
Prywatne zdjęcia autorki z Gwinei Bissau
Izabela Embalo, która od lat mieszka w Kanadzie, w wywiadzie dla portalu PolskieRadio24.pl opisuje jak przez przypadek dowiedziała się, iż jej mąż jest wnukiem afrykańskiego króla, jak w polskim pociągu pomyliła wagony i poznała przyszłego męża oraz o tym jak afrykański szaman uzdrowił opuchliznę jej nóg.
Całkowity dochód ze sprzedaży książki zostanie przeznaczony na działania charytatywne w Gwinei Bissau.
Joanna Zaremba: Pamiętasz moment, w którym Gwinea Bissau po raz pierwszy pojawiła się w twoim życiu już nie jako przypadkowy kierunek podróży, tylko jako kraj twojego męża? Pierwszą historię z dzieciństwa, którą ci opowiedział?
Izabela Embalo: Były lata 90. i tak naprawdę bardzo kilka informacji. Jeszcze nie mieliśmy dostępu do Internetu na taką skalę jak teraz, więc moje wyobrażenie o Afryce było oparte na książkach, które czytaliśmy chyba wszyscy, na przykład “W pustyni i w puszczy”. Alberto trochę mi opowiadał o tamtejszej przyrodzie, owocach. Wtedy nie wiedziałam nawet, co to jest papaja albo gujawa! Pokazywał też rodzinne zdjęcia, więc na tamten moment to był mój jedyny kontakt z Gwineą Bissau – poprzez obraz, więc resztę musiałam sobie wyobrazić.
Jak on przyleciał do Polski, to dziwił się, iż wszystko jest na kartki. Był w szoku, iż Afrykańczyk może kupić sobie tylko jedną parę butów! Mnie też to wtedy zdziwiło, iż był od stóp do głów ubrany w markowe ciuchy, które w Polsce przecież niełatwo było zdobyć.

Gwinea Bissau/ Foto: Izabela Embalo
Co pamiętasz z tych zdjęć, które pokazywał ci mąż?
Izabela Embalo: Głównie członków jego rodziny. Było też dużo zdjęć domów – apartamentów, ale również zdjęcia z afrykańskiej wsi. Przywiózł ze sobą dużo muzyki – kasety, płyty CD. Słuchaliśmy jej razem. On opowiadał o swojej rodzinie, a ja wyobrażałam sobie jego kraj.
W jakich okolicznościach zapadła decyzja o twoim wyjeździe do Gwinei Bissau? Czy już wtedy miałaś poczucie, iż nie lecisz tam jako turystka, tylko masz szansę bezpośrednio spotkać się z kolebką kulturową twojego partnera?
Izabela Embalo: Długo odkładaliśmy wyjazd. Myślę, iż on się trochę bał tej mojej podróży… Ciągle też był jakiś powód, żeby to przełożyć. Zwłaszcza iż był to gorący okres, jeżeli chodzi o perturbacje polityczne w Gwinei Bissau. W końcu postawiłam ultimatum: “Słuchaj, tak nie może być, ja muszę zobaczyć tę ziemię”. Dla mnie to było istotne przeżycie emocjonalne, bo wiedziałam, iż poznam jego rodzinę, zobaczę miejsce, w którym przyszedł na świat.
Mój mąż jest bardzo skromny. Wielu rzeczy o nim i jego rodzinie dowiedziałam się przez przypadek, np. o tym, iż jest potomkiem króla. Skromność jest też jedną z wartości wyznawanych przez członkinie i członków jego plemienia Fulani. Kiedy w końcu tam pojechałam, zobaczyłam nowoczesny dom – zmywarki, piękne meble, płaskie telewizory na ścianach. U szwagra – cztery gosposie i willa z basenem. Przyznam, iż poczułam się biedna.
Pamiętam fragment twojej książki, w której opisujesz Gabu – rodzinną miejscowość twojego męża. Szkołę, dom, ogród. Czy w trakcie tworzenia tych opisów myślałaś o tym, jak przebiegało jego dzieciństwo w tym mieście? Wyobrażałaś sobie to?
Izabela Embalo: Dopiero w Gabu naprawdę zdałam sobie sprawę, w jakich czasach Alberto się wychowywał. To był jeszcze okres kolonialny, z segregacją rasową, przymusową pracą i fikcyjnymi podatkami nakładanymi na Afrykańczyków. My czasami myślimy o kolonizacji tak: Portugalczycy przyjechali, wybudowali drogi, przynieśli cywilizację. Tymczasem był to dla Afrykańczyków niesamowicie ciężki okres niewolnictwa, wyzysku, dyskryminacji.
Jednocześnie zobaczyłam bardziej baśniowy obraz Gabu. Alberto pokazywał mi ziemie dawnego królestwa, którego jego dziadek i pradziadek byli władcami. To było kiedyś potężne i bogate królestwo Afryki Zachodniej.

Gwinea Bissau/ Foto: Izabela Embalo
Co ciekawe, o królewskich korzeniach jego rodziny dowiedziałam się zupełnie przypadkowo. Kiedyś nasz syn przyniósł ze szkoły jedynkę albo dwójkę. Alberto zdenerwował się i powiedział do niego po portugalsku: “Słuchaj, ty tak nie możesz robić, bo twój dziadek był królem”. Dopiero wtedy zapytałam: “Jak to – królem?”.
To cały Alberto. O tym, iż jego brat kandyduje na prezydenta, też dowiedziałam się, oglądając z nim wiadomości. Zapytałam, kim jest człowiek pokazywany w telewizji o tym samym nazwisku, co nasze, a on odpowiedział: “No, mój brat”. Okazało się, iż wcześniej był już premierem. Alberto nigdy nie opowiada o takich rzeczach, nie potrafi się chwalić. choćby nie mówi ludziom, iż jest lekarzem.
W Gabu widziałam również grób jego mamy, którą bardzo kochał, a której nie zdążyłam poznać. Zobaczyłam dom, ogród i mangowiec, pod którym rodzina zbierała się na posiłki. W Afryce życie bardzo często toczy się na zewnątrz. Domy na wsiach bywają skromne, bo to właśnie pod drzewem ludzie jedzą, rozmawiają i spędzają ze sobą czas. To było dla mnie bardzo emocjonalne.
Alberto zaprowadził cię również nad rzekę, wyznaczającą dawną granicę królestwa jego rodziny. Poprosił, żebyś weszła do wody, bo miało to przynieść błogosławieństwo. Co wtedy czułaś?
Izabela Embalo: To było bardzo duchowe przeżycie. Rzeka była błotnista i początkowo wcale nie miałam ochoty do niej wchodzić. Alberto powiedział jednak: “Tu kończyło się królestwo mojego dziadka. Musisz wejść do tej rzeki, bo to jest błogosławieństwo”.
Był piękny zachód słońca. Weszłam do wody i poczułam korzenie tej Afryki. Wcześniej znałam Alberta jako Afrykańczyka, który przyjechał do Polski z Portugalii, a tam zobaczyłam jego dumę z własnej historii i ziemi. On rzadko ją pokazuje, ale wtedy powiedział: “Zobacz, to było królestwo mojego dziadka. To się ciągnęło kilometrami”.
W Afryce nauczyłam się większej duchowości. Ludzie są tam bardzo silnie związani z naturą, kosmologią i światem pozaziemskim. Trudno to opisać. Trzeba tego doświadczyć na własnej skórze.
Zanim odwiedziłaś jego kraj i rodzinę, poznałaś Alberta w pociągu. Jak do tego doszło?
Izabela Embalo: Totalny przypadek. Dostałam się na filologię polską w Łodzi i jechałam z koleżanką na wakacje do Krynicy Morskiej. Pomyliłyśmy wagony i usiadłyśmy na miejscach grupy afrykańskich studentów. Kiedy przyszli, zaczęłam do nich mówić łamanym hiszpańskim, bo wydawało mi się, iż słyszę hiszpański, choć oni rozmawiali po portugalsku. Zapytałam w końcu, czy mówią po angielsku. Jeden odpowiedział, iż tak, ale po chwili zapytał: “A nie możemy po polsku?”. To była tragedia!
Oni zachowali się bardzo grzecznie. Powiedzieli, iż mogą stać na korytarzu, ale przecież podróż miała trwać pięć godzin, a my miałyśmy własne miejsca w innym wagonie. Wróciłyśmy jednak do nich porozmawiać. Mama koleżanki przygotowała nam bułki ze schabem, owoce. My się wtedy, jak zwykle, odchudzałyśmy, więc zaczęłyśmy ich dokarmiać. I tak się zaczęło.
W Alberto przyciągnęło mnie jego wewnętrzne ciepło. On rozbraja ludzi. Zawsze mówię, iż Alberto potrafi rozbroić choćby najgorszego rasistę, bo kiedy ktoś go poznaje, nagle się okazuje, iż kolor skóry nie ma żadnego znaczenia.
Zaprosiłam go na święta. Był w Polsce bez rodziny, była zima, moi rodzice bardzo go polubili. Miałam uczyć go polskiego i trochę mu pomagać, a to przerodziło się w wielką miłość. Pociągały mnie jego ciepło, empatia i uśmiech. Oczywiście była też egzotyka – to był dla mnie mężczyzna z innego świata.
Jak przyjęła cię jego rodzina, kiedy pierwszy raz poleciałaś do Gwinei Bissau?
Izabela Embalo: Pierwszy był Antonio, mój szwagier. Czekał na lotnisku z uśmiechem od ucha do ucha. Był wtedy ministrem, więc zamiast zwykłej odprawy nagle znalazłam się w sali dla VIP-ów. Ktoś zabrał walizki, ktoś nas prowadził, a ja zupełnie nie wiedziałam, co się dzieje.
Później nasza liczna rodzina zaczęła schodzić się do domu i żeby mnie poznać. Codziennie przychodził ktoś nowy. W końcu powiedziałam Albertowi: “Nie tłumacz mi już, kto jest kim. Powiedz tylko, czy to rodzina od strony mamy, czy taty”. W Afryce pojęcie rodziny jest znacznie szersze niż u nas. Daleki kuzyn czy krewny byłego szwagra przez cały czas jest rodziną. Miałam wrażenie, iż adekwatnie całe plemię Fulani jest ze sobą spokrewnione.
Przy powitaniu trzeba było dać trzy buziaki. Ja zatrzymywałam się po polsku na dwóch, a tam wszyscy chcieli się ściskać i przytulać. Nie ma tej bariery, którą czasami mamy w Europie – iż podajemy rękę i zachowujemy dystans.

Gwinea Bissau/ Foto: Izabela Embalo
Rodzina opiekowała się mną do tego stopnia, iż zaczynało mnie to krępować. Nie mogłam sama pościelić łóżka ani zrobić sobie herbaty. Kiedy zobaczyli, iż mam trampki, natychmiast powiedzieli, iż w takim upale nie mogę w nich chodzić i przynieśli mi sandały. Kiedy moje buty zaczęły mnie obcierać w drodze na karnawał, szwagier zdjął własne i mi je oddał. Powiedziałam: “Co ty, zwariowałeś?”. A on nie chciał słyszeć odmowy. I szedł dalej bez butów.
Na wsi ludzie mieli bardzo niewiele, a mimo to chcieli dzielić się wszystkim: owocem, wodą, mlekiem. Nie mogłam z nimi swobodnie rozmawiać z powodu bariery językowej, ale wystarczały spojrzenia i gesty. Kiedy machałam komuś z daleka, wszyscy natychmiast odmachiwali. Byłam zaszokowana serdecznością i tym, jak mnie przyjęli.
W książce świadomie próbujesz przełamać obraz Afryki jako kontynentu biedy, chorób i nędzy – Zachód “uwielbia” go tak przedstawiać.
Izabela Embalo: To jest niepełny obraz i bardzo często wyjęty z kontekstu. Pamiętam rejs, podczas którego Polacy zabrali ze statku cukierki dla “biednych dzieci z Afryki”. Wysiedliśmy w Walvis Bay i zobaczyliśmy szklane budynki, nowoczesne samochody, piękne domy. Żadnych ruder. Zabrali więc cukierki z powrotem na statek.
Oczywiście w Afryce jest bieda, ale jest też ogromne bogactwo, nowoczesne miasta, świetne hotele, ludzie wykształceni i rodziny żyjące na bardzo wysokim poziomie. W Gwinei widziałam domy z basenami, porcelanę, gosposie. Obok tego są wsie, gdzie życie jest bardzo skromne.

Życie w największym mieście Wysp Bijagos – Bubaque, leży na wyspie o tej samej nazwie/ 2015 r.
My patrzymy na człowieka, który ma prosty dom, kawałek pola i dwie pary butów i od razu uznajemy, iż musi być nieszczęśliwy. Tymczasem on może mieć skromną chatę, pole ryżowe, drzewa mango i nerkowca, rodzinę i jedzenie. Nie ma naszego komfortu ani takiego dostępu do medycyny, ale niekoniecznie uważa się za biednego. Bieda w krajach tropikalnych jest po prostu bardziej widoczna, bo życie odbywa się na zewnątrz. U nas jest schowana w mieszkaniach komunalnych i blokach.
Pokazywanie Afryki wyłącznie przez safari i rdzenne społeczności jest tak samo absurdalne, jak przedstawianie całej Kanady, w której mieszkam od wielu lat, przez polującego i odżywiającego się tradycyjnie Inuitę. Taki obraz też istnieje, ale nie jest całą Kanadą. Tak samo jedno plemię nie jest całą Afryką.
Jednocześnie nie można opowiadać o współczesnej Afryce bez historii kolonializmu i niewolnictwa.
Izabela Embalo: Afryka była eksploatowana przez setki lat. Wywożono z niej złoto, surowce i miliony ludzi. To była grabież. A później pojawił się neokolonializm – eksploatacja trwa nadal, tylko nazywa się ją robieniem biznesów.
Ogromnym przeżyciem była dla mnie wizyta na wyspie Gorée w Senegalu, w miejscu, z którego wywożono niewolników. Jest tam Brama Bez Powrotu. Afrykanie, wywożeni w niewolę, przechodzili przez nią i już nigdy nie widzieli swoich rodzin ani kraju. Staje się przed kamiennym przejściem, za którym jest ocean, i wszyscy tam płaczą. Takie emocje wzbudza to miejsce.
Alberto się rozpłakał, ja też. Było tam wielu czarnych turystów z Ameryki – potomków niewolników. Niektórzy jęczeli, jedna kobieta zemdlała. W tym miejscu historia staje się namacalna. Afrykańczycy wierzą, iż dusze niewolników powracają w to miejsce.
I tu pojawia się coś niezwykłego. Przewodnicy mówią: “Wybaczyliśmy, ale nie zapomnieliśmy”. Afrykańczycy nie są do nas nastawieni z nienawiścią. Gdyby nam zrobiono coś podobnego, nie wiem, jak patrzylibyśmy dziś na sprawców.
Także w Gwinei Bissau można zobaczyć ślady segregacji. Afrykańczycy nie mogli swobodnie wchodzić do centrum miasta, potrzebowali przepustek. Tak zwani asymilowani musieli upodabniać się do Portugalczyków: prostować włosy, przejmować ich obyczaje i sposób życia. Wtedy ich dzieci mogły chodzić do szkoły i miały łatwiejsze życie. Ta historia wciąż jest tam obecna.
W Gwinei Bissau zetknęłaś się ze światem talizmanów, szamanów i duchów przodków. Jak zmieniło się twoje myślenie?
Izabela Embalo: Zrozumiałam, iż nie można tego oddzielić od afrykańskiej tożsamości. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest profesorem, lekarzem, muzułmaninem, czy chrześcijaninem. Wiara w duchy przodków, energię i talizmany jest częścią codzienności. Tam nie ma pytania: “Czy to istnieje?”. To po prostu jest. To jest ich świat
Alberto wcześniej kilka mi o tym opowiadał. Chyba obawiał się, iż go wyśmieję. Widziałam, iż rodzina daje mu kamyki, proszki i małe saszetki przywiązane do rzemyka. Myślałam, iż to element tradycyjnego ubrania. Dopiero później zrozumiałam, iż to talizmany.
W Gwinei Bissau wierzy się, iż energia albo dusza może znajdować się w zwierzęciu, roślinie czy drzewie. Baobabu nie można po prostu ściąć. Potrzebna jest zgoda przywódcy wioski albo kapłanki, bo w drzewie może mieszkać dusza.
Niektóre wyspy archipelagu Bijagós przyległego do wybrzeża Gwinei Bissau, pozostają niezamieszkane, ponieważ są uważane za miejsca przodków. Mogą na nie wchodzić tylko wybrane osoby, na przykład kapłanki. Dzięki tym wierzeniom zachowała się tam dziewicza przyroda. Kolonizatorzy nie zdołali zniszczyć tej duchowości. Ona przetrwała, bo jest częścią afrykańskiej tożsamości.
Sama zdecydowałaś się skorzystać z pomocy miejscowego uzdrowiciela. Wcześniej byłaś sceptyczna?
Izabela Embalo: Podchodziłam do tego tak jak do czterolistnej koniczyny czy medalika na szczęście. Miałam bardzo zachodnie podejście. Podczas podróży w gorącym klimacie puchły mi nogi. To samo przydarzyło się mojej szwagierce. Alberto, jako lekarz, zaczął mówić o badaniach, krążeniu i hormonach. Ona machnęła ręką i poszła do szamana. Po kilku dniach wróciła bez opuchlizny. Powiedziałam wtedy: “To dawaj mi tego szamana”.
Przyszedł bardzo młody chłopak w tradycyjnym ubraniu. Popatrzył, posłuchał, a następnego dnia przyniósł mi karteczki złożone w trójkąty. Kazał wrzucić je do wody, przez trzy dni obmywać nią nogi i trochę pić. Zrobiłam to. Od pięciu czy sześciu lat nogi mi nie puchną. Nie wiem, jak to się stało. Jestem w szoku.
Oczywiście uważam, iż w tym świecie jest też dużo teatralności i ludzi działających pod turystów. Miałam jednak szczęście trafić na uzdrowicieli pracujących na wsiach, gdzie wszyscy się znają. Gdyby ktoś był szarlatanem i nikomu nie pomagał, cała wieś gwałtownie by o tym wiedziała.
Nie potrafię dziś wszystkiego racjonalnie wyjaśnić. Zaczęłam jednak wierzyć w znaki i symbole. Ten temat zafascynował mnie tak bardzo, iż chciałabym poświęcić mu kolejną książkę. Musiałabym wrócić do Afryki i spędzić więcej czasu z ludźmi uczestniczącymi w tych rytuałach. Na razie tylko otarłam się o ten świat.
Kraje afrykańskie, często bardzo niesłusznie, kojarzą się Europejczykom również z miejscami, w których kobiety mają kilka praw. Tymczasem na wyspie Orango zetknęłaś się ze społecznością, w której ich pozycja jest bardzo silna.
Izabela Embalo: Nie można mówić o całej Afryce jak o jednym kraju. To ponad pięćdziesiąt państw, setki kultur, ludów, religii i tradycji. choćby w niewielkiej Gwinei Bissau wystarczy przejechać kilkadziesiąt kilometrów albo popłynąć dwie godziny statkiem, żeby znaleźć się w zupełnie innym świecie.
Na kontynencie wśród różnych plemion może jeszcze istnieć poligamia, a na części wysp Bijagós spotykamy społeczności matrylinearne, w których bardzo silną pozycję mają kobiety. To one mogą być królowymi i kapłankami, zarządzać polityką, gospodarką i domami. Mężczyźni częściej zajmują się rybołówstwem, czy polowaniem. Kobieta może mieć więcej niż jednego męża. Nie oznacza to, iż każda tak żyje – jest to możliwość, a nie obowiązek. Może wybrać jednego męża rybaka, a drugiego rolnika – dość pragmatycznie. Dziecko należy do całej wspólnoty i jest wychowywane przez wiele osób, dlatego kwestia biologicznego ojcostwa nie ma takiego znaczenia jak u nas.
Jedna z królowych Orango postawiła się portugalskim kolonizatorom i odegrała istotną rolę we wzmacnianiu praw kobiet. Nie oznacza to, iż kobiety upokarzają tam mężczyzn. Po prostu poszczególnym osobom przypisane są inne funkcje społeczne. Niektóre obrzędy mogą odprawiać wyłącznie kapłanki i tylko one mają prawo wstępu na część świętych wysp. To pokazuje, iż afrykańska kobieta nie zawsze ma słabą pozycję. W niektórych społecznościach jest dokładnie odwrotnie.

Gwinea Bissau na mapie
Komu trudniej byłoby wytłumaczyć odmienną kulturę: Gwinejczykowi Polskę czy Polakowi Gwineę Bissau?
Izabela Embalo: Myślę, iż trudniej Polakowi opowiedzieć o Gwinei. Gwinea Bissau była przez wieki kolonią portugalską, więc jest tam wiele europejskich wpływów: język, kuchnia, muzyka, karnawał. Afrykańczycy są do pewnych elementów europejskiej kultury przyzwyczajeni; niektóre z nich stały się tamtejsze
To także niewielki kraj zamieszkany przez około dwadzieścia różnych ludów, wyznających różne religie i mających odmienne tradycje. Ludzie nauczyli się żyć obok siebie. Nie krytykują tego, iż sąsiad wierzy w coś innego. Wszyscy żyją w symbiozie i wspólnym szacunku.
My, Europejczycy, mamy określone wzorce. Kiedy coś wykracza poza nasz system wierzeń albo standard życia, często od razu uznajemy, iż jest niewłaściwe. Tymczasem to, co jest dobre dla nas, niekoniecznie musi być najlepsze dla drugiego człowieka.
W małżeństwie z Alberto najbardziej zauważyłam różnicę w podejściu do starszych. W jego kulturze nie można sprzeciwiać się rodzicom. Istnieje ogromny szacunek wobec osób starszych. choćby słowo “stary”, które po polsku może zabrzmieć obraźliwie, tam jest wyrazem uznania i szacunku. Poza tym nie mieliśmy większych problemów. Alberto jest bardzo ugodowy, a ja już wcześniej i zanim go poznałam, mieszkałam w Kanadzie, kraju wielokulturowym, i chyba dlatego miałam dość otwarty umysł.
Jak rodzina Alberta zareagowała na twoją książkę?
Izabela Embalo: Byli przeszczęśliwi. Dopiero niedawno przetłumaczyłam ją na portugalski i wysłałam im tekst. Wcześniej już mnie szanowali, ale teraz zostałam chyba ulubioną szwagierką (śmiech). Pojawił się choćby pomysł, żebym dostała jakiś medal od gwinejskiego Ministerstwa Kultury. Odpowiedziałam, iż nie chcę żadnych orderów po znajomości. Ale bardzo się cieszę, iż mają poczucie, iż ich kraj, rodzina i historia zostały „opowiedziane” i potraktowane z szacunkiem.
Po tylu latach Alberto przez cały czas czuje się związany z Polską?
Izabela Embalo: Bardzo. On niesamowicie kocha Polskę. Mój tata woził mu z Polski kiełbasę krakowską. Alberto ma polskie obywatelstwo, a na bierzmowaniu przyjął imię Stanisław. Nie pozwoli powiedzieć nic złego o Polsce ani o Polakach. Strasznie się wtedy oburza. Mimo iż trochę dali mu tu do wiwatu, pamięta przede wszystkim o dobrych ludziach i przyjaciołach. W domu rozmawiamy po polsku, zachowujemy polskie tradycje, a on kocha polskie jedzenie i filmy. Zawsze też powtarza, iż polskie kobiety są najpiękniejsze na świecie. I nie tylko wtedy, gdy ja to słyszę (uśmiech).
Wywiad przeprowadziła dziennikarka portalu PolskieRadio24.pl
Joanna Zaremba










