Na wspaniałym weselu, podczas rozdawania posiłków, dziecko zatrzymuje się z zaskoczenia, rozpoznając w pannie młodej swoją dawno zaginioną matkę. Decyzja pana młodego wywołuje łzy u wszystkich obecnych
Chłopiec miał na imię Wojtuś. Miał dziesięć lat.
Dawno temu, bezdomny staruszek o imieniu Kazimierz znalazł go jako niemowlę pod mostem nad Wisłą w Krakowie. Maleństwo leżało w plastikowej misce po ulewnym deszczu. Na nadgarstku miało stary, czerwony sznurek. Obok leżała rozmoczona kartka: Proszę, zaopiekuj się nim. Ma na imię Wojtuś.
Kazimierz sam mieszkał na ulicy, ale zabrał chłopca ze sobą. Karmił tym, co udało mu się zdobyć, ogrzewał jak potrafił. Zawsze powtarzał: jeżeli odnajdziesz mamę postaraj się jej przebaczyć. Dziecka nie zostawia się bez powodu.
Po latach Kazimierz ciężko zachorował. Wojtuś zaczął żebrać, aż pewnego razu trafił na wystawne wesele w dworku pod Warszawą. Pozwolono mu wziąć talerz jedzenia.
Gdy na sali pojawiła się panna młoda, Wojtuś zamarł. Na jej ręku zauważył ten sam czerwony sznurek.
Podszedł cicho i szeptem zapytał, czy jest jego matką.
Kobieta pobladła. Miała siedemnaście lat, gdy w sekrecie urodziła dziecko. Przestraszona naciskami rodziny, zostawiła je nad rzeką, mając nadzieję, iż ktoś je znajdzie. Później szukała syna bezskutecznie.
Pan młody przerwał ceremonię. Oświadczył, iż przyjmuje nie tylko ją, ale także jej przeszłość. jeżeli chłopiec jest jej synem, to i jego przyjmie do rodziny.
Dodał jeszcze jedną rzecz: Kazimierz to jego biologiczny ojciec, z którym od dawna nie miał kontaktu. To właśnie on uratował małego chłopca.
Tamtego dnia wesele się odbyło, ale najpierw wszyscy pojechali do szpitala do Kazimierza.
Staruszek, widząc ich razem, wyszeptał: Serce zawsze odnajdzie tych, których ukochało.
Po raz pierwszy w życiu Wojtuś poczuł, iż ma rodzinę. I nie tylko jedną.







