Halina Wrona ma pięćdziesiąt trzy lata i mieszka na Podgórzu, na czwartym piętrze bloku bez windy, gdzie zimą kaloryfer stuka jak zegar, a latem przez okno wpada zapach frytek z budki na dole. Syn wyprowadził się osiem lat temu, córka jeszcze wcześniej. Oboje mają już własne klucze, własne rachunki za prąd, własne kłopoty, o których matce mówią połowę.
Ale to nie o odległość tu chodzi. Chodzi o tę godzinę między drugą a trzecią w nocy, kiedy Halina budzi się bez powodu — nie od hałasu, nie od bólu, po prostu oczy same się otwierają — i wie, iż tej nocy nie zaśnie, dopóki nie odmówi różańca za dzieci, które są dorosłe, mają swoje mieszkania i telefony komórkowe, a mimo to śpią, nie wiedząc, iż matka klęczy przy łóżku z paciorkami owiniętymi wokół palców.
Zaczęło się dawno, jeszcze zanim syn Marek zdał maturę. Halina wtedy pracowała w pralni chemicznej przy Kalwaryjskiej, wracała po dziesiątej, a chłopak siedział sam w kuchni z zeszytem z matematyki i talerzem zimnych pierogów. Nie miała czasu w długie rozmowy — miała czas tylko na to, żeby przed snem uklęknąć i powiedzieć Bogu to, czego nie zdążyła powiedzieć synowi.
Sąsiadka z parteru, pani Krystyna, kiedyś zapytała ją wprost, dlaczego światło w jej oknie pali się do tak późna. Halina odpowiedziała krótko: bo mam kogo pilnować, choćby jeżeli oni o tym nie wiedzą.
Ta zwykła noc — trzynastego września, sobota, na dworze deszcz uderzał o parapet — była inna. O drugiej trzydzieści zadzwonił telefon. Nie od syna. Od jego kolegi, Bartka, głosem, który się łamał: Marek miał wypadek na S7, w stronę Myślenic, samochód dachował na mokrej jezdni. Halina jeszcze trzymała różaniec w dłoni, kiedy usłyszała te słowa, i coś w niej — nie strach, coś twardszego — kazało jej nie upuścić paciorków, tylko ścisnąć je mocniej.
Pojechała taksówką do szpitala na Prądnicką, przez pusty, mokry Kraków, z telefonem przyciśniętym do ucha, chociaż nikt już nic nie mówił. W poczekalni siedziała cztery godziny. Nie płakała głośno. Poruszała ustami, jak wtedy, po nocach, kiedy nikt nie widział.
O szóstej rano wyszedł lekarz. Powiedział, iż złamanie obojczyka, wstrząśnienie mózgu, ale żyje — i iż gdyby pas bezpieczeństwa puścił jeszcze pół sekundy później, rozmawialiby o czymś zupełnie innym.
Marek, z ręką na temblaku, z gipsem na obojczyku, zapytał ją później, w szpitalnym korytarzu pachnącym środkiem dezynfekującym, skąd wiedziała, iż coś się stanie — bo dzwoniła do niego dzień wcześniej, bez powodu, tylko żeby zapytać, czy jadł obiad. Halina nie miała na to odpowiedzi, która pasowałaby do rozmowy przy automacie z kawą. Powiedziała tylko, iż matka czasem czuje więcej, niż potrafi wytłumaczyć.
Tydzień później, kiedy Marek wrócił już do swojego mieszkania na Bronowicach, Halina zrobiła coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiła — poszła do notariusza przy Rynku Głównym i przepisała na niego połowę działki w Wieliczce, tej, którą kupili z mężem trzydzieści dwa lata temu i o której Marek zawsze mówił, iż kiedyś postawi tam dom dla własnych dzieci. Nie zrobiła tego z lęku, iż umrze jutro. Zrobiła to, bo po tamtej nocy zrozumiała, iż nie chce już czekać na żadną odpowiednią okazję — chce, żeby syn miał w ręku coś namacalnego, papier z pieczęcią, a nie tylko obietnicę na przyszłość.
Wzięła teczkę z aktem notarialnym, położyła ją na stole w jego kuchni, obok czajnika, i powiedziała: to jest twoje, od dziś, żebyś wiedział, iż nie musisz czekać, aż mnie zabraknie, żeby mieć pewność, iż ktoś o tobie myślał każdej nocy, choćby gdy spałeś.
Marek długo patrzył na tę teczkę, zanim ją otworzył. Nie powiedział nic mądrego, nie wygłosił żadnej wielkiej mowy o wdzięczności. Zapytał tylko, czy zostanie na obiad, bo ugotował żurek, tak jak go uczyła.
Halina wróciła do domu na Podgórzu tego wieczoru, zaparzyła herbatę, usiadła przy oknie i po raz pierwszy od trzynastego września zasnęła przed północą. Różaniec zostawiła na nocnym stoliku, nie pod poduszką — bo tej nocy, wyjątkowo, nie miała już nic do wyproszenia, tylko coś, za co podziękować.









