- O tym wyjeździe marzyłam od lat – mówi Monika, matka trójki dzieci. – W końcu mieliśmy pojechać w góry sami. Kocham swoje pociechy, ale ja też potrzebuję czasu dla siebie, a z nimi to niestety niemożliwe, ciągle czegoś od mamy potrzebują.
Monika pochodzi z wyżynnego obszaru Polski, niedaleko jej domu była spora góra, podczas śnieżnych zim stawała się miejscem, gdzie okoliczne dzieci i młodzież urządzały sobie zjazdy na sankach i nartach.
- Jeszcze w szkole średniej jeździłam podczas ferii na obozy sportowe w góry – przyznaje Monika. – Fajnie się szusowało, ale to nie jest sport dla wszystkich. Nieprzygotowany człowiek może sobie zrobić krzywdę. Byłam świadkiem, jak mój kolega zaczął się popisywać i skończyło się poważnym złamaniem nogi, w dwóch miejscach. Długo do siebie dochodził, zanim wrócił do dawnej formy. Od tamtej pory mam głęboki szacunek do gór i ich praw. Jazdę na nartach traktuję poważnie.
Mąż Moniki, Mariusz, na co dzień ma pracę, która wymusza ślęczenie przed ekranem komputera, a co za tym idzie, siedzący tryb życia. Mężczyzna często musi zostawać w swojej firmie po godzinach.
- Gdy mąż studiował, był bardzo aktywny fizycznie – wspomina kobieta. – Grał w tenisa stołowego, jeździł na rowerze, pływał na kajakach i nurkował. No ale wiadomo, pojawiły się dzieci, praca. Mariusz postawił na pierwszym planie zarabianie na utrzymanie rodziny i sport poszedł w odstawkę. Choć uczył dzieci pływać, grał z nimi w piłkę, uczył jazdy na rowerach, to było z reguły tylko w letnie wakacje.
Monika i Mariusz, mimo iż byli wówczas po 40-tce, utrzymali dość smukłe sylwetki. Dbali, aby w ich diecie nie było śmieciowego jedzenia. Monika, która przez lata zajmowała się tylko wychowywaniem dzieci i prowadzeniem domu, poświęcała szczególną uwagę zdrowemu odżywianiu.
- Studiowałam dietetykę, ale zaszłam w ciążę i przerwałam naukę. Wiem jednak, iż nadwaga, czy potem otyłość to przyczyna około 200 chorób – mówi Monika. – Rozsądne jedzenie, a potem ruch, dają największą gwarancję na długie i dobre zdrowie. Mam nadzieję, iż przekazałam to przekonanie moim dzieciom, które już zaczynają żyć na swoje konto. Mojego męża, choć nie ma takiej świadomości, nie interesowały wartości odżywcze moich potraw. Miał mieć w domu smacznie i się najeść. No i się najadał, ale zdrowo. Mariusz skupiał się na pracy zawodowej, nie raz podkreślał, iż kuchnia to moje królestwo, a jego reszta.
Monika przywykła, iż Mariusz nie liczy się z jej zdaniem w innych dziedzinach, niż prowadzenie domu i wychowywanie dzieci. Lubiła być panią domu i mamą, ale gdy potomstwo podrosło, poczuła się niepotrzebna i trochę niedoceniona. Żałowała, iż nie skończyła studiów.
- Dzięki wysiłkom Mariusza nie potrzebowaliśmy dodatkowych pieniędzy – przyznaje. – Ale nie zamierzałam siedzieć w pustym domu, lubię być aktywna. Zaczęłam pracę w salonie odnowy biologicznej przyjaciółki. Mam swoją pensję, uczę się nowych rzeczy, jestem między ludźmi. Dzięki temu czuję się młodziej, mam więcej energii. Chciałam jak za dawnych lat, znowu zacząć cieszyć się życiem. Za to u męża, nastąpił pewien kryzys. Jego wspólnik dostał zawału, Mariusz bardzo się przestraszył. Myślę, iż dotarło do niego, iż nie jest nieśmiertelny.
Mężczyzna poszedł na badania, wykupił kompleksowy pakiet medyczny. Wyniki nie były złe, ale lekarz sugerował aktywniejszy tryb życia.
- Mariusz zamknął się w sobie – mówi Monika. – Niepokoiła mnie ta jego milcząca obecność. Niby był ze mną, ale myślami błądził, Bóg wie gdzie. To co dawniej sprawiało mu radość, przestało. choćby bycie szefem w swojej firmie, już nie napawało go dawną dumą. Gdy pytałam co w pracy, zamiast opowieści o nowych projektach, zamówieniach, machał ręką i odpowiadał, „a co ma być”, „dobrze, jak zwykle”.
Kryzys wieku średniego
To dla Moniki był znak, iż jest źle. Powiedziała o depresyjnym zachowaniu męża koleżankom w pracy. Doświadczone mężatki, w średnim wieku zaczęły ją uspakajać i radzić, by znalazła mężowi nowy cel w życiu. Coś co na nowo sprawi mu radość.
- To był świetny pomysł, zaproponowałam wspólny wypad w góry – opowiada Monika. – Sama też marzyłam o tym od dawna. Pokazałam Mariuszowi stronę fajnego pensjonatu. Były tam piękne okolice, atrakcje narciarskie, bardzo dobrze wyglądające łagodne stoki, wyciągi narciarskie, bogata oferta gastronomiczna, choćby sauny. Dla mnie ważnym atutem była też niezbyt daleka odległość od naszego miasta.
Mariusz, z początku podszedł do propozycji żony dość obojętnie. Ale już na drugi dzień zmienił zdanie i zapalił się do tego pomysłu. Sam zaczął planowanie zimowego wypadu. Wybór żony odrzucił. Chciał wyzwań.
- Po pierwsze wybrał inne miejsce, kawał drogi od domu, bo w Austrii – mówi Monika. – Nie protestowałam, bo byłam zadowolona, iż go w ogóle coś zainteresowało. Wykupił drogi hotel, z bardzo atrakcyjną ofertą dla gości. Pomyślałam super, skoro Mariusz uważa, iż nas na to stać.
Monika postanowiła nie kupować nart i butów, tylko je wypożyczyć na miejscu, nie wiedziała czy ich eskapada to coś stałego, czy tylko jednorazowy wypad. Za to Mariusz nie zamierzał się ograniczać.
- Oniemiałam, gdy zobaczyłam jaki sprzęt sobie kupił - relacjonuje Monika. – Na same narty wydał kilka tysięcy. Stwierdziłam, iż to nie za bardzo przemyślany zakup, przecież nie wie czy akurat ten rodzaj sportu mu pasuje. Tłumaczyłam, iż narty też dobiera się do umiejętności, stylu jazdy. Mariusz się wkurzył. Stwierdził, iż się nie znam. Już nie dyskutowałam, iż znam się bardziej niż on, bo kilkanaście zim, jeździłam regularnie na nartach. On nigdy. Mieszkał na Mazowszu, to płaski region, nie miał gdzie ćwiczyć, gdy był nastolatkiem.
Mężczyzna nie skończył na zakupie markowych i kosztownych nart. Reszta jego sprzętu oraz odzieży sportowej, też była z „górnej półki”. Postanowił na miejscu wynająć osobistego instruktora jazdy na nartach. Chciał mieć pewność, iż perfekcyjnie opanuje technikę szusowania.
Mierz siły na zamiary
- To, co robił Mariusz graniczyło już z jakimś obłędem. Opowiadał o tym wyjeździe znajomym, przechwalała się wkoło – przyznaje Monika. – Ale gdy się zastanowiłam, to wolałam go w stanie takiej ekscytacji, niż gdy był milczy, przygnębiony. Postanowiłam więc nie martwić się na zapas i cieszyć pierwszą wyprawą z mężem w na narty góry. Nie narzekać, ani go nie upominać. Nie był przecież dzieckiem. Miałam się zamiar świetnie bawić.
Każdego dnia przed wyjazdem Monika ćwiczyła w domu. Przez ponad pół godziny robiła przysiady i wykroki. Chciała na sucho przygotować ciało do przeciążeń na stoku. Proponowała Mariuszowi, aby do niej dołączył, ale ją wyśmiał. Stwierdził, iż jego kondycja jest bez zarzutu, a techniką jazdy zajmie się prawdziwy trener. Więc Monika odpuściła, skoro wiedział lepiej.
Pogoda dopisała. W górach był śnieg, było pięknie. Ich pokój oraz hotel robiły bardzo dobre wrażenie. Po spokojnie przespanej nocy w wygodnym łóżku, para zjadła smaczne śniadanie i wyruszyła na zbocze. Było już wielu amatorów nart.
- Hotel był na wzniesieniu, to była tak zwana ośla łączka z wyciągiem dla początkujących i tym samym wyciągiem wracali goście z dalszych tras narciarskich. Tu mąż miał się uczyć - mówi Monika. – Mariusz wyglądał, jakby wykupił pół żurnala z modą sportową. Zaczęłam rozgrzewkę, a mąż od razu zajął się nakładaniem nart. Zwróciłam mu uwagę, żeby poczekał na instruktora. Powiedział, iż wie co robi i żebym przestała wiecznie go pouczać, bo widzi jak ludzie jeżdżą i jest to proste.
Monika poczuła się dotknięta, zamilkła. W tym czasie jej mąż przypiął narty i ruszył w dół.
- Jego przygoda na nartach trwała dokładnie kilka minut – opowiada rozgoryczona kobieta. – Zaczął jechać na tak zwaną krechę, nabrał prędkości, przestraszył się i zwyczajnie się wywrócił. Usłyszałam jego krzyki i wiedziałam, iż się doigrał. Pobiegłam na ratunek. Górscy ratownicy zabrali skuterem pod hotel i karetka pogotowia zabrała go do szpitala. Miał załatwione prawe kolano, zerwał więzadło. Mariusz musiał mieć operację. Dobrze, iż mieliśmy ubezpieczenie.
Rehabilitacja trwała dość długo. Mariusz oczywiście znajomym nigdy nie powiedział prawdy. Snuł opowieści o tym, jak na trudnej trasie podciął go początkujący narciarz. Nie dał sobie powiedzieć ani słowa o tym, iż wypadek miał na własne życzenie, iż powinien czekać na instruktora, a nie uważać, iż zawsze jest najmądrzejszy.
- Nie przyjmuje do wiadomości, iż ten wyjazd to była porażka. Dla mnie jest zwyczajnie śmieszny, mam wrażenie, iż wyszłam za mąż za małego chłopca – mówi Monika. - Najbardziej się denerwuje, kiedy wypominam mu zakup drogiego sprzętu, iż mnie nie posłuchał i wywalił tyle pieniędzy w błoto. Dlaczego nie potrafi przyznać mi racji? Powiedzieć zwykłego „przepraszam”. Zepsuł nam cały urlop, straciliśmy masę pieniędzy. Ta historia zaważyła na moim małżeństwie. Jakoś patrzę już na Mariusza inaczej. Właśnie przez to, iż nie umie przyznać się do błędu.










![Ponad 400 wolontariuszy, licytacje i koncerty. Olsztyn gotowy na 34. Finał WOŚP 2026 [PROGRAM]](https://static.olsztyn.com.pl/static/articles_photos/45/45858/d08f88e74438033c4a489b7bbbc500f2.jpg)

