Prawda o nas samych jest przed nami zakryta. To mechanizm, który z jednej strony pozwala nam przetrwać w obliczu tego, co na pewnym etapie życia byłoby zbyt trudne do udźwignięcia, a z drugiej staje się w pewnym momencie naszym własnym więzieniem, odcinając nas odczucia, działania, prawdziwie bliskich relacji z innymi, od życia w ogóle.
Zbudowani jesteśmy z iluzji, przekłamań, „uporczywych nadziei” i pobożnych życzeń, które jak ochronny mur bronią nas przed bólem. Psychoanalityk Donald Meltzer pisał, iż mechanizmy obronne to kłamstwa, którym pozwalamy sobą zawładnąć, aby uniknąć bólu, uciec od trudnych emocji lub lęku. Uszczelniamy się na prawdę. Spełnia to przecież swoją funkcję. Nasze autoiluzje są łatwiejsze do zaakceptowania niż rzeczy, które dzieją się naprawdę. zwykle w jakimś momencie zasieki utworzone dla rzeczywistości zaczynają pękać, przeciekać, rdzewieć i tworzą się w nich szczeliny, a wraz z nimi pojawiają się dyskomfort, zaburzenie, nieprzyjemny nieład wewnętrzny, niepokój lub lęk. Pewnego dnia czujemy, iż „coś jest nie tak” – pojawia się chroniczny problem w relacjach, jakiś somatyczny objaw, cień depresji lub poczucia braku sensu życia. To poczucie, iż „coś jest nie tak” zaczyna nas dręczyć właśnie wtedy, gdy jakaś prawda usiłuje przebić się do naszej świadomości. jeżeli psychoterapeuta ma nam pomóc, musi podać w wątpliwość naszą narrację, także tę o samym sobie.
Co więc musi umrzeć, aby prawda miała skutek leczący? Złudzenia, sny, fantazje i mrzonki. Jon Frederickson nazywa to „kłamstwami, którymi żyjemy”. Nie, to nie jest świadome łganie, to kłamstwo w służbie ochrony – przed dorosłością, dojrzałością, odpowiedzialnością, kontaktem z psychologiczną rzeczywistością różnych naszych oraz innych osób stron i motywacji. Zaprzeczamy bólowi, gniewowi, smutkowi i rozczarowaniu. Nie dostrzegamy krzywdy, którą czynimy sobie lub innym, negujemy czasem tę, którą inni wyrządzają lub wyrządzili nam. Umykają nam własna siła, zdolność, sprawczość czy talent. Nieakceptowane własne charakterystyki projektujemy często na innych, którzy oczywiście nas zwrotnie denerwują i rozczarowują, potwierdzając nasze „oczekiwania”, tworząc jeszcze wzmocnienia naszego zniekształconego obrazu świata. Zaprzeczamy rzeczywistości w nadziei, iż ta przestanie istnieć. Hołubimy złudzenia. Czekamy na coś, co nigdy się nie wydarzy. Obrażamy się na rzeczywistość, kiedy nie chce zjednać się z naszym nieurealnionym planem. Zastygamy. Zła wiadomość? Rzeczywistości jest obojętne, czy stoimy obok, czy jej doświadczamy. Prawda nie przysiądzie na stołeczku i nie poczeka, aż będziemy gotowi ją przyjąć.
Życie w złudzeniach, iluzjach i „niewidzeniu” pozwala uniknąć bólu, natomiast nie uczy, jak sobie z nim radzić. A trudno wyobrazić sobie, iż można uciec przed nim na dobre. Przeszłości nie zmienimy, ale przyjmując prawdę, możemy spojrzeć teraz na rzeczywistość i na to, jakie daje ona możliwości. Przyjęcie prawdy o śmierci, chorobie, starości nie musi oznaczać poddania się, wręcz przeciwnie, oznacza więcej „życia w życiu”, mniej lękowego zaprzeczania. Przyjęcie tego, iż mieszka we mnie i „piękna”, i „bestia”, pogodzenie się z tą prawdą daje mi nie tylko możliwość prawdziwego akceptowania siebie, ale też świadomego kierowania zachowaniami, decyzjami, wyborami. Tertulian pisał, iż pierwszą reakcją, jaką wzbudza prawda, jest nienawiść. Jakiś (anonimowy) psychoterapeuta powiedział, iż „prawda cię uleczy, ale najpierw to będzie bardzo bolało”.
Idealizacje, dewalucje, racjonalizacje, intelektualizacje i wyparcia to machinacje przy rzeczywistości – aby jej nie dotknąć, nie musieć mieć z nią do czynienia, rzeczywistości, która nie pozwoliłaby już nam bezpiecznie zachować się wedle z góry opracowanych schematów. Rzeczywistość jest zmienna i złożona i wymaga od nas nieustającego „bycia” – z całym zakresem odczuć, tolerancją sprzeczności i adaptacją do zmian. jeżeli mamy wrócić do zdrowia, musimy zmierzyć się z prawdą i z uczuciami, jakie w nas budzi, przyjąć do wiadomości rzeczywistość, którą wcześniej skutecznie negowaliśmy.



