz w życiu miałam klucz do własnego mieszkania.
Miesiąc po ślubie Paweł usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole. Położył przede mną dokument. Umowa przedwstępna.
— Kupuję dom — powiedział. — Na Łazarzu. Cztery pokoje, ogródek. Dla nas i dla dzieci. Twoje siostry mogą tam mieszkać, dopóki nie staną na nogi.
Spojrzałam na niego. Uśmiechał się spokojnie, jakby wręczał mi prezent.
— Ale dom będzie na mnie — dodał. — Ja płacę, więc ja jestem właścicielem.
— Rozumiem.
— I jeszcze jedno. Chcę, żeby twoja matka nie przychodziła do nas. Wiesz, jaka jest. Nie chcę, żeby dzieci na to patrzyły.
Kiwnęłam głową. Bo co miałam powiedzieć? Że to moja matka? Że sama nie wiem, co z nią zrobić? Że czasem siadam przy jej łóżku i sprawdzam, czy oddycha?
Podpisałam. Długopisem z logo jego firmy. Paweł wstał i pocałował mnie w czoło. Po raz pierwszy jego dotyk wydał mi się zimny.
Rok później dom był gotowy. Wprowadziliśmy się w sierpniu. Zosia i Hania miały ogród, huśtawkę i krzak malin pod płotem. Matka dzwoniła raz w tygodniu. Płakała do słuchawki, iż została sama. Odkładałam telefon i szłam myć naczynia.
Czułam, iż coś rośnie we mnie. Jak drobny kamień w bucie. Z każdym miesiącem trochę większy. Paweł mówił, iż jestem mu wdzięczna. Nie pytał. Stwierdzał. Kiedyś powiedział przy znajomych, iż wyciągnął mnie z dołu. Wszyscy się zaśmiali. Ja też się zaśmiałam, ale coś mi pękło w środku, cicho, jak szklanka z cienkiego szkła.
Potem znalazłam w jego kieszeni paragon z kwiaciarni. Dwie róże, kupione we wtorek. We wtorki Paweł „zostawał dłużej w biurze”. Nie powiedziałam nic. Schowałam paragon z powrotem. W tej samej kieszeni znalazłam drugi — z apteki. Bukszpan zwykły. Wiedziałam, co to znaczy. Ktoś bliski umarł. Paweł nikogo nie stracił. Przynajmniej nie przy mnie.
Nie zrobiłam awantury. Zaczęłam szukać.
Wynajęłam prywatnego detektywa z Poznania. Siedziałam z nim w kawiarni przy Moście Królowej Jadwigi, piłam herbatę i pokazywałam mu zdjęcia. Detektyw nazywał się Grzegorz. Miał zmęczoną twarz i notes w kratkę. Po dwóch tygodniach przyszedł z teczką.
Paweł od trzech lat spotykał się z kobietą. Miała na imię Milena. Mieszkali razem w jego kawalerce przy ulicy Garbary, tej, o której mówił, iż „stoi pusta, bo szkoda wynajmować”. Mieli psa. Kundelka ze schroniska na Bukowskiej.
Tydzień później Paweł wrócił do domu pijany. Zdjął buty w przedpokoju i kopnął je w kąt. Zosia i Hania spały na górze.
— Musisz coś podpisać — powiedział, wchodząc do kuchni.
— Co takiego?
— Zgodę na podniesienie kredytu pod zastaw domu. Rozbudowa tarasu.
— Nie.
— Co nie?
— Nie podpiszę.
Popatrzył na mnie tak, jakby usłyszał coś w obcym języku. Potem podszedł i stanął nade mną. Pachniał koniakiem i wodą po goleniu.
— Posłuchaj, Wera. Ja cię karmię, ubieram i trzymam nad głową dach. Ty i te twoje siostry. Nie będziesz mi dyktować warunków.
Nie ruszyłam się. Wyjęłam z torebki telefon i położyłam go na stole. Na ekranie było zdjęcie wydrukowane z notatki detektywa: Paweł i Milena na tle kawalerki, z psem między nogami.
— To jest paragon z kwiaciarni — powiedziałam, kładąc obok pognieciony świstek. — I zdjęcie twojej matki z pogrzebu, na którym klęczysz obok Mileny, a nie obok mnie.
Pobladł. Otworzył usta, zamknął je. Położył dłoń na blacie. Zobaczyłam, iż mu drży.
— To nie tak — zaczął.
— Tak.
Milczał długo. Potem zapytał, czego chcę.
Podałam mu gotowy dokument. Sporządzony u notariusza przy Alejach Marcinkowskiego. Ustalenie rozdzielności majątkowej. Dom zostaje ze mną. Mieszkanie na Strzeszynie też. Samochód — jego. Jego długi — jego. Żadnych alimentów, żadnej walki o wspólne. Tylko czysty podział.
— Podpisujesz i możesz wracać do Mileny — powiedziałam. — Albo nie podpisujesz i ja idę do sądu. Zgadnij, kto tam wygra.
Podpisał. Ręka mu się trzęsła, więc przytrzymałam dokument dłonią. Notariusz poświadczył to następnego dnia. Kwota, którą zostawił na moje konto, to było czterysta tysięcy złotych — tyle, ile zainwestował w dom. Zapłaciłam tym za notariusza, za detektywa i za pierwszą ratę kredytu.
Paweł wyprowadził się w środę rano. Wziął tylko garnitury i zegarki. Gdy pakował torby, Zosia i Hania jadły kanapki w kuchni i nie patrzyły na niego. Hania rozsypała bułkę tartą po całym blacie i nie pozbierała.
Po południu zadzwoniła Milena. Wrzeszczała do słuchawki, iż wszystko mu zapisał i iż teraz nie mają gdzie mieszkać. Słuchałam jej dziesięć sekund. Potem powiedziałam: „To nie mój problem” i się rozłączyłam.
Wieczorem poszłam do ogrodu. Usiadłam na huśtawce obok Zosi. Pachniało malinami i skoszoną trawą. Hania biegała za ćmą z słoikiem po dżemie.
— Zostaniemy tu? — zapytała Zosia.
— Tak — odpowiedziałam.
— Na zawsze?
— Dopóki nam się podoba.
Patrzyłyśmy na niebo nad miastem. Było ciepłe, sierpniowe. Zosia położyła mi głowę na ramieniu. Nie powiedziała nic więcej, ale nie zasnęła ani na chwilę. Siedziała obok mnie, jakby pilnowała, żebym nie zniknęła.
Rano obudziłam się pierwszy raz od lat bez tego ciężaru w klatce piersiowej. W kuchni cicho szumiał czajnik. Na stole leżał otwarty słoik z dżemem porzeczkowym i okruszki chleba. Ktoś zostawił na parapecie kamyk z ogrodu — mały, szary, z białą żyłką przez środek. Wzięłam go do ręki. Był chłodny.
Wyszłam na balkon. Miasto za dachami już się budziło. Wypiłam łyk herbaty i pomyślałam, iż w tym domu nie ma nic, czego musiałabym się wstydzić. choćby kredyt. choćby puste półki po jego książkach. choćby ten kamyk. Zosia wyszła za mną i stanęła obok, w zbyt dużej koszulce.
— Kupimy nowe firanki? — zapytała.
— Tak.
— Zielone?
— Jakie chcesz.
Wróciłam do kuchni. Wyjęłam z teczki dokument notarialny i położyłam go na dnie szuflady, pod ręcznikami. Potem przykryłam go ścierką w kratę. Z szuflady w kredensie wyjęłam nowy notes — niebieski, z gumką. Na pierwszej stronie napisałam długopisem: „Firanki. Zielone. Długość 2 metry 40.” Potem dodałam pod spodem datę i zamknęłam notes.
Miałam trzydzieści dwa lata, dwie siostry i dom, w którym nikt nie musiał już niczego udawać.













