Przyjechała do mnie Kaśka z dzieciństwa. Tak, ta sama Katarzyna Nowak, z którą w podstawówce zbierałam kasztany na podwórku i wygrywałyśmy zawody w skakaniu przez gumę na osiedlu. Ma sześćdziesiątkę na karku, tak samo jak ja. Jak skończyłyśmy polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, Kaśka zebrała manatki i już jej nie było od razu czmychnęła ze stolicy do Poznania, potem gdzieś za Wrocław, aż ślad po niej zaginął. Przez chwilę pisałyśmy do siebie listy, ale potem jakoś wszystko się rozmyło.
Latami wiadomości o Kaśce miałam tylko od wspólnych znajomych a to, iż mieszka teraz w Krakowie, a to, iż wyjeżdża do Pragi, a potem znów wraca pod Warszawę. Z facetami podobnie: raz Stefan, potem Krzysiek, potem jakiś Sławek spod Kalisza. Przy trzecim mężu przestałam liczyć. Dzieci? Ani jednego. Zupełnie nie mogłam tego pojąć przecież u nas jak nie wypali z chłopem, to przynajmniej człowiek ma wnuki, żeby chociaż komuś ponarzekać na emeryturze.
A tu Kaśka postanowiła wyprzedać resztę swojego majątku z mieszkania po rodzicach w Otwocku. Wynajmowała je latami, a teraz chciała się wszystkiego pozbyć, bo jak twierdzi, na starość chce być lekka jak piórko. Spotkałyśmy się w mojej kuchni przy cieście drożdżowym i świeżo parzonej kawie. Najpierw narzekałam na chrupiące stawy i teściową, a potem Kaśka opowiadała mi o swoich podróżach po Europie i żartowała, iż tylko polski PKB przez nią nie ucierpiał, bo wszędzie wydawała złotówki.
No i w końcu nie wytrzymałam. Pytam prosto z mostu:
Kaśka, powiedz, dlaczego twoje życie tak się potoczyło? Dlaczego żadnych dzieci, choćby dla siebie? Żeby miał ci kto podać herbatę na stare lata?
Kaśka parsknęła śmiechem.
Jaka herbata, Bożenka? A twoja córka ci przynosi coś poza rachunkami za telefon? Przecież dzieci teraz mają rodziców głęboko w nosie, a jak coś boli, to wolą zadzwonić po karetkę niż pobiec z rosołem. Ja od zawsze uważałam, iż łatwiej odłożyć parę złotych i wynająć solidną opiekunkę niż robić sobie długi na studia dla wnuków, których choćby nie widzisz.
Nie urodziłam dzieci, bo po prostu nie chciałam. Nie mam ochoty wiecznie martwić się, czy ktoś ma czyste skarpetki, ani odmierzać komuś kieszonkowego dziesięć razy w miesiącu. Chciałam żyć po swojemu, jeździć gdzie chcę, wydawać na co mam ochotę. Moich facetów najbardziej drażniło to, iż nie chcę dzieci. No to co? Wolę być sama niż z kimś, kto całymi dniami gada o pieluchach i przedszkolach.
Teraz też żyję dla siebie nie latam po sklepach za prezentami dla siedmiorga wnuków, nie umartwiam się, iż muszę wyżyć za tysiąc czterysta złotych emerytury, bo dzieci ledwo sobie radzą. I wiesz co? Nie żałuję ani trochę. Wręcz przeciwnie, jak widzę koleżanki, które mają czworo dzieci i każda w Kanadzie, Norwegii i na Śląsku, a one siedzą same w bloku i czekają na telefon, to mi ich szkoda. Przynajmniej nikt mnie nie rozczaruje.
Tak sobie siedziałam, słuchałam Kaśki, i muszę przyznać ma babka rację. Po co się zmuszać, po co produkować, jeżeli się nie chce? Nadzieja, iż dzieci zawsze nas będą kochały i wspierały… Phi! To już chyba lepiej samej zaparzyć herbatę i mieć święty spokój. No i na starość mieć z głowy całą tę szopkę.









