Pewnego dnia zdecydowałem, iż przestaję zabierać moje córki na rodzinne spotkania po latach, kiedy nie zdawałem sobie sprawy, co adekwatnie się dzieje.
Moje córki, Zuzanna i Małgorzata, mają 14 i 12 lat. Już od podstawówki zaczęły się te niby zwyczajne komentarze:
Ale ona dużo je.
Ta sukienka zupełnie do niej nie pasuje.
Jest już za duża, żeby się tak ubierać.
Od małego trzeba pilnować wagi!
Na początku traktowałem to jako coś nieistotnego. Taki nieco szorstki, typowo polski styl rozmawiania. Myślałem sobie: No trudno, taka nasza rodzina bez ogródek.
Gdy dziewczyny były młodsze, nie potrafiły się bronić. Siedziały cicho, spuszczały wzrok, czasem uśmiechały się tylko z uprzejmości. Widziałem, iż jest im przykro ale wmawiałem sobie, iż przesadzam. Przecież na rodzinnych zjazdach zawsze tak było.
No i tak stół pełen jedzenia, śmiechy, zdjęcia, uściski
Dalekie spojrzenia. Porównania z kuzynkami. Dziwne pytania. Przytyki niby dla żartu.
I potem przychodziły do domu dużo cichsze niż zwykle.
Z biegiem czasu komentarze się nie kończyły.
Zmieniały tylko temat.
To już nie była tylko kwestia jedzenia ale wyglądu, figury, dojrzewania.
Zuzia już się wyraźnie zaokrągliła.
Małgosia to jakaś chudzina.
Kto ją polubi taką?
Niech nie narzeka, skoro tyle zjada!
Nikt ich nie pytał, jak się naprawdę czują.
Nikt nie zastanawiał się, iż to młode dziewczyny, które słuchają i zapamiętują.
Wszystko zmieniło się, gdy weszły w wiek nastoletni.
Pewnego dnia, po takim spotkaniu, Zuzia powiedziała:
Tata nie chcę już tam chodzić.
Wyjaśniła mi, iż te imprezy są dla niej koszmarem: szykowanie się, siedzenie, gryzienie się w język, uprzejme uśmiechy a potem wraca zdruzgotana.
Małgosia tylko milcząco pokiwała głową.
Wtedy mnie olśniło, iż obie czują się tak już od dawna.
Zacząłem zwracać uwagę.
Przypominałem sobie sceny, teksty, spojrzenia, gesty.
Słuchałem też innych historii od dorosłych, którzy dorastali z ciętymi uwagami dla ich dobra. Zdałem sobie sprawę, jak łatwo można na trwałe podciąć komuś skrzydła.
Dlatego wspólnie z żoną, Ewą, podjęliśmy decyzję:
Nie będziemy już zabierać naszych córek w miejsca, gdzie nie czują się komfortowo.
Bez zmuszania, tłumaczenia czy szantażu emocjonalnego.
Kiedy zechcą, pójdą. Nie zechcą świat się nie zawali.
Ich spokój jest ważniejszy niż tradycja rodzinna.
Już się zaczęły pytania od kuzynów, ciotek i babć:
Co się dzieje?
Czemu nie przychodzą?
Przesadzacie.
Zawsze tak było!
Nie można chować dzieci pod kloszem!
Nie wdaję się w dyskusje.
Nie urządzam awantur.
Po prostu przestałem je wozić.
Czasem cisza mówi więcej niż tysiąc słów.
Moje dziewczyny wiedzą dziś, iż ich ojciec nie postawi ich tam, gdzie będą musiały znosić upokorzenia udające troskę.
Może dla niektórych jestem przewrażliwiony.
Może uważają, iż robię zamieszanie.
Ale wolę być tym ojcem, który stawia granicę niż tym, który patrzy w inną stronę, gdy jego córki uczą się nie lubić siebie, tylko po to, by się dopasować.
Jak myślicie dobrze robię? Zrobilibyście to dla swojego dziecka?













