Podpisy na klatce: sąsiedzki konflikt, nocny hałas i cienka granica między empatią a zniecierpliwien…

twojacena.pl 5 dni temu

Podpisy na klatce

Seweryn przystanął przy skrzynkach na listy, bo na tablicy ogłoszeń, gdzie zwykle wisiały informacje o przeglądach liczników albo zaginionych kotach, pojawiła się nowa kartka. Przypięto ją krzywo pinezkami, jakby ktoś się spieszył. Na górze wielkimi literami: Zbiórka podpisów. Trzeba podjąć działania. Niżej nazwisko z piątego piętra i krótka lista zarzutów: nocne hałasy, stukoty, krzyki, łamanie ciszy nocnej, zagrożenie bezpieczeństwa. Pod spodem już widniały podpisy jedne kanciaste, inne energicznym pismem.

Przeczytał dwa razy, choć przekaz był jasny od razu. Dłoń sięgnęła po długopis w kurtce, ale Seweryn zatrzymał się. Nie dlatego, iż był przeciwny sprawie. Po prostu nie lubił, kiedy ktoś go naginał do czegoś. W tym bloku mieszkał od dwunastu lat i nauczył się trzymać z boku od sąsiedzkich wojen, tak jak od przeciągu. Miał własne zmartwienia: serwis samochodowy, pracę zmianową, matkę po udarze na drugim końcu miasta, nastoletniego syna, który czasem milczał tygodniami, a czasem wybuchał o byle co.

Na klatce było cicho, tylko gdzieś wyżej zaszumiały drzwi windy, głucho zamykając się na piątym piętrze. Seweryn ruszył na swoje czwarte, sięgnął po klucz, ale przed wejściem obejrzał się jeszcze na schody prowadzące w górę. Tam, na piątym, mieszkała pani Walentyna Nowak. Lekko po pięćdziesiątce, z wyglądu sucha, silna, zawsze z krótkimi włosami i ciężkim spojrzeniem. Rzadko witała się pierwsza, a na dzień dobry odpowiadała, jakby ją to irytowało. Seweryn najczęściej widywał ją z reklamówkami z Biedronki, czasem z wiadrem, gdy myła podłogę obok swojego mieszkania. Bywało, iż w nocy rzeczywiście stamtąd dochodziły odgłosy: grzmot, krótki krzyk, przeciągnięcie czegoś po panelach.

Na grupie osiedlowej był tylko, gdy musiał głównie przewijały się tam spory o parkowanie i śmietniki. Jednak ostatnie tygodnie żyły jednym tematem.

Znów o drugiej w nocy hałas! Dziecko się przestraszyło!

Mam zmianę od siódmej. Potem cały dzień jestem zombie. Ile można?

To nie hałas, ona meble przesuwa. Ja słyszałam.

Dzwonić na policję, cisza nocna obowiązuje.

Seweryn przeglądał te wpisy, nie odpisywał. Nie był święty. Też budził się po nocnym grzmocie i leżał, z narastającym w piersi irytacją. W takich chwilach pragnął, żeby to ktoś inny poszedł a on rano przeczyta tylko: Sprawa załatwiona.

Wieczorem jednak napisał krótko: Kto zbiera podpisy? Gdzie jest lista?

Odpowiedziała przewodnicząca klatki, pani Antonina Radwańska z trzeciego. Na parterze na tablicy. Jutro o dziewiętnastej u mnie w mieszkaniu spotkanie. Trzeba działać póki czas.

Seweryn odłożył telefon. Poczuł znajome uczucie z czasów zebrań szkolnych: wszystko już załatwione, teraz tylko chcą twój podpis.

Następnego dnia spotkał panią Walentynę Nowak na schodach. Wspinała się dźwigając dwie ciężkie torby, dyszała urwanie, nie prosiła o pomoc. Seweryn i tak zabrał jedną bez pytania.

Nie trzeba rzuciła ostro.

Pomogę odpowiedział, idąc obok.

Do drzwi nie powiedziała nic więcej; dopiero tam wyrwała sklepową torbę z jego rąk.

Dziękuję padło chłodno, bardziej jak odnotowanie w dzienniku obecności niż wdzięczność.

Już odwracał się, gdy zza drzwi jej mieszkania doszedł dziwny dźwięk jakby ktoś ciężko oddychał, pojękiwał. Pani Walentyna zesztywniała, klucz zadrżał w zamku.

Wszystko w porządku? zapytał Seweryn, nie wiedząc nawet, po co.

Tak, normalnie rzuciła krótko i gwałtownie zamknęła drzwi.

Wrócił na czwarte, ale ten dźwięk zostawał w głowie. Nie był to hałas, nie było muzyki raczej ciężkie, ludzkie westchnienie.

Kilka dni później na drzwiach pani Walentyny pojawiła się kartka, przylepiona taśmą. Seweryn zobaczył ją rano, wynosząc śmieci. DOSYĆ NOCNYCH HAŁASÓW. NIE MUSIMY TEGO ZNOSIĆ. Litery wyrysowane grubym markerem, z energią i złością.

Chwilę patrzył na papier. Taśma lśniła jak świeża rana. Przypomniało mu się, jak w dzieciństwie na drzwiach ich mieszkania też pisali gdy ojciec wracał pijany i krzyczał. Wtedy nienawidził najbardziej sąsiadów tych, którzy udawali, iż nic nie widzą, aż zaczynali szeptać po kątach.

Wszedł na piąte, nasłuchiwał. Za drzwiami cisza. Nie zadzwonił. Zdjął ostrożnie kartkę, złożył i schował do kieszeni. Potem wyrzucił ją do śmietnika na zewnątrz, żeby nikt nie znalazł.

W międzyczasie czat osiedlowy robił się coraz ostrzejszy.

Robi to specjalnie. Ma ludzi gdzieś.

Trzeba takich wysiedlić. Niech mieszka w domku na wsi.

Dzielnicowy mówił konieczne wspólne zgłoszenie.

Seweryn zauważył, jak ze słów hałas i zakłócanie spokoju gwałtownie rodzi się takich. Już nie chodziło o pojedyncze zdarzenia, tylko człowieka jako problem.

W sobotę wrócił z warsztatu późno. W windzie czuć było tani odświeżacz i niedawny dym papierosowy. Wysiadł na swoim, czwartym, i z góry usłyszał głuchy łomot, potem drugi. Nie jak podczas remontu, a jakby ktoś upadł. I kobiecy głos, cichy, ale wyraźny:

Trzymaj się zaraz

Wszedł na piąte. Przed drzwiami pani Walentyny świeciło światło spod progu. Zapukał.

Kto tam? głos spięty.

Seweryn. Z czwartego. U pani wszystko

Drzwi uchyliły się na łańcuchu. Pani Walentyna stała w szlafroku, na policzku czerwony ślad jakby świeżo ogarnięta mokrą dłonią.

Wszystko. Proszę wrócić rzuciła.

Z wnętrza mieszkania dobiegło charczenie.

Seweryn nie wytrzymał:

Może pomóc?

Spojrzała na niego, jakby oferował jałmużnę.

Nie trzeba. Mam sytuację pod kontrolą.

Kto tam jest

Mój brat. Nieruchomy powiedziała szybko, jakby maczetą odcięła temat. Proszę wyjść.

Zamknęła.

Seweryn został na korytarzu i poczuł walkę w sobie: odejść, bo poproszono? Czy zostać, bo wie już za dużo? Zszedł niżej, ale nocą długo nie mógł zasnąć. W głowie krążyło słowo nieruchomy. Wyobrażał sobie człowieka, którego trzeba dźwigać, wołać karetkę, obrócić, zmienić pozycję, okleić łóżko. I sąsiadów, którzy pod spodem złoszczą się na każdy stuk.

Na spotkanie u pani Antoniny Radwańskiej poszedł nie z ciekawości, tylko z poczucia, iż inaczej będzie mu głupio. O umówionej siódmej pod drzwiami zebrało się kilka osób. Jedni w klapkach, inni w kurtce, jakby to miała być szybka sprawa. Mówili półgłosem, atmosfera była napięta.

Antonina wciskała wszystkich do małej kuchni. Na stole lista z podpisami, obok wydruk o ciszy nocnej i namiary do dzielnicowego.

Sytuacja jest jasna zaczęła. Nie możemy dłużej tego znosić. Mamy dzieci, mamy prace. Ja przez nią codziennie mam złe ciśnienie, bo noc nieprzespana. Nie jesteśmy przeciwko człowiekowi, ale są zasady, których się trzymamy.

Seweryn zauważył, jak sprytnie podkreśliła nie przeciwko człowiekowi, co od razu dało ulgę kilku osobom.

O drugiej znów mnie obudziło odezwała się młoda kobieta z szóstego, wyglądająca na wykończoną. Mały spał dopiero co. Potem aż do rana go tulę.

Ja mam po operacji ojca dorzucił facet w sportowej bluzie. Nie może się denerwować. Słyszy te łomoty i panikuje, iż pożar.

Trzeba dzwonić na policję za każdym razem wtrącił ktoś. Niech dokumentują.

Seweryn słuchał. Wiedział, iż nie przesadzają. Oni naprawdę byli zmęczeni. W tym tkwiła ich siła.

Kto próbował z nią rozmawiać? zapytał.

Ja odpowiedziała Antonina. Odpyskowała. Powiedziała, iż możemy się wyprowadzić, jak nam nie pasuje.

Ona zawsze taka dorzuciła matka z szóstego. Jakby jej wszystko należało.

Seweryn chciał opowiedzieć o bracie, ale zawahał się. To nie jego sprawa. A milczenie też było wyborem.

Może coś u niej… zaczął.

Każdy ma coś ucięła Antonina. Ale nie hałasujemy przecież.

Wtedy w przedpokoju zadźwięczał dzwonek. Antonina odeszła do drzwi. Do kuchni weszła pani Walentyna Nowak. W ciemnej kurtce, ze spiętymi włosami, trzymała teczkę i telefon. W twarzy nie było strachu, raczej znużenie.

Rozumiem, iż o mnie mowa powiedziała.

W kuchni zrobiło się duszno jak w świetlicy podczas spotkania wspólnoty.

Rozmawiamy o sytuacji poprawiła Antonina. Utrudnia nam pani życie.

Ja utrudniam powtórzyła Walentyna i skinęła głową. Dobrze. To posłuchajcie.

Położyła teczkę na stole, otworzyła. Wyjęła papiery, zaświadczenia, jakieś odpisy, wyświetliła coś na telefonie.

To jest mój brat. Ma pierwszy stopień niepełnosprawności. Wylew. Nie chodzi, nie siada. Nocami łapie duszności, spada z łóżka, jeżeli nie zdążę. Przewracam go co dwie godziny, żeby nie dostał odleżyn. To nie przesuwane meble. To ja podnoszę dorosłego mężczyznę, cięższego ode mnie.

Mówiła spokojnie, ale w głosie drżał zmęczony, żelazny ton. Seweryn zauważył siniaki na przedramieniu pewnie od dźwigania.

Wzywałam karetkę trzy razy w tym miesiącu. Pokazała ekran telefonu. Tu zaświadczenia. Tu zalecenia lekarza. Nie muszę wam tego pokazywać, ale ktoś zbiera podpisy, jakbym robiła tu dyskotekę.

Ktoś zakaszlał. Matka z szóstego spuściła wzrok.

Nie wiedzieliśmy mruknęła cicho.

Nie wiedzieliście, bo nie zapytaliście urwała Walentyna. Pisaliście po drzwiach. Wylewaliście na mnie pomyje na czacie. Chcieliście podjąć środki. Jakie? Żebym wystawiła brata na klatkę?

Nikt tak nie mówił! wybuchła Antonina. Ale jest prawo. Po jedenastej nie wolno hałasować.

Prawo, prawo Walentyna prychnęła. Dobrze. To zgodnie z prawem następnym razem będę wzywać karetkę i policję równocześnie, żeby spisali, iż podnoszę człowieka. I podpisywał ktoś, iż wszyscy słyszeli? Chcecie być świadkami?

To mamy wytrzymać? facet w bluzie się przerwał, głos mu się załamał. Seweryn zrozumiał, iż jest na granicy. Powiedziałem, iż chory mam domownika. Nie mogę noc w noc słuchać, jak tam upada.

A ja mogę? spojrzała Walentyna prosto. Myślicie, iż mi to pasuje? Że nie chciałabym spać?

Zaległa cisza ciężka jak powietrze przed burzą. Seweryn poczuł, iż ciągnie go do wypowiedzenia czegoś prostego, by rozładować napięcie ale nie było prostych słów.

Antonina westchnęła ciszej:

Pani Walentyno, rozumiem, iż pani również jest ciężko. Gdybyśmy wiedzieli

Co by to zmieniło? Że brat może umrzeć w nocy? Zamknęła teczkę. Nie umiem prosić. Zresztą i tak nie mam kogo.

Seweryn zrozumiał, iż to prawda. Żyli obok, ale nie byli razem. Byli tylko drzwiami.

Spokojnie, bez awantur powiedział w końcu chrapliwie. Albo się tu pozagryzamy, albo spróbujemy rozwiązać to po ludzku.

Spojrzenia skierowały się na niego. Nie lubił być w centrum, ale już za późno się chować.

Nie podpisałem dodał. I nie podpiszę. Bo to nie jest rozwiązanie problemu, tylko robienie z sąsiadki wroga. Ale i udawać, iż nic nie słychać, nie możemy ludziom zdrowie szwankuje.

Antonina zmarszczyła usta.

Co proponujesz? zapytała.

Seweryn pomyślał o tamtej nocy na klatce.

Po pierwsze: kontakt. Pani Walentyno, jeżeli znowu w nocy będzie akcja, proszę napisać na czat: Karetka, Atak bez tłumaczenia się, by wszyscy wiedzieli, iż nie toczy się tu remont.

Nie muszę się tłumaczyć! fuknęła, ale zawiesiła na nim dłużej wzrok. Zastanowię się, jeżeli dam radę.

Po drugie do sąsiadów jeżeli ktoś usłyszy ostre łomoty, zamiast od razu dzwonić na dzielnicowego, niech najpierw zadzwoni lub zapuka. Bez pretensji spytać, czy nie potrzebna pomoc. jeżeli nie otworzy wtedy podejmujemy dalej.

A jeżeli znów nas ofuka? padło pytanie.

Będziecie wiedzieli, iż zachowaliście się po ludzku powiedział twardo Seweryn. To ważne. Dla was, nie dla niej.

Antonina wykrzywiła usta, ale nie odpowiedziała.

I jeszcze jedno zwrócił się do Walentyny. Może uda się podkleić pod krzesła, łóżko gumowe podkładki, odsunąć bed od ściany. Mogę pomóc przestawić.

Na chwilę zapadła cisza. Pani Walentyna twarz miała już łagodniejszą o kilka tonów:

Łóżka nie przesunę. Jest podnośnik przykręcony do ramy. Ale podkładki można. I jeszcze urwała jeżeli ktoś mógłby czasem posiedzieć w ciągu dnia godzinę, żebym mogła wyjść do apteki albo po receptę, to

Nie dokończyła. W kuchni ktoś się ruszył.

W środę mogę, odezwała się niespodziewanie matka z szóstego, wciąż czerwona na twarzy. Moja mama popilnuje małego. Przyjdę na godzinę.

Ja też mogę odezwał się sportowiec. Byle nie w nocy. Dniem pomogę podnieść, jak zajdzie potrzeba.

Seweryn poczuł, jak napięcie opada nie znika, ale przybiera inną formę.

Antonina przesunęła listę z podpisami.

Co z tym? zapytała.

Seweryn spojrzał na znajome nazwiska, w tym tego sąsiada, który zawsze się uśmiechał w windzie.

Uważam, iż trzeba to zdjąć z tablicy. jeżeli ktoś chce zgłaszać oficjalnie, niech zrobi to sam z konkretną datą, nie na zasadzie podjąć kroki.

Czyli jesteś przeciw porządkowi? Antonina nacisnęła na każde słowo.

Jestem za porządkiem powiedział Seweryn. Ale porządek nie może być pałką.

Pani Walentyna podniosła wzrok.

Zdejmijcie to poprosiła. Nie chcę co rano widzieć swojego nazwiska pod podpisać się przeciwko.

Antonina powoli schowała listę do teczki. Seweryn nie wiedział z szacunku, czy bo poczuła, iż sala już myśli inaczej niż dwadzieścia minut temu.

Po zebraniu sąsiedzi rozchodzili się milcząco. Na klatce ktoś próbował zażartować, ale kawałek umarł w powietrzu. Seweryn stał na swoim piętrze, pani Walentyna wyszła razem z nim.

Pan niech się nie miesza rzuciła.

Może i nie odpowiedział. Ale nie chciałem, żeby sprawa trafiła na policję i do gazet.

Tam i tak się skończy, westchnęła. Jak będzie gorzej.

Seweryn miał zapytać, jak brat ma na imię, ale nie zdobył się. Powiedział tylko:

jeżeli w nocy będzie potrzeba podnieść proszę zapukać. Jestem obok.

Kiwnęła głową nie patrząc na niego.

Następnego dnia listy już nie było na tablicy. Ale na czacie pojawiły się nowe ustalenia. Antonina napisała: Uzgodnione: w razie pilnej potrzeby pani Walentyna informuje na czacie. Pomoc wg możliwości, chętni proszę do mnie.

Seweryn zdziwił się słowu grafik. Brzmiało zbyt uroczyście jak na ich blok. A jednak po godzinie w czacie pojawiły się kolejne wiadomości: kto może w poniedziałek, kto w piątek. Ktoś nie odpowiadał, ktoś się wycofywał.

Pierwszej nocy po spotkaniu hałas i tak był. Seweryna obudził łomot. Spojrzał na zegar: 02:17. niedługo na czacie krótko napisała pani Walentyna: Atak. Karetka w drodze. Bez namiastek, bez wyjaśnień.

Leżał, słuchał kroków na schodach, stukania drzwi. Wyobrażał sobie, jak pani Walentyna dźwiga brata, by się nie udusił. I chociaż złość nie znikała, pojawiło się jeszcze coś innego, ciężkiego i cichego.

Rano w windzie spotkał Antoninę. Była wyraźnie zmęczona.

Znowu nocne hałasy rzuciła.

Była karetka odpowiedział cicho Seweryn.

Widziałam. Zamyśliła się. Nie wiedziałam, iż u niej aż tak. Ale przyznam ja naprawdę nie śpię. Mam chore serce.

Seweryn skinął głową. Nie mógł jej rozterek rozwiązać.

Może stopery do uszu? zaproponował, zdając sobie sprawę z bezradności tego pomysłu.

Stopery Antonina uśmiechnęła się z lekkim smutkiem. Do czego to doszło.

Tydzień później Seweryn zawitał do pani Walentyny, jak obiecał. Niósł ze sobą pakiet gumowych podkładek do nóżek mebli i gruby chodniczek kupiony w Castoramie. Drzwi się otworzyły natychmiast, jakby czekała.

We wnętrzu pachniało lekarstwami, czuć było lekką kwaśność, jakby ze szpitala. Łóżko stało przy ścianie, na nim leżał mężczyzna, chudy, z zastygłym spojrzeniem. Obok domowej roboty konstrukcja z pasami i stalową rurą przymocowana do ramy. Seweryn zrozumiał, dlaczego nie da się przestawić łóżka.

To podkładka żeby mniej dudniło wyjaśnił. Przyklei się pod łóżko i pod stołek.

Stołkiem trącam, jak już stawiam miskę stwierdziła cicho. Ręce już nie te

Zamilkła, patrząc na popękane dłonie.

Seweryn pomógł podłożyć matę, ostrożnie, by nie uszkodzić podnośnika. Czuł, jak spinają mu się plecy. Pani Walentyna dbała, by nie dotknąć pasów.

Dziękuję powiedziała, tym razem jakby z ulgą.

Już miał wychodzić, gdy zadzwonił telefon. Pani Walentyna odebrała, jej twarz pociemniała.

Nie mogę teraz wyszeptała. Tak, wiem Nie.

Odłożyła.

Miejski Ośrodek Pomocy. Powiedzieli, iż opiekunka na dwie godziny tygodniowo, a i tak kolejka. A ja codziennie muszę…

Seweryn nie znalazł słów. Wiedział, iż ich grafik to tylko prowizorka.

Wieczorem ktoś w czacie napisał: A czemu mamy pomagać? To ich rodzina. Niech załatwią oficjalnie. Wiadomość wywołała dyskusję. Część próbowała tłumaczyć, część się oburzała, niektórzy tylko stawiali kropki.

Seweryn nie odpowiadał. Poczuł zmęczenie nie panią Walentyną, ale tym, iż każda próba empatii wywołuje dyskusję o sprawiedliwości.

Kilka dni później na parterze pojawiła się nowa kartka. Nie było już działań, tylko tabelka: dni tygodnia, godziny, nazwiska. Na dole numer telefonu pani Walentyny i notatka: W nagłych przypadkach nocą informuję na czacie. Kto może pomóc przy karetce lub przy dźwiganiu, proszę się odezwać. Wisiała równo.

Seweryn zdał sobie sprawę, iż ta kartka bolała go podobnie jak poprzednie podpisy. Tylko teraz bolał fakt, iż choćby czyjaś niepełnosprawność staje się punktem grafiku.

Którejś nocy dał się słyszeć znowu silny łomot. Seweryn wszedł na górę, usłyszał, jak pani Walentyna klnie pod nosem nie na ludzi, na ciało, które nie chce słuchać. Zapukał. Otworzyła natychmiast bez łańcucha.

Pomóż powiedziała szeptem.

Wsunął się. Zdejmując buty, stawiał je cicho obok. Brat leżał na podłodze, charczał. Seweryn i pani Walentyna razem go podnieśli powoli, w skupieniu. Ręce Seweryna drżały od wysiłku. Walentyna nie płakała, nie dziękowała. Po prostu poprawiła poduszkę, sprawdziła oddech.

Wyszedł na klatkę. Usłyszał cichy trzask, jakby ktoś na piętrze niżej uchylił drzwi, potem błyskawicznie je zamknął. Nikt nie przyszedł, nikt nie spytał. Cała klatka jakby wstrzymała oddech.

Rano spotkał sąsiada z listy, Witka z mieszkania koło windy. Witek odwrócił wzrok.

Słuchaj mruknął podpisałem, bo już nie wytrzymywałem. Ale nie wiedziałem, naprawdę Ja bym nie

W porządku Seweryn nie chciał ciągnąć tematu. Teraz ważniejsza jest przyszłość.

Witek kiwnął głową, choć w twarzy miał tę upartość kogoś, kto sam sobie nigdy nie przyzna się do błędu.

Kompromis działał nieidealnie, z lukami, ale działał. Od czasu do czasu w nocy na czacie pojawiały się krótkie wiadomości: Karetka, Upadek. Ludzie coraz rzadziej pisali ostre komentarze w środku nocy, bardziej rano, gdy opadły emocje. Faktycznie ktoś pomagał w dzień, inni znikały po jednej wizycie. Antonina prowadziła tabelkę, czasem z lukami.

Seweryn zauważył, iż na klatce niemal zniknęły przypadkowe rozmowy. Sąsiedzi się mijali, pozdrawiali się, ale ostrożniej jakby każde słowo mogło znów wywołać konflikt. Nie wisiały groźby, ale lekkość była już niemożliwa. choćby przy dyskusjach o żarówkach w piwnicy czuć było w głosach: Byle nie zaczynać od nowa.

Pewnego wieczoru Seweryn wracając spotkał panią Walentynę przy windzie. Trzymała reklamówkę z lekami i mały termos. Twarz miała poszarzałą ze zmęczenia.

Jak brat? spytał.

Żyje odparła. Dziś spokojniej.

Podjechali razem. Na czwartym Seweryn wysiadł, zawahał się.

jeżeli coś, odezwał się proszę zapukać.

Skinęła głową. I nagle dodała:

Wtedy na zebraniu nie chciałam was wszystkich

Urwała, machnęła ręką.

Rozumiem odparł cicho Seweryn.

Drzwi windy zamknęły się. Został na korytarzu. Wszedł do środka, zdjął kurtkę, odstawił buty na swoje miejsce. W domu było cicho. Syn w słuchawkach, matka na telefonie pytała, kiedy przyjedzie.

Patrzył na ekran potem na drzwi, za którymi była klatka schodowa. Pomyślał o tych kartkach, które mogą ludzi zmieniać: jedna z nazwiskami przeciw, druga z nazwiskami tych, którzy pomogą na godzinę. Między nimi było mniej dystansu, niż między sąsiadami, którzy mijają się na korytarzu.

Na czacie ktoś napisał wieczorem: Dziękuję tym, którzy dziś pomogli. I prośba: nie poruszać prywatnych spraw. Masz pytania pisz na priv. Wiadomość gwałtownie utonęła w starych sporach o śmieci i windę.

Seweryn wyłączył telefon, poszedł do kuchni nalać wodę do czajnika. Wiedział, iż znowu może się obudzić w środku nocy od łomotu i wiedział też, iż już nigdy nie pomyśli tylko o sobie. Nie czyniło go to lepszym. Ale czyniło go uczestnikiem.

Idź do oryginalnego materiału