Pokój numer czternaście, blok na Żoliborzu

newsempire24.com 2 dni temu

Tego dnia pies sąsiada ubłocił mi spodnie, a ja śmiałam się z tego cały dzień, nie wiedząc jeszcze, iż to będzie ostatni raz, kiedy śmiech przychodzi mi tak łatwo. Nazywam się Beata, jestem pielęgniarką środowiskową i do pani Haliny Wrzesińskiej jeździłam od marca, dwa razy w tygodniu, mierzyć ciśnienie, podawać leki na cukier, czasem po prostu usiąść na chwilę, bo autobus do następnego pacjenta miałam zwykle za czterdzieści minut.

Mieszkanie na trzecim piętrze, bez windy, kaloryfer syczy, a na kredensie zawsze stał dzbanek z kompotem z wiśni, bo pani Halina gotowała go sama, mimo iż ręce jej drżały przy krojeniu. Osiemdziesiąt jeden lat, wdowa od ośmiu lat, dwóch synów w Warszawie i jedna córka w Krakowie. Mieszkała sama w czterdziestometrowym M3, które kupiła z mężem w siedemdziesiątym dziewiątym roku za bony mieszkaniowe, jeszcze za PRL-u.

Pamiętam, jak pierwszy raz tam poszłam. Na ścianie wisiały fotografie — wesele syna, komunia wnuczki, czarno-białe zdjęcie z jakiegoś festynu w Łazienkach. Telewizor grał cicho, akurat było "Pytanie na śniadanie", a ona siedziała przy stole i robiła sobie herbatę z cytryną, sama, bez pytania kogokolwiek, czy chce też.

— Pani Halino, dzieci dzwoniły? — pytałam zwykle na początek, bo tak nauczyłam się zaczynać rozmowę.

— Dzwoniły. Mówią, żebym się przeprowadziła do Krakowa, do Agnieszki. Albo do domu seniora na Bielanach, żeby bliżej było.

— A pani co na to?

Mieszała herbatę łyżeczką, choć cukru dawno nie dosypywała, i nic nie odpowiadała, jakby pytanie samo się rozpuszczało razem z cytryną.

Raz przyszłam w listopadzie, padał deszcz, buty miałam przemoczone na wylot, a ona otworzyła drzwi w szlafroku, z książką w ręku — jakiś kryminał Katarzyny Bondy, zakładka wsadzona w połowie. Zapytałam, czy nie smutno jej samej w takie dni.

— Wie pani, co ja robię, kiedy pada? — powiedziała, nalewając mi kompotu, chociaż przyszłam pracować, nie w gości. — Siadam przy oknie, patrzę na ulicę, na ludzi z parasolkami, i myślę sobie, iż ja nigdzie nie muszę iść. Mogę leżeć do jedenastej, jeżeli chcę. Mogę zjeść śledzia na śniadanie, bo nikt mi nie powie, iż to nie wypada.

Śmiałam się z tego śledzia, bo faktycznie raz go jadła o ósmej rano, z cebulą, na chlebie.

Syn starszy, Marek, przyjeżdżał raz na dwa miesiące, zawsze z jakąś reklamówką z Biedronki, zostawiał na stole i mówił, iż mama powinna pomyśleć o przeprowadzce, bo przecież "nie daj Boże coś się stanie, a nikogo nie będzie". Słyszałam to kilka razy, stojąc w przedpokoju ze sprzętem do mierzenia cukru. Pani Halina nie kłóciła się z nim, tylko odprowadzała go do drzwi, a po jego wyjściu mówiła do mnie:

— On dobrze chce. Tylko nie rozumie, iż ja nie jestem zostawiona. Ja tu jestem, bo tu chcę być.

Była jedna rzecz, która mnie zawsze w niej zastanawiała — nigdy nie miała włączonego radia dla towarzystwa, jak większość moich starszych pacjentów. U innych zawsze gra coś w tle, żeby nie było pusto. U niej cisza, taka gęsta, iż słychać było tykanie zegara w przedpokoju. Powiedziała mi raz, iż po śmierci męża, Zdzisława, pierwsze trzy miesiące nie mogła spać, bo dom był za głośny od ciszy, jeżeli to ma sens. A potem coś się zmieniło.

— Zaczęłam słyszeć siebie — powiedziała. — Nie wiedziałam, iż to możliwe po sześćdziesięciu latach życia z kimś.

W kwietniu, kiedy przyszłam na rutynową wizytę, zastałam ją przy kredensie z segregatorem — pełnym papierów, świadectwo zgonu Zdzisława, książeczka mieszkaniowa, akt notarialny z dziewięćdziesiątego dziewiątego, kiedy wykupili lokal na własność. Powiedziała, iż właśnie wróciła od notariusza na Marszałkowskiej.

— Napisałam testament — powiedziała, odkładając segregator na miejsce w szafce. — Mieszkanie dzielę na troje, po równo. Czterdzieści metrów, warte jakieś pięćset tysięcy złotych, tak notariusz liczył po cenach z tej okolicy. Ale napisałam też jedno: iż dopóki żyję, nikt mi tu nie organizuje przeprowadzki. To jest moja decyzja, nie ich.

Zapytałam, czy to było dla synów trudne do przyjęcia.

— Marek się trochę najpierw zdziwił. Myślał, iż może będzie inaczej, bo on najstarszy. Ale powiedziałam mu: synku, ja jeszcze żyję i sama decyduję, gdzie mieszkam i jak mieszkam. A testament to na potem, nie na teraz.

Na biurku, pod zdjęciem ślubnym w drewnianej ramce, leżał jeszcze kalendarz, w którym zapisywała sobie wizyty — moje, do lekarza, do fryzjerki na Suzina co trzy tygodnie. Pod czwartkiem było dopisane: "kompot — wiśnie z zamrażarki się kończą".

Dwa tygodnie przed tym dniem z psem byłam u niej na zwykłej wizycie. Zmierzyłam ciśnienie, sto trzydzieści na osiemdziesiąt, dobrze jak na jej wiek. Siedziała przy oknie, światło padało na jej dłonie złożone na kolanach, obrączka jeszcze na palcu, choć Zdzisława już nie było.

— Pani Beato — zapytała — pani się nie boi, iż ja tu sama umrę i nikt nie zauważy?

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.

— Ja się nie boję — powiedziała sama, zanim zdążyłam coś wymyślić. — Bo ja tu nie jestem sama. Ja tu jestem u siebie.

Wychodząc, zamknęłam drzwi na klucz, ten zapasowy, który trzymałam u siebie na wszelki wypadek, i zeszłam po schodach, trzy piętra, licząc w głowie, ile jeszcze pacjentów mi zostało tego dnia. Na dole, przy skrzynkach pocztowych, sąsiad wyprowadzał psa, który na mnie skoczył i ubłocił mi spodnie.

W czwartek miałam przyjść o jedenastej, jak zawsze. Zadzwoniłam domofonem, potem telefonem, potem jeszcze raz domofonem. Kalendarz na biurku, pomyślałam, pewnie dalej leży otwarty na tym tygodniu, z dopiskiem o wiśniach. Zjechałam — zeszłam po schodach, znowu licząc stopnie, tym razem nie z nudów, tylko dlatego, iż liczenie było jedyną rzeczą, którą mogłam w tamtej chwili zrobić rękami zajętymi kluczem.

Klucz wszedł w zamek od razu, bez oporu, jakby czekał na to od marca.

W mieszkaniu paliło się światło w kuchni, telewizor grał cicho — "Pytanie na śniadanie", mimo iż była już pora obiadu. Pani Halina leżała na podłodze przy kredensie, segregator z papierami rozsypany obok, jakby chciała po coś sięgnąć i noga się jej ugięła. Żyła. Złamana szyjka kości udowej, powiedzieli później w karetce, ale żyła, i gdy mnie zobaczyła, powiedziała tylko:

— Beato. Wiedziałam, iż pani przyjdzie.

W szpitalu na Żeromskiego synowie zjawili się tego samego wieczoru, Marek pierwszy, z reklamówką z Biedronki, którą postawił pod łóżkiem i choćby nie zauważył, iż ją postawił. Nikt nie mówił już o domu seniora. Rozmawiali tylko o tym, kto zostanie na noc, kto przywiezie jej szlafrok i tę książkę Bondy z zakładką w połowie.

Wróciła do domu po pięciu tygodniach, z balkonikiem i z fizjoterapeutką, która miała przychodzić trzy razy w tygodniu, nie ja, bo to już nie była moja działka, ale wpadłam do niej raz, prywatnie, z kwiatami. Siedziała przy oknie, tam gdzie zawsze, dzbanek z kompotem stał na kredensie, chociaż tym razem to Marek go ugotował, z wiśni, które kupił w Biedronce, bo z zamrażarki już się skończyły.

— Niedobry jak mój — powiedziała, nalewając mi szklankę — ale piję, bo syn starał się.

Zapytałam, czy teraz, po tym wszystkim, myśli inaczej o przeprowadzce.

— A pani by myślała? — odpowiedziała, odstawiając dzbanek dokładnie w to samo miejsce, w którym stał zawsze. — Ja im powiedziałam: upadłam, nie umarłam. To różnica.

Wychodząc, znowu zeszłam po schodach, bo tej kamienicy winda się nie dorobiła, a na dole, przy skrzynkach pocztowych, ten sam kundelek skoczył na mnie i ubłocił mi spodnie, tak jak zawsze. Tym razem się nie śmiałam. Po prostu otrzepałam nogawki dłonią i poszłam do następnego pacjenta, zerkając na zegarek, bo autobus miałam, jak zwykle, za czterdzieści minut.

Idź do oryginalnego materiału