Kazimierz znał już każdy zakamarek szpitala.
Korytarze, zapachy, ciche kroki pielęgniarek.
Mimo to nigdy nie czuł się tu spokojny.
Każda wizyta wyczerpywała go bardziej niż poprzednia.
Zawsze wybierał schody, nigdy windy.
Nie dlatego, iż lubił ruch.
Unikał tak litościwych spojrzeń.
Unikał pustych słów pocieszenia.
Tego dnia niósł bukiet białych róż.
Kupił je bez przekonania, tylko dla pozoru.
Jego żona, Jadwiga, leżała w śpiączce od tygodni.
Nie widziała kwiatów, nie czuła niczego.
Ale lekarze patrzyli wtedy inaczej na Kazimierza.
Rodzina widziała troskliwego męża.
Grał tę rolę coraz trudniej.
Pod maską wszystko się rozpadało.
Leczenie kosztowało więcej, niż mógł unieść.
Rachunki rosły szybciej niż nadzieja.
Dni mijały jak przez mgłę.
W nocy nie mógł spać.
Pytał siebie, jak długo to jeszcze potrwa?
Czy Jadwiga w ogóle się obudzi?
Czasem, pełen wstydu, myślał o majątku.
Gdyby odeszła, wszystko byłoby jego.
Ta myśl przerażała go samego.
Zarazem dawała dziwną ulgę.
Nie potrafił już rozpoznać własnych uczuć.
Miłość, żal, znużenie – wszystko się mieszało.
Czy to jeszcze żal, czy już obojętność?
Tego dnia wszedł do sali jak zawsze.
Postawił kwiaty w szklanym wazonie.
Spojrzał na bladą twarz żony.
Pochylił się nisko, blisko jej ucha.
„Jadwiga, przebacz mi” – wyszeptał.
„Już nie mam siły czekać”.
Wyprostował się, czując ciężar tych słów.
W tej samej chwili monitor zapiszczał głośniej.
Serce przyspieszyło nagle na ekranie.
Do sali wpadła pielęgniarka.
„Co pan powiedział?” – zapytała zdziwiona.
„Nic, tylko… rozmawiałem z żoną” – wyjąkał.
Lekarz sprawdził wskazania, marszcząc brwi.
„To niezwykłe, ale reaguje na głos”.
Kazimierza ogarnęło zimne przerażenie.
A jeżeli Jadwiga wszystko słyszała?
A jeżeli zrozumiała każde słowo?
Czy można odwołać wypowiedziane zdanie?
Czy można naprawić zdradzone zaufanie?
Stał nieruchomo, czekając na znak.
Powieki Jadwigi drgnęły lekko.
Nie wiedział, czy to koniec, czy początek.
Żałował słów, które już wypowiedział.













