– Przepraszam, Halinko, ale po mojej śmierci będziesz musiała się stąd wyprowadzić — powiedział mąż, Antoni. — Mieszkanie zostawię synowi.
Już wszystko załatwiłem u notariusza.
— Mam nadzieję, iż nie jesteś na mnie zła? Masz przecież swoje dzieci, to one się tobą zaopiekują.
Życie Haliny nie było usłane różami.
Wychowywała się w domu dziecka, rodziców nie pamiętała wcale.
Wyszła młodo za mąż, zdawało się wtedy, iż z wielkiej miłości.
Szczęście nie trwało długo.
Trzydzieści pięć lat temu, jako młoda matka dwójki dzieci, została wdową.
Jej pierwszy mąż, Michał, zginął tragicznie.
Pięć lat dźwigała rodzinę sama, pracując od rana do nocy.
Potem poznała Antoniego.
Miała szczęście – po mężu zostało jej własne mieszkanie.
Antoni był starszy o trzynaście lat, miał trzy pokoje na Mokotowie i dobrą pracę.
Zeszli się szybko, Halina nie myślała długo nad jego propozycją.
Z jej dzieckimi dogadał się od razu.
Starsza córka, Marcelina, długo była nieufna, ale z czasem zaczęła mu wierzyć.
Młodszy syn, Franek, od razu mówił do niego „tato”.
Antoni wychował te dzieci jak swoje własne.
Nigdy nie żałował im czasu, pieniędzy ani serca.
Oboje byli mu wdzięczni za szczęśliwe dzieciństwo.
***
Franek i Marcelina od dawna mieszkali osobno.
Marcelina wyszła za mąż młodo, Franek marzył o wojsku i też miał swoje cztery kąty.
Dziesięć lat temu Halina zwołała dzieci na rozmowę.
— Chcę sprzedać nasze stare mieszkanie — powiedziała. — Trzeba remontować u nas, a to stoi puste.
Marcelina wzruszyła ramionami.
— Nie zależy mi na nim. Pieniądze się przydadzą, wiesz, leczę syna.
Jej najstarszy chłopiec urodził się z ciężką chorobą ruchu.
Rehabilitacje kosztowały fortunę.
Franek od razu przytaknął.
— Ja też się zgadzam. Moją część oddaj Marceli, niech jedzie z Grześkiem do Warszawy. Zdrowie bratanka ważniejsze.
Halina sprzedała mieszkanie, połowę dała córce, za resztę zrobiła remont u Antoniego.
Meble i sprzęty kupowała z własnej kieszeni.
Nie wiedziała wtedy, iż inwestuje w nie swoje.
Nie przypuszczała, iż po trzydziestu latach mąż odda jej za to taki numer.
Problemy zdrowotne Antoniego nasiliły się cztery lata temu.
Bolały go kolana, czasem nie mógł sam wstać.
— Antek, idź do lekarza — nalegała Halina. — Przestań udawać dziecko.
— Wiem, jak to się skończy — marudził. — Drogie leki i nic więcej. Stary jestem, czego się spodziewać?
W końcu poszli we trójkę do lekarza.
— Sprawa poważna — powiedział lekarz. — Trzeba leczyć stawy. Jak długo bolą?
— Ze dwadzieścia pięć lat.
— Duża nadwaga. Trzeba schudnąć, i to od razu.
Halina zaczęła gotować zdrowo, bez cukru, bez tłuszczu.
Antoni narzekał na każdy talerz.
— Co za głupoty! Z głodu umrę na tych suszkach!
Mimo narzekań, udało się go utrzymać na diecie i lekach.
Ale ból wracał coraz częściej.
Antoni prawie nie chodził, Halina pomagała mu choćby w łazience.
***
Walczył kilka lat.
Czasem lepiej, czasem gorzej.
Halina była zawsze przy nim.
Pół roku temu trafił do szpitala, Halina niemal tam zamieszkała.
Pewnego dnia, gdy szykowała mu jedzenie, zadzwonił dzwonek.
Otworzyła – młody chłopak, znajome oczy.
— Dzień dobry, czy mogę zobaczyć Antoniego Kowalskiego?
— Męża nie ma, jest w szpitalu. A pan to…?
— Jestem Szymon, syn Antoniego.
Halinę tknęło – ten chłopak wyglądał jak Antoni przed latami.
— Kiedy tata wróci? Nie widzieliśmy się wieki.
— Proszę wejść, Szymku. Wszystko opowiem.
Szymon posłuchał, zasmucił się.
— Tata zawsze był kapryśny, tak jak pani mówi. Pamiętam go energicznego. Mogę jechać z panią do szpitala?
— Oczywiście — uśmiechnęła się Halina.
O Szymonie nigdy nie słyszała.
Mąż choćby nie wspominał, iż był żonaty.
Zawsze żałował, iż nie ma dzieci, choć Halina bardzo się starała.
Antoni nie rozpoznał syna od razu.
Po wizycie Szymona opowiedział żonie swoją historię.
— Z jego matką byłem cztery lata. Zdradziła mnie z kuzynem, złapałem ich na gorącym uczynku. Wyszła za niego, zabrała mi syna. Próbowałem go szukać, ale kuzyn groził mi pięściami. Poddałem się po dwóch latach. A teraz on sam mnie znalazł.
— To twoja krew, Antek — powiedziała Halina. — Nie odwracaj się od niego. Spróbuj, żeby potem nie żałować.
Posłuchał.
Szymon zaczął bywać co tydzień, zaprzyjaźnił się z Marceliną i Frankiem.
Halina cieszyła się, iż mąż odzyskał syna.
Rozmawiali zawsze za zamkniętymi drzwiami, nigdy nie podsłuchiwała.
Mieli oszczędności, do których Halina dokładała przez lata, pracując zdalnie jako księgowa.
Tylko ona miała dostęp do konta.
Pewnego dnia zobaczyła SMS z banku.
— Tych pieniędzy nie wypłacałam — pomyślała przestraszona.
Pobiegła do męża.
— Antoni, ktoś wziął 35 tysięcy złotych! Gdzie jest karta?
— Nikt nas nie okradł — odpowiedział spokojnie. — Dałem kartę Szymkowi, potrzebował pomocy.
— Czemu mi nic nie powiedziałeś? — spytała Halina.
— To nie twoja sprawa. Syn poprosił, pomogłem.
— A gdzie jest karta teraz?
— U Szymka.
— Zadzwoń, żeby oddał. To nasze pieniądze na czarną godzinę.
— To mój syn! — warknął Antoni. — Niczego nie odda.
— Czemu twój syn wydaje MOJE pieniądze? — nie wytrzymała Halina. — Ty od lat nie pracujesz, to ja odkładam co miesiąc!
Zablokowała kartę w banku.
Wieczorem przyjechał Szymon.
— Tata, karta nie działa!
— Zablokowałam ją — powiedziała Halina. — Pomogliśmy raz, więcej nie będzie.
— Pani Halino, dziś przywożą meble, muszę zapłacić!
— Moimi pieniędzmi za twoje meble? — spytała. — Od dziś finanse przechodzą przeze mnie.
Szymon obraził się i wyszedł.
Antoni nakrzyczał na żonę.
Po raz pierwszy od lat Halina poczuła, iż ma serdecznie dość.
***
Minęło kilka dni.
Szymon się nie pojawił, Antoni milczał.
Halina spakowała laptopa i wyjechała do Marceliny na kilka dni.
— Niechaj sobie przemyśli zachowanie — pomyślała.
Wróciła wieczorem.
Antoni był w dobrym nastroju.
— Jak dzień? Co robiłeś? — zapytała.
— A tam — burknął. — Szymek był, pojechaliśmy razem coś…
Umilkł w pół słowa.
Halina spojrzała na niego długo, bez słowa.
Wiedziała już, iż to się nie skończy dobrze.










