Podróżnik publikujący na Instagramie jako @chaoswtrasie spakował plecak i kupił bilet w jedną stronę do Azji. W trasie jest już od stu dni, a w tej chwili przebywa w Tajlandii. To właśnie tam jeden niefortunny błąd sprawił, iż trafił w ręce policji. - To historia o tym, jak zostałem aresztowany w Bangkoku, i z czystej głupoty i na własne życzenie - powiedział na początku nagrania.
REKLAMA
Zobacz wideo Blanka Lipińska wspomina podróże z "(Nie)Poradnika Turystycznego". Gdzie było najwięcej trudności?
Na co trzeba uważać w Tajlandii? "Usłyszałem, iż najbliższe 3 dni spędzę w celi"
Do zdarzenia doszło kilka dni temu. Podczas przejazdu do galerii handlowej podróżnik zauważył policyjną blokadę. Jak twierdził, funkcjonariusze ściągali na pobocze skutery, na których poruszali się turyści. -Policjant, który nas zatrzymał, powiedział, iż zostanę teraz przeszukany, ponieważ mają podejrzenie, iż mam przy sobie coś nielegalnego - relacjonował na Instagramie.
Jak się okazało, przypuszczenia policjanta były trafne. Podczas kontroli znaleziono przy nim... elektronicznego papierosa, którego posiadanie w Tajlandii jest surowo karane i może grozić choćby pięcioma latami więzienia. Podróżnik usłyszał, iż musi pojechać na komisariat, choć zapewniano go, iż to jedynie rutynowa procedura, która zakończy się spisaniem danych i szybkim zwolnieniem.
Sytuacja diametralnie zmieniła się po dotarciu na komendę. Sprawę przejął inny funkcjonariusz niebędący Tajem, a prawdopodobnie pochodzący ze Stanów Zjednoczonych. - Od niego usłyszałem, iż najbliższe 3 dni spędzę w celi. Później odbędzie się moja rozprawa sądowa. W najlepszym przypadku dostanę 30 tysięcy batów kary i wydalenie z Tajlandii, a w najgorszym choćby 5 lat więzienia - dodał Polak.
Czy można mieć e-papierosa w Tajlandii? Polak ostrzega
Policjanci zabrali mu telefon i zakazali jakiegokolwiek kontaktu z innymi osobami. Został zaprowadzony do pomieszczenia, w którym przebywało kilkunastu innych turystów zatrzymanych z tego samego powodu. Spędził tam około godziny, nie wiedząc, jaki los go czeka. Jak przyznał, był przerażony. - Nie tak chciałbym zakończyć moją podróż - powiedział.
Po pewnym czasie funkcjonariusz wrócił z informacją o "alternatywnym rozwiązaniu". Każdy z zatrzymanych miał zostać zaproszony na rozmowę z komendantem. Wtedy podróżnik zrozumiał, iż chodzi o próbę wymuszenia łapówki. Komendant bez zbędnych wyjaśnień zaproponował, iż za 15 tys. batów sprawa zostanie zakończona jeszcze tego samego dnia. - Mimo tego, co mi groziło i świadomości, iż złamałem prawo, postanowiłem się z nimi targować. No i udało się. Po kilku minutach dyskusji z 15 tys. zeszliśmy do 8 - słyszymy na nagraniu. Brak gotówki nie stanowił problemu. Jeden z policjantów zawiózł go do bankomatu i poczekał na wypłatę. Jak zauważył z ironią, jechali skuterem bez kasków, również łamiąc tajskie przepisy.
Po powrocie na komisariat zapłacił 8 tys. batów i został zwolniony. Cała sytuacja trwała około trzech–czterech godzin. Jak podkreślił, było to jedno z najbardziej stresujących doświadczeń w trakcie jego podróży. Zaznaczył też, iż traktuje tę historię jako ostrzeżenie dla innych. - Od tamtej pory miałem kolejne 4 kontrole. Za każdym razem byłem zatrzymywany na skuterze i przeszukiwany, głównie w celu znalezienia e-papierosa - dodał.
Tajlandia słynie z wielu nietypowych zasad, których złamanie może przysporzyć turystom poważnych problemów. Jak podaje serwis nationthailand.com, udział w bójce, a choćby głośna i agresywna kłótnia w miejscu publicznym mogą zakończyć się grzywną sięgającą 5 tys. bahtów. Należy również bezwzględnie okazywać szacunek rodzinie królewskiej. Obraza monarchy grozi wieloletnim więzieniem, a przepisy w tym zakresie należą do najsurowszych na świecie. Czy przed podróżą zapoznajesz się z lokalnym prawem? Zapraszamy do udziału w sondzie oraz do komentowania.




