Nie było w tym romantyzmu. Była kalkulacja i strach. Rachunki, które rosły szybciej niż pensja. Samotność po rozstaniu. I ta świadomość, iż jeżeli nie zrobię czegoś radykalnego, utknę na zawsze w życiu, które mnie po cichu zabija.
Zostałam opiekunką. Tą od nocy, od leków, od mycia, od podnoszenia z łóżka. Tą, która ma być cierpliwa, choćby gdy nikt jej nie pyta, czy sama ma jeszcze siłę.
Trafiłam do domu starszego pana, w niewielkim miasteczku. Dom był piękny. Kamienne ściany, ciężkie drewniane drzwi, ogród z cytrynami. Na początku myślałam, iż to bajka, w którą weszłam przypadkiem. Potem zrozumiałam, iż bajki się kończą, kiedy trzeba zmieniać komuś pieluchę o trzeciej w nocy i słuchać, jak płacze, bo nie poznaje własnego głosu.
Nazywał się Carlo.
Był chory. Nie tylko na ciało. Równie mocno chorował na samotność. Rodzina pojawiała się rzadko, a jeżeli już, to gwałtownie wychodziła, jakby dom pachniał czymś, czego nie da się znieść. Czasem patrzył w okno i powtarzał imię córki. Zawsze to samo, jak modlitwę.
– Sofia – szeptał. – Sofia kiedyś wróci.
Nie wracała.
A ja byłam tam każdego dnia. Podawałam leki, gotowałam zupy, pilnowałam, żeby pił. Myłam mu plecy, kiedy wstyd parzył bardziej niż woda. Słuchałam, kiedy opowiadał o swoim życiu, o młodości, o wojnie, o miłości, o żonie, którą pochował dawno temu. Czasem trzymałam go za rękę, kiedy przychodziły ataki bólu i strachu. Wtedy mówił, iż jestem jak rodzina.
Z początku traktowałam to jak słowa starszego człowieka. Ładne, ale bez znaczenia. Potem przyszła rozmowa, której nie zapomnę nigdy.
To była noc. Zasnął wcześniej, ale obudził się z płaczem. Usiadłam przy łóżku, podałam mu wodę. Patrzył na mnie długo, jakby oceniał, czy może mi powiedzieć coś prawdziwego.
– Ty jesteś tu, kiedy wszyscy inni zniknęli – powiedział. – jeżeli się mną zaopiekujesz do końca, zostawię ci dom.
Dom.
Powiedział to prosto, bez patosu, jakby ustalał rzecz oczywistą. A ja poczułam, jak serce mi przyspiesza. Nie dlatego, iż nagle stałam się chciwa. Tylko dlatego, iż przez sekundę zobaczyłam przyszłość. Bez ciągłego liczenia pieniędzy. Bez wynajmowanych pokoi. Bez poczucia, iż w każdej chwili mogę stracić dach nad głową.
Powiedziałam, iż nie potrzebuję niczego. Że robię to, bo tak trzeba. Bo on jest człowiekiem.
Ale prawda jest taka, iż ta obietnica zaczęła żyć we mnie jak nadzieja. Cicha. Wstydliwa. Taka, która nie pozwala zasnąć, bo człowiek nagle widzi sens w cierpieniu.
Mijały miesiące. Potem lata. Widziałam, jak Carlo gaśnie. Jak przestaje chodzić. Jak traci apetyt. Jak coraz częściej myli dni. Jak mówi do mnie imieniem żony. I ja przez cały czas byłam. Nie uciekłam, choć bywały noce, kiedy miałam ochotę wrócić do Polski i nigdy więcej nikomu nie podawać leków.
On trzymał się jednej rzeczy.
– Sofii nie ma – mówił czasem. – Ale ty jesteś.
Przed śmiercią poprosił notariusza. Widziałam dokumenty na stole. Słyszałam rozmowy po włosku, z których rozumiałam tylko tyle, ile trzeba. Notariusz spojrzał na mnie raz, szybko, z lekkim cieniem oceny, jakby próbował zdecydować, czy jestem opiekunką, czy kimś gorszym.
Carlo podpisał.
Potem jego stan się pogorszył. Nagle. Jakby ciało czekało tylko na ten podpis.
W ostatnim tygodniu prawie nie mówił. Oddychał ciężko. Ja siedziałam przy nim, karmiąc go łyżeczką, zwilżając usta, poprawiając poduszkę. Trzymałam go za rękę, gdy robiło się mu zimno. Dom był cichy. Ogród za oknem pachniał cytrynami, a ja myślałam, iż już niedługo zostanę tu sama. Że zacznie się nowe życie.
I wtedy, w ostatniej chwili, pojawiła się ona.
Córka.
Przyjechała eleganckim samochodem. Wysiadła w płaszczu, z włosami ułożonymi jak do zdjęcia. Kiedy weszła do domu, rozejrzała się nie jak ktoś, kto wraca do ojca, tylko jak ktoś, kto sprawdza własność.
Zobaczyła mnie w kuchni i jej oczy zwęziły się od razu.
– Kim pani jest – zapytała po włosku, chłodno.
Powiedziałam, iż opiekunką. Że jestem tu od lat. Że Carlo potrzebował pomocy.
Zaśmiała się krótko.
– Oczywiście – powiedziała. – Opiekunka.
W jej głosie było coś, co paliło bardziej niż obelga. Pewność, iż wszystko już rozumie. Że ja jestem zagrożeniem. Że jestem kimś, kto „się kręcił przy staruszku”, bo chciał coś dostać.
Poszła do jego pokoju. Widziałam, jak siada przy łóżku. Jak bierze go za rękę. Jak nagle staje się czuła, choć nie było jej tu przez lata. Jak mówi „tato” z taką miękkością, jakby to słowo nie miało w sobie winy.
Carlo otworzył oczy. Zobaczył ją. I wtedy na jego twarzy pojawiło się coś, czego nie widziałam od dawna.
Radość. Dziecięca, naiwna radość.
– Sofia – wyszeptał.
A ja poczułam, jakby ktoś ścisnął mi gardło. Nie dlatego, iż jej nienawidziłam. Tylko dlatego, iż widziałam, jak łatwo człowiek wraca do pragnienia, które go niszczyło.
Następnego dnia przyszli ludzie. Prawnik. Notariusz. Ktoś z rodziny. Rozmowy odbywały się szybko, ostro, szeptem, ale czułam, iż toczy się walka. Nie o miłość. O dom.
Sofia weszła do kuchni i powiedziała mi wprost, bez żadnej uprzejmości.
– Proszę się spakować. Ojciec umrze, a pani nie będzie tu potrzebna.
Powiedziałam, iż mam umowę. Że Carlo obiecał. Że były dokumenty.
Jej uśmiech był lodowaty.
– Ojciec był chory – odparła. – Można podważyć wszystko. Jestem jego córką. Prawdziwą rodziną.
Rodziną. To słowo zabrzmiało jak młotek.
I wtedy zrozumiałam, iż w tej historii nie ma miejsca na moją prawdę. Jest tylko prawo, pieniądze i krew. Córka, która wraca w ostatniej chwili, potrafi być ważniejsza niż opiekunka, która trzymała ojca za rękę przez lata.
Carlo zmarł trzy dni później. Trzymałam go za dłoń do końca. Sofia płakała głośno, teatralnie, a ja płakałam cicho, bo żałoba w moim przypadku była też strachem. Co teraz. Gdzie pójdę. Co zostanie ze mnie, jeżeli choćby ta obietnica okaże się tylko słowem.
Po pogrzebie Sofia stanęła w drzwiach i podała mi kopertę.
W środku było kilka banknotów. Jak jałmużna. Jak zapłata za lata, które oddałam.
– To za pani trud – powiedziała. – I proszę już nie wracać.
Stałam z tą kopertą w ręku i miałam wrażenie, iż dom, który pachniał cytrynami, nagle pachnie obco. Jakby nigdy nie był miejscem, w którym byłam kimś więcej niż cieniem.
Najbardziej dramatyczne jest to, iż Carlo dotrzymałby słowa, gdyby mógł. Wierzę w to. Ale umarł, a wraz z nim umarła moja nadzieja.
Nie wiem, jak zakończy się sprawa. Może prawnicy rozstrzygną. Może nie. Wiem tylko jedno.
Przez lata opiekowałam się człowiekiem, który dał mi coś bezcennego. Poczucie, iż jestem potrzebna. I obietnicę, iż po wszystkim zostanie mi dom.
A potem w ostatniej chwili przyszła jego córka i zabrała nie tylko dom.
Zabrała mi sens, który zdążyłam w sobie zbudować.













