Nazywam się Zofia Rembierz, mam pięćdziesiąt cztery lata i od siedemnastu pracuję jako konduktorka na trasach dalekobieżnych. Tego dnia, w piątek, wracałam po służbie i akurat jechałam prywatnie, jako pasażerka, bo miałam wolne i wybierałam się do córki. Usiadłam w wagonie trzecim, blisko toalety, bo lubię mieć oparcie pod plecami, a tam akurat było wolne miejsce przy ścianie.
Pociąg jechał z Poznania do Wrocławia, było ciepłe popołudnie, chyba około wpół do szóstej. Za oknem mijały pola rzepaku, już po żniwach, ścierniska w takim żółtawym świetle. W radiu, które ktoś słuchał przez słuchawki za głośno, leciała jakaś stara piosenka Budki Suflera, pamiętam, bo się zdziwiłam, iż jeszcze to ktoś puszcza. W przedziale obok mnie starsza pani obierała jabłko scyzorykiem, powoli, jedną długą wstążką skórki, i ta skórka spadła jej na podłogę tuż przed tym, jak wszystko się zaczęło.
Nie zauważyłam mężczyzny, który wcześniej wszedł do toalety z plecakiem. Dopiero później, po wszystkim, jedna z pasażerek powiedziała mi, iż widziała go jeszcze na peronie w Poznaniu — chudy, w za dużej kurtce jak na tę pogodę, trzymał plecak tak, jakby się bał go postawić na ziemi. Ja tego nie widziałam. Zobaczyłam go dopiero, kiedy wyszedł z toalety bez koszuli, z karabinkiem w rękach.
Konduktor, młody chłopak, chyba miesiąc po szkoleniu, biegł przez korytarz z twarzą białą jak papier. Za nim ten mężczyzna. Jeden z pasażerów, mężczyzna jadący służbowo do klientów we Wrocławiu — nazywał się, zdaje się, Marek Sroka, poznałam go potem na komisariacie — rzucił się, żeby go zatrzymać, i został powalony jednym ruchem. Zaraz potem inny mężczyzna, nauczyciel z Wałbrzycha, Tomasz Ledwoń, rzucił się na napastnika i przez chwilę wyrwał mu broń długą. To trwało może trzy, cztery sekundy. Napastnik wyciągnął ukryty pistolet i strzelił mu w plecy. Pocisk przeszedł przez płuco, wyszedł blisko szyi. Tomasz osunął się na podłogę koło drzwi do przedziału, w którym siedziałam.
Krew była wszędzie, bardzo szybko, ciemniejsza, niż się człowiekowi wydaje z filmów.
W tym samym momencie w wagonie obok obudził się jeden z trzech kolegów jadących razem na wakacje po Polsce — student z Krakowa, wysoki chłopak w wojskowej bluzie, mimo upału, nazywał się, jak się później dowiedziałam, Kacper Duda. Otworzył oczy na dźwięk strzału. Zobaczył konduktora biegnącego korytarzem i mężczyznę bez koszuli, który podnosił z podłogi swoją broń. Kolega, który siedział obok, chłopak krótko ostrzyżony, powiedział mu tylko jedno słowo: "Idź!". Bez planu, bez wahania.
Ja stałam w drzwiach przedziału i pamiętam, iż trzymałam w ręku bilet, którego nikt już nie chciał sprawdzać. Zamarłam z tym kawałkiem kartonika w palcach, patrząc, jak trzej młodzi mężczyźni biegną w stronę napastnika, zamiast uciekać w drugą stronę, jak wszyscy inni.
Kacper rzucił się na napastnika i przycisnął go do ściany przy toalecie. Napastnik bronił się nożem, takim z wysuwanym ostrzem, i pociął mu szyję, policzek, prawie odciął kciuk. Krew lała się po obu, a on go nie puszczał. Drugi z kolegów dobiegł i wyrwał napastnikowi karabinek, żeby ten nie mógł go już użyć. Trzeci mężczyzna z ich grupy razem z jakimś starszym panem w okularach, który wcześniej siedział z gazetą, chwycili napastnika za nogi i ręce. Wszyscy razem, w plątaninie ciał, powalili go na podłogę między siedzeniami i związali paskiem od spodni oraz sznurkiem, który ktoś miał w torbie.
Dopiero jak się uspokoiło, ktoś powiedział, iż karabinek się zaciął — inaczej strzeliłby jeszcze raz, prosto w tłum. Ja tego nie wiedziałam, kiedy patrzyłam na to wszystko z korytarza. Wiedziałam tylko, iż nie mogę się ruszyć, i iż mój bilet jest teraz cały pognieciony w dłoni.
Ranny Kacper, cały we krwi, nie usiadł, żeby ktoś mu pomógł. Podszedł, kulejąc, do leżącego na podłodze Tomasza. Uklęknął przy nim w tej kałuży krwi bez wahania, mimo iż sam krwawił z szyi i z dłoni. Powiedział coś, czego w tym zamęcie nie dosłyszałam, ale gest zrozumiałam od razu — włożył palce prosto w ranę na plecach Tomasza, żeby zacisnąć naczynie. Trzymał tak, klęcząc, aż pociąg zatrzymał się na najbliższej stacji i wbiegły do środka służby ratunkowe.
Miałam wtedy w torebce telefon i nie zadzwoniłam do córki, iż się spóźnię, chociaż powinnam była. Palce zacisnęłam na skórzanym pasku torebki tak mocno, iż później bolały mnie stawy, i tak stałam, aż wszystko się skończyło.
Nikt nie zginął. Powtarzałam to sobie potem wiele razy, bo w pierwszej chwili byłam pewna, iż ten mężczyzna na podłodze umiera.
Trzy dni później w telewizji pokazywali uroczystość na Zamku Królewskim w Warszawie. Prezydent odznaczył Kacpra i jego dwóch kolegów Krzyżem Zasługi za odwagę. Tomasz Ledwoń dostał to samo odznaczenie kilka tygodni później, kiedy już wyszedł ze szpitala.
Kilka miesięcy po tym wszystkim usłyszałam w wiadomościach, iż Kacper, ten, który trzymał palce w ranie, został dźgnięty nożem podczas bójki pod klubem w Krakowie. Jedno pchnięcie trafiło blisko serca, inne uszkodziło płuco. Musieli robić operację. Przeżył.
Do dziś noszę w kieszeni płaszcza ten sam pomięty bilet, który tamtego dnia nie chciał ode mnie odebrać żaden konduktor, bo wszyscy mieli akurat co innego do roboty.














