Marzena, to naprawdę ty? zdziwiłam się, kiedy dawna koleżanka ze szkoły otworzyła drzwi. Nie widziałyśmy się od roku, a ona nagle zadzwoniła i zaprosiła mnie w gości. Marzena nigdy nie była szczupła, zawsze była pulchna i nie wstydziła się tego: poślubiła ukochanego, urodziła syna, nie znała biedy. A teraz stała przede mną chuda, wyczerpana, z ciemnymi kręgami pod oczami.
Ile kilogramów już zrzuciłaś? spytałam.
Dwadzieścia, wchodź wskazała na kuchnię. Waga wciąż spada. Myślisz, iż mnie to cieszy? Dlatego cię przyzwałam.
Gdybyś nie wiedziała, co się dzieje, powinnaś wezwać nie mnie, a Zofię, bo ona u nas była lekarzem.
Badania zrobiłam nalała herbaty i spojrzała ze smutkiem. Wszystko w normie, nic nie znaleziono. Pamiętasz, jak opowiadałaś o swojej koleżance, Bognie, co się stało? I lekarze też nic nie znaleźli?
Tak przypomniałam, ale nie wierzyłaś wtedy.
Kiedyś nie wierzyłam, a teraz Stało się coś, czego nie wiem, w co wierzyć.
Opowiadaj nie mogłam się doczekać, co naprawdę przytrafiło się Marzennie.
Wszystko zaczęło się pół roku temu zaczęła, stałam w kuchni, kroiłam ogórki do sałatki. Nagle czas zdawał się zatrzymać. Kroję, kroję, a ogórek się nie kończy. Nie wierzyłam w nic niematerialnego, a teraz
interesujące wprowadzenie powiedziałam, kochająca tajemnice i niewytłumaczalne zjawiska.
Z niecierpliwością usiadłam wygodniej.
Nie zdążyłam się zorientować, co się dzieje, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Spojrzałam w wieszak nikogo. Może chłopaki się zabawiają? Otworzyłam drzwi, a pod stopą leżała paczka. Ostrożnie odsunęłam ją nogą, ale coś we mnie kazało zajrzeć w środku. Otworzyłam i zobaczyłam starą ikonę.
Stara, naprawdę stare potwierdziła Marzena, patrząc w moje oczy, nosiła ją mój wujek Paweł, który prowadzi antykwariat w Krakowie, i potwierdził autentyczność. Oferował mi za nią kilka złotych.
A ty? zdziwiłam się, bo Marzena nigdy nie chodziła do kościoła.
Przypomniałam sobie, jak babcia opowiadała o cudownej ikonie przy świętym źródle. Ta ikona sama pojawiała się przy źródle, trzy razy zanoszono ją do kościoła, a ona wracała z powrotem. Pomyślałam, iż skoro wybrała mnie, niech zostanie u mnie.
Niesamowite zachwyciłam się. Nie słyszałam, by w naszych czasach ikona sama wybierała właściciela.
Po tygodniu zaczęły się dziwne rzeczy westchnęła Marzena. najpierw mój kot, młody i zaszczepiony, zniknął jakby w tęczowy portal. Biegł za sztuczną myszą po całym mieszkaniu, a rano nie chciał wyjść, kiedy go wołałam. Pożegnaliśmy go na cmentarzu zwierząt.
Zanim zdążyłam pogodzić się z żalem, zadzwoniła mama z oddziału urazów: upadła i złamała nogę. Dzwonię do męża, proszę, żeby przywiózł ją do domu, a on mówi, iż dzisiaj go zwolnili, a nowa praca płaci ledwo ledwo.
Marzena, nie wydaje ci się, iż razem z tą ikoną przybyły do twojego domu kłopoty? zaniepokoiłam się.
Wszyscy tak mówili, a ja nie wierzyłam. Gdy proponowano mi pozbycie się ikony, myślałam, iż wszyscy mi zazdroszczą, iż znalazłam coś tak cennego przypadkiem.
Przypadkiem? wątpiłam. Pakunek pod drzwiami to podkład!
Czy pod ikoną może być podkład? dusiła się wątpliwością, bo przedstawiała na niej królową nieba.
To właśnie musimy odkryć pomyślałam, a teraz powiedz, co dalej?
Syn zachorował, leżał w szpitalu miesiąc. Ja zaczęłam chudnąć, myśląc, iż to stres, a jednocześnie biegałam po mieście: do sklepu, gotowałam coś pysznego i jeździłam do szpitala. Praca nie przestała, więc kręciłam się jak wkoło. Mąż przyjął inną pracę, ale zarabia połowę wcześniejszej. Kacper wyszedł ze szpitala, wszystko w porządku, a ja przez cały czas tracę kilogramy. Myślę, iż po pół roku zostanę w niczym. Przypomniałam historię Bogni, której lekarze też nic nie mogli zrobić.
Nie mogli potwierdziłam. Posłuchaj. Tu przed obroną dyplomu ja, moja przyjaciółka Tosia i jej kuzynka Zosia postanowiliśmy zrobić piknik nad Wisłą. Każda z nas miała swojego chłopaka. Chłopaki zgodzili się, pod warunkiem, iż nocleg w namiotach będzie nad brzegiem rzeki.
Po drodze zgubiliśmy się w gęstym lesie. Zosia pierwsza pobiegła i znalazła jedwabny szalik na gałęzi. Zawiązała go sobie na szyję i natychmiast wyznaczyła ścieżkę prowadzącą do rzeki.
To nie zwykły szalik zaśmiała się.
Lepiej nie brać cudzych, nie wiadomo, od kogo przeraziła się Tosia.
Nie, po prostu ktoś go zgubił, piękny i szczęśliwy, więc zostawię go sobie odparła Zosia.
Rozbiliśmy obóz, złapaliśmy ryby, kąpaliśmy się, gotowaliśmy zupę, piliśmy wódkę i śpiewaliśmy przy ognisku. Rano zbieraliśmy się do powrotu, a Zosia słabła, bolała ją głowa. Ledwo dotarliśmy do domu, bo jej chłopak Kacper niósł ją na rękach.
Zosia zaczęła wyniszczeć, nie zdała egzaminów, uczelnia ją zwolniła. Badania nic nie wykazały. Wtedy poszłam do matki Zosi i poprosiłam o szalik. Dała mi go, a ja pojechałam z nim do Królowej, małej wioski, gdzie mieszkała babcia Ustynia, znana z leczenia nieuleczalnych, kiedy lekarze już się poddawali. Babcia spojrzała na zdjęcie Zosi, na szalik i rzekła:
To podkład, choroba przeszła z szalika na ciało. Nie w ciele, a w energii. Dobrze, iż przybyłaś na czas, bo inaczej nie dałoby się nic zrobić.
Zamieść pod drzewem, za płotem, spaliła odrobinę i zrobić ziołowy wywar. Zosia wypiła, rozbawiła się i niedługo wyzdrowiała, wychodząc ze szpitala.
Może powinniśmy pojechać z tą ikoną do babci Ustyni? podniosła ducha Marzena.
Udałyśmy się tam, ale babci już nie było; przybyłyśmy na jej pogrzeb. Poznałyśmy jej córkę, zakonnicę Marię, która położyła ikonę w świętej wodzie, odmawiała modlitwę i zleciła, by przekazać ją do kościoła.
Marzena tak postąpiła, a wszystkie jej nieszczęścia zniknęły. Znowu nabrała sił, stała się piękniejsza. Niedługo urodziła córkę i nazwała ją Małgosią.











