Podczas letniego pobytu w sanatorium w Sopocie zapisałam się na wieczorną zabawę taneczną. Zupełnie nie szukałam romantycznych uniesień chciałam tylko choć na chwilę zapomnieć o codziennych troskach, przetańczyć kilka taktów walca przy żywej muzyce i poczuć tę lekkość, którą pamiętałam z młodości.
Sala balowa tętniła życiem, wszędzie roznosił się śmiech, szum głosów mieszał się z dźwiękami saksofonu. Stanęłam gdzieś z boku, w jasnej sukience w kwiaty, a serce drżało mi jak kiedyś, na pierwszych szkolnych potańcówkach. Wtedy poczułam na ramieniu czyjąś dłoń ciepłą, pewną.
Czy mogę prosić? rozległ się niski męski głos. Odwróciłam się z uśmiechem oczekując, iż zobaczę jakiegoś nieznajomego. Zamiast tego patrzyłam prosto w oczy człowieka, którego nie widziałam od czterdziestu lat.
To był Piotr mój pierwszy ukochany z liceum z Warszawy, ten, który kiedyś przynosił mi świeżo zerwane stokrotki i pisał mi drobne liściki na marginesach zeszytów. Poczułam, jak nagle świat stanął w miejscu.
Piotrze? wyszeptałam z niedowierzaniem.
Uśmiechnął się tym samym łobuzerskim uśmiechem, który rozpoznawałam natychmiast. Cześć, Jagna powiedział, jakbyśmy rozstali się zaledwie wczoraj. Zatańczysz?
Bez słowa podałam mu rękę. Weszliśmy na środek sali, a orkiestra zaczęła grać stary przebój Andrzeja Zauchy. Tańczyliśmy, jakby czas nie istnieł, jakby kolejne dekady zniknęły pomiędzy jednym a drugim obrotem. Piotr wciąż pamiętał, iż lubię, gdy partner prowadzi subtelnie, ale stanowczo. Przez chwilę znów poczułam się jak ta osiemnastoletnia dziewczyna z marzeniami o wielkim świecie.
Gdy nastąpiła przerwa, usiedliśmy razem przy stoliku przy oknie. W powietrzu unosiła się woń balsamów i czegoś słodkiego, a za oknem, nad morzem, lśniły światła Trójmiasta.
Myślałem, iż już nigdy cię nie spotkam powiedział Piotr cicho. Po maturze życie nam się rozjechało studia w Krakowie, potem praca, świat; wszystko mijało, jak przez palce. Nagle patrzę czterdzieści lat minęło.
Opowiadałam mu o swoim małżeństwie, o córce, która mieszka dziś w Poznaniu. On podzielił się ze mną bólem po śmierci żony, która odeszła trzy lata temu i o samotności, z którą nie umiał się pogodzić. Rozmawialiśmy, a ja czułam, jakbyśmy tylko kontynuowali rozmowę sprzed lat, pełną nieśmiałych śmiechów, półsłówek i spojrzeń, które wszystko tłumaczyły.
Kiedy orkiestra znów rozpoczęła grać, znów podał mi rękę. Jeszcze jeden taniec, Jagna? szepnął. I tak minął cały ten wieczór taniec przeplatał się z rozmową, a ja wiedziałam już, iż to spotkanie nie jest przypadkowe. To coś większego.
Po zakończeniu potańcówki wyszliśmy na taras z widokiem na Bałtyk. Nad morzem unosiła się lekka mgiełka, a światła latarni malowały na piasku coś w rodzaju złotej ścieżki.
Pamiętasz, iż kiedyś obiecałem ci taniec, gdy będziemy mieli sześćdziesiąt lat? zapytał nagle Piotr.
Stanęłam jak wryta zupełnie zapomniałam o tej przekomarzance sprzed wielu lat, która wydawała się wtedy niemożliwa do spełnienia. Słowa dotrzymane uśmiechnął się łagodnie.
Głos utknął mi w gardle. Przez większość życia uważałam, iż piękno pierwszej miłości tkwi właśnie w jej przemijalności. Teraz stał przede mną Piotr siwiejący, z drobnymi zmarszczkami wokół oczu i ja wciąż widziałam w nim tego chłopaka, którego niegdyś pokochałam.
Kiedy następnego dnia Piotr zaproponował spacer po pustej plaży, nie wahałam się ani chwili. Słońce dopiero wspinało się nad linię horyzontu, rozświetlając fale złotem i różem. Po piachu chodziły tylko mewy, a w oddali para staruszków zbierała muszelki.
Szliśmy boso, pozwalając chłodnym falom obmywać stopy. Piotr mówił o swoim życiu o podróżach po Europie, o pustce, którą próbował czymś zapełnić, ale nie udawało mu się znaleźć tego, czym był mój dawny uśmiech. Słuchałam go i czułam, jak każda opowieść rozpuszcza kolejne warstwy ciszy między nami.
W pewnej chwili zatrzymał się, sięgnął do piachu i podał mi mały, złocisty bursztyn. W dzieciństwie zawsze wydawało mi się, iż bursztyny to kawałeczki słońca zaklęte w kamieniu powiedział cicho. Ten może przyniesie ci szczęście.
Zamknęłam bursztyn w dłoni. Był ciepły, jakby trzymał w sobie promyk dawnych dni. Spojrzałam na Piotra i zobaczyłam w nim zarówno mężczyznę, jak i chłopca z tamtych szkolnych dni.
Spacerowaliśmy jeszcze długo, choć czas płynął niepostrzeżenie. Gdy wiatr rozwiewał mi włosy, Piotr ciągle je poprawiał tym samym gestem, który kiedyś tak mnie rozczulał. Zrozumiałam wtedy, iż nie chcę już traktować tego spotkania jak powrotu do przeszłości chcę dać nam prawdziwą, świadomą szansę.
Wieczorem, siedząc razem na tarasie sanatorium, patrzyliśmy na zachód słońca nad morzem. Bez wielkich słów, tylko w ciszy, w której czułam spokój, jakiego dawno nie znałam. Piotr delikatnie położył swoją dłoń na mojej.
Może życie naprawdę potrafi uśmiechnąć się po raz drugi wyszeptał. I wtedy, pierwszy raz od bardzo dawna, uwierzyłam, iż to możliwe.













