Marek wrócił po roku milczenia. Stał w progu naszego kamienicy przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, z tą samą kufą, którą wypakował, gdy odszedł. Wyglądał, jakby właśnie wrócił z kiosku po bułkę, a cały ten rok ciszy nigdy nie miał miejsca.
Cześć powiedział, niepewnie. Mogę wejść?
Nie odpowiedziałam. Patrzyłam na niego, a w głowie szalały obrazy: puste łóżko, nieodczytane wiadomości, dziesiątki nieudanych telefonów, święta w milczeniu, nocne łzy w kuchni, kiedy dzieci już spały.
Przemyślałem wszystko dodał, jakby to miał rozjaśnić sytuację. Chcę wrócić. Spróbować jeszcze raz. Z nami.
Zrobiło mi się słabo, nie przez jego powrót, ale dlatego, iż jeszcze kilka miesięcy temu dałabym wszystko, by usłyszeć te słowa. Teraz nie byłam już tą kobietą, którą zostawił.
Po jego odejściu myślałam, iż zginę z pustki, nie z bólu. Odszedł bez słowa, spakował się pewnego ranka i powiedział: Nie wiem, co dalej. Muszę wyjechać. Potem zniknął, zablokował mój numer i nie odbierał telefonów od dzieci.
A oto znów stoi przed drzwiami, jakby czas się cofnął. Spojrzałam mu w oczy. Niby ten sam człowiek, ale ja już nie byłam tą samą kobietą. I on chyba jeszcze tego nie zauważył. Wpuściłam go do środka, nie do końca pewna, czy z ciekawości, czy po to, by w końcu usłyszeć odpowiedzi, a może po to, by przekonać się, iż nic nie czuję.
Usiadł na kanapie w miejscu, które zajmował od dwudziestu lat. Chwycił kubek, który kiedyś był jego ulubionym, rozejrzał się po salonie i rzekł:
kilka się zmieniło.
Wszystko się zmieniło odpowiedziałam cicho. Ty jeszcze tego nie wiesz.
Chwili milczeliśmy. Potem Marek zaczął opowiadać o przesileniu, o pustce, o tym, iż się pogubił. Że musiał wyjechać, bo miał wrażenie, iż dusi się w naszym domu. Że nie był gotowy na starość, na nudę, na codzienność. Że musiał uciec, by zrozumieć, ile dla niego znaczymy.
Patrzyłam na niego i czułam dziwną obojętność. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej każda taka deklaracja rozerwałaby mi serce. Dziś miałam jedynie spokój i twardą świadomość: przetrwałam bez niego.
A gdzie byłeś? zapytałam w końcu.
Wzruszył ramionami.
Najpierw u znajomego, potem wynająłem coś na obrzeżach. Pracowałem dorywczo, dużo myślałem.
Sam byłeś?
Zawahał się.
Tak. Ale nie chcę cię okłamywać. Spotykałem się z kimś. Krótko. Nic poważnego. Chciałem zapomnieć. Zabolało. Nie tak bardzo fakt, iż to zrobiłem, a bardziej to, iż mówię o tym teraz, jakby to była tylko przerywnik. A ja przez cały rok kleiłam siebie kawałek po kawałku.
Zrobiłam dla siebie tyle, ile przez całe małżeństwo nie potrafiłam. Poszłam do pracy, odnowiłam kontakty z dawnymi koleżankami, jeździłam sama na krótkie wycieczki coś, na co Marek zawsze kręcił nosem. Wieczorami włączałam muzykę, która mnie cieszy, i nie słuchałam jego znudzonych spojrzeń. Po prostu zaczęłam żyć własnym rytmem. I teraz, gdy on wrócił, nagle wszystko miało się cofnąć?
Chcesz wrócić do mnie, czy do siebie sprzed roku? zapytałam prosto. Bo ja już nie jestem tą samą osobą, którą zostawiłeś. I nie wiem, czy chciałabym znów nią być.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, jakby dopiero teraz zauważył, iż nie czekam. Że nie zostałam zamrożona w czasie, gotowa przyjąć go bez warunków. W tej jednej chwili zrozumiałam, iż nie potrzebuję odpowiedzi, ale prawdy. A prawda była taka, iż nie chcę już żyć dla niego, a jedynie dla siebie.
Po jego wyjściu długo siedziałam przy stole, wpatrując się w niedopitą herbatę. Dom był cichy, ale to już nie była duszna cisza, która dusiła mnie po jego odejściu. Teraz to była cisza, w której mogłam oddychać.
Zostawił kufę w przedpokoju, nie pytając nawet, czy może. Po prostu ją postawił jakby miał pewność, iż zostanie. Nie odezwałam się. Nie z litości, a z dystansu. Chciałam najpierw pojąć, czego naprawdę on chce i czego ja chcę.
Przez kolejne dni pisał. Jedna, dwie wiadomości dziennie, bez presji. Czasem pytanie, czasem wspomnienie. Raz wysłał zdjęcie z naszego dawnego urlopu w Bieszczadach, z podpisem: Nie wiedziałem, iż wtedy mam wszystko. Nie odpowiadałam. Nie byłam gotowa.
W weekend zaproponował spotkanie, kolację, rozmowę cokolwiek. Odpisałam tylko: Jeszcze nie teraz. Zostawił mnie raz bez słowa. Teraz to ja potrzebowałam słów, prawdy, wyjaśnień. Może przeprosin, ale nie pustych, a takich, które wynikają z dojrzałości i zrozumienia tego, co naprawdę się stało.
Wieczorem usiadłam na kanapie, wzięłam książkę, której nie mogłam skończyć od tygodni, ale nie mogłam się skupić. Spojrzałam na telefon wiadomość.
Jeśli chcesz, mogę jutro przyjść. Tylko porozmawiać. Nic nie oczekuję.
Patrzyłam na ekran, a w głowie kłębiły się myśli. Już nie kochałam go tak, jak kiedyś. Ale nie wszystko w życiu da się zważyć na wadze emocji. Może ludzie czasem się gubią, by naprawdę się odnaleźć.
Może warto spróbować. Może powinnam. Może jeszcze nie jest za późno, by wrócił nie do tej kobiety, którą zostawił, ale do tej, którą w ciągu roku miał szansę na nowo docenić. Może.










