Pokochaj siebie, a świat stanie się piękniejszy

polregion.pl 17 godzin temu

Pokochaj siebie, a wszystko się ułoży

Za oknem śnieg zawiewa, mróz szczypie, a mnie ciężko na sercu. Siedzę sam w naszym dużym, trochę już pustym domu pod Krakowem. Zofia, moja żona… cóż, znów wyjechała załatwić sprawy, a ja już od dawna przecież wiem, jakie to są sprawy.

Nasze dzieci dawno wyfrunęły z rodzinnego gniazda. Syn Piotrek jest żonaty, mieszka na Ruczaju z żoną i dwójką dzieci. Córka Olga daleko, aż pod Gdańskiem tam skończyła studia, wyszła za mąż za miejscowego chłopaka, żyją sobie szczęśliwie, już wychowują córkę Malwinę.

Rozmawiałem dziś przez telefon z Olgą.

Tato, a czemu taki jesteś przygaszony? dociekała moja córka. Coś się stało?

Nie, cóż ty, wszystko w porządku, skarbie. A jak tam wam się żyje, jak moja wnusia?

Bardzo dobrze, tato, Witek w pracy po uszy, wiesz jak to lekarz chirurg roboty zawsze za dużo, ale to jego pasja, więc nie narzeka. Mała już niedługo do przedszkola! Rośnie jak na drożdżach.

Cieszę się, kochanie, żeby wam się dobrze żyło powiedziałem z wymuszonym spokojem.

Ale i tak nie podoba mi się twój głos, tato. A gdzie mama?

Mama? A poszła na chwilę do sąsiadki, mróz i zawieja, jak nic zaraz wróci nie chciałem martwić córki tym, czego lepiej nie wiedzieć.

Od ponad pół roku żyję w niepewności, niepokoju i ciężarze, który gniecie mnie od środka. Nie bardzo mam z kim o tym porozmawiać. Ktoś pożałuje, inny się ucieszy moim nieszczęściem, jeszcze ktoś wyśmieje. Wszystko zaczęło się latem, gdy krzątałem się przy rabacie pod oknem okno było otwarte, ja pogrążony w myślach, aż nagle usłyszałem Zofię rozmawiającą przez telefon. Głos miała czuły, słodki, śmiała się. Pewna była, iż nie ma mnie w domu, nie zauważyła, iż obracam się tuż pod oknem.

Dobrze, kochanie… dziś nie dam rady, bardzo chciałabym, tęsknię. Też cię kocham. Nie smuć się, jutro się zobaczymy. Znając mnie, wiesz, iż jak coś obiecam, to dotrzymam słowa…

Potem chyba Zofia skończyła rozmowę lub wyszła z pokoju, bo więcej nic nie usłyszałem. Serce ścisnęło się tak, jakbym dostał obuchem w głowę. Moja żona, której nigdy, choćby przez myśl nie przeszła mi zdrada, była dokładnie taka sama jak ci, których tak potępialiśmy. Od razu przypomniałem sobie słowa mojej siostry, która skarżyła się, iż jej mąż znalazł sobie młodszą kobietę. Wtedy wydawało mi się to niemożliwe, a teraz stałem się jednym z tych, którym współczułem z dystansu. Usiadłem na ławce przy altanie i popłakałem się jak dziecko.

Boże, jak to się mogło stać Zosia, której ufałem bezgranicznie Przeszło ją chyba to samo szaleństwo, co wielu mężczyzn, a jednak kobiety też.

Mam 56 lat. Ułożyłem sobie życie. Zofia to żona oddana, dzieci udało się wychować na porządnych ludzi, żyją na swoim. Żyjemy sobie z żoną w dużej wiosce pod Krakowem; prowadzę własny młyn, produkujemy mąkę i pasze, rozwozimy po całym województwie.

Długo tłumiłem w sobie te uczucia. Minęło pół roku, zanim zorientowałem się, kim jest ów kochanek Zofii. Przypadkiem odkryłem, iż ma na imię Kacper, i jest to dalszy kolega naszej wspólnej znajomej Edyty. Raz czy dwa widziałem go u niej na imieninach. Mieszkał na osiedlu Kopalnia, jak mówią u nas na te niskie bloki na końcu wsi. Przez Edytę, trochę mimochodem, dowiedziałem się gdzie mieszka.

On był zawsze typem playboya śmiała się Edyta. Przystojny, samotny, robi karierę, ale nigdy nie miał głowy do poważnych związków. Trzydzieści sześć lat, a przez cały czas rozbija się samochodem po mieście, kobiety zmienia jak rękawiczki. Raz się zwierzył, iż w życiu brak mu stałości, dziecka sam nie chce wychowywać Edyta choćby nie podejrzewała, iż rozmawia z osobą, której ten problem dotyczy najbardziej.

Nie powiedziałem jej nic, zacisnąłem zęby. Wróciłem do domu i długo płakałem w samotności.

Panie, ile jeszcze można z tym żyć w środku?

Czas płynął, aż dwa miesiące temu zebrałem się w sobie, by odwiedzić Kacpra. Sam nie wiem, co mną kierowało. Kiedy stanąłem w drzwiach jego mieszkania, bardzo się zdziwił. Wpuścił mnie do środka.

Cześć powiedziałem, siadając na kanapie.

Kacper stał jak wryty, zaskoczony. Może bał się, iż zrobię awanturę lub dam mu w twarz. Powiedziałem z gniewem:

Nie wstyd ci rozbijać czyjegoś małżeństwa? Kobiet wokół masa, po co ci cudza żona? Wiesz, iż na cudzym nieszczęściu nigdy szczęścia się nie zbuduje?

Chłopak spuścił oczy.

Ja chyba naprawdę ją pokochałem wyjąkał cicho.

Nie wytrzymałem wreszcie dałem upust emocjom, podniosłem głos, a potem nagle wszystko opadło, zrobiło mi się wstyd. Zostawiłem go z jego własnymi myślami i wróciłem do domu.

Kacper nigdy nie powiedział Zofii o wizycie. Ja też milczałem, udawałem przed żoną, iż wszystko wróciło do normy. Żyjemy tak już kilka miesięcy. Nie wiem, czy jeszcze się z nim spotyka, czasem wychodzi na zakupy, a ja podejrzewam swoje. Siedzę wtedy sam, śledząc wskazówki zegara, martwię się i nie wiem, co robić.

Co mam zrobić? Dla mnie Zosia to wszystko, całe życie razem, nie wyobrażam sobie inaczej. Gdyby doszło do rozwodu, musielibyśmy dzielić wszystko, a ja nie chcę. Niech zostanie, jak jest myślę zrezygnowany, patrząc w okno na zasypaną śniegiem wieś.

Bo jeżeli choćby zostanie mi ten dom, to do czego mi samotność? Dom wymaga ciągłego dbania, remontów Zosia zawsze niby czegoś doglądała, a ja majsterkowałem, naprawiałem. Boję się biedy. Przywykłem do tego stylu życia… A dzieci? Jak miałbym się przyznać, iż ich matka zakochała się w innym, młodszym? To byłby dla nich szok.

Wiem, iż gdybym się przed kimkolwiek otworzył, większość powiedziałaby: Szanować się trzeba, rozwód i koniec!. Może by mieli rację mówi się, iż żeby być szczęśliwym, trzeba najpierw pokochać siebie. Ale co, jeżeli kocham moją żonę, choćby jeżeli to, co się dzieje, boli jak diabli? Może jej zauroczenie minie, może się opamięta? Najważniejsze, iż jej stosunek do mnie się nie zmienił rozmawiamy spokojnie, nie ma kłótni, tak jak kiedyś. Może faktycznie, pokochaj siebie, a reszta się ułoży? Trzeba myśleć też o sobie

Ciężko tak żyć, od kiedy poznałem prawdę o Zofii. Trudno udawać, iż nic się nie stało, gdy w głowie kotłują się pytania i wyrzuty. Czasem choćby myślę, czy nie spróbować jakiegoś romansu… Może by mi było łatwiej? Uroda jeszcze dopisuje, raz czy drugi usłyszałem komplement od koleżanki z pracy… Ale nie umiem, nie wyobrażam sobie innej kobiety przy boku. Dla mnie Zosia jest najlepsza, tylko jak przywrócić dawne szczęście? Pewnie wybaczyłbym jej to szaleństwo, choć trudno z tym żyć. Może to prawda, iż mężczyźni i kobiety kochają inaczej nigdy nie wiadomo, co komu siedzi w głowie.

Myślę o naszej młodości i robi mi się smutno i ciepło zarazem. Wtedy byliśmy biedni, ale szczęśliwi mieszkaliśmy w jednym pokoju w akademiku, liczyliśmy każdy grosz od wypłaty do wypłaty, zamiast na kolację chodziliśmy do kina, a szczęście mieściło się w kubku herbaty i uśmiechu Zosi. Jak gwałtownie to minęło Dziś mamy wszystko, co trzeba, ale ja czuję się samotny jak nigdy wcześniej. Z kim miałbym o tym porozmawiać? Wstyd, a może za dużo już czasu minęło.

Pewnego wieczoru siedziałem zamyślony, kiedy zobaczyłem światła samochodu żony wjeżdżającej na podwórze. Zaparkowała powoli, weszła do garażu, potem przyszła do domu.

Grzesiek, gdzie jesteś? zapytała, zapalając światło w kuchni.

Tutaj, zamyśliłem się powiedziałem cicho, choćby nie zauważyłem, iż zrobiło się ciemno.

Co za pogoda! Ledwo dojechałam, śnieg po pas. Chodź, zjemy coś, a potem opowiem ci coś ciekawego.

Przy kolacji spojrzała na mnie z uśmiechem.

Słuchaj, niedługo Sylwester, a ja mam dla nas niespodziankę.

Zadrżałem ostatnio nie lubiłem niespodzianek…

Jaką niespodziankę? zapytałem z duszą na ramieniu.

Zosia przeciągała moment, rozbawiona moim napięciem.

Zobacz wstała, wróciła z korytarza z kopertą. Kupiłam nam dwa bilety nad morze. Lecimy do Sopotu, Sylwestra spędzimy nad samym Bałtykiem, ot tak, pod palmami w hotelowym ogrodzie uśmiechnęła się tym samym, dobrze mi znanym ciepłym uśmiechem.

Jakby kamień spadł mi z serca. Wreszcie poczułem odrobinę szczęścia.

Zawsze miałem ochotę na takie zimowe wakacje… Wiesz, Zosia, myślałem, iż już mnie nic nie zaskoczy. Ale to brzmi cudownie! wybuchnąłem śmiechem.

Pomysł podsunął mi Piotrek, ale i sama chciałam, żebyśmy pobyli razem tylko we dwoje. Spakuj się, po prostu! dodała.

Wszystko nagle zaczęło się jakoś układać. Polecieliśmy do Sopotu, tam przywitaliśmy Nowy Rok w cieple i radości, wróciliśmy szczęśliwi. Zauważyłem, iż Zosia częściej teraz myśli o mnie, stara się, nie zapomina zadzwonić czy uprzedzić, jeżeli zostaje gdzieś dłużej.

Może naprawdę, zanim zacznie się wymagać miłości od innych, trzeba pierwszy raz pokochać samego siebie. Dziś wiem, iż choćby jeżeli los rzuca nam pod nogi kłody, warto stanąć po swojej stronie i zaufać sobie. To był mój osobisty wniosek i nadzieja, iż wszystko może się jeszcze ułożyć.

Idź do oryginalnego materiału