Bilet, którego nie wykupiła
Wszystko zaczęło się od tego, iż Basia nie mogła znaleźć ładowarki. Grzebała w szufladzie w kuchni, między paragonami z Biedronki a pękniętym pojemnikiem na ciastka, i wtedy zobaczyła zeszyt mamy. Granatowa okładka, narożnik zagięty, na pierwszej stronie kalendarz sprzed jedenastu lat. Mama zawsze coś notowała. Basia otworzyła na chybił-trafił.
„15 marca. Dzwoniłam do Basi. Nie odebrała. Może pracuje.”
Następna strona.
„22 marca. Basi telefon zajęty. Spróbuję jutro.”
Potem były tygodnie. Czasem tylko data i jedno zdanie: „Basi nie ma.” Basia przerzuciła zeszyt do końca. Ostatni wpis był sprzed trzech tygodni.
„Dzwoniłam. Basi komórka wyłączona. Może jest zmęczona.”
Basia stała nad tą szufladą, a wokół niej leżał kurz i zapach suszonej mięty, którą mama wieszała nad oknem. Miała czterdzieści siedem lat, własną firmę projektową w Gdańsku i sto trzydzieści nieodebranych połączeń od matki w ciągu roku. Nie wiedziała, iż mama to wszystko zapisuje.
Mama leżała w szpitalu we Wrzeszczu. Płuca. Od tygodnia. Basia przyjeżdżała co drugi dzień, ale zawsze w biegu — z laptopem, z telefonem przy uchu, z otwartym kalendarzem spotkań. Matka nie prosiła, żeby została. Wodziła oczami po drzwiach, jakby sprawdzała, czy córka już wyszła, czy dopiero wchodzi.
Lekarz, młody chłopak z niecierpliwym sposobem mówienia, zatrzymał Basię na korytarzu.
— Oddech jest coraz płytszy. Pani mama słabnie z dnia na dzień. Rozmawiała pani z nią o tym, czego ona teraz potrzebuje? Nie o leczeniu. O tym, co jeszcze chciałaby zdążyć.
— To znaczy?
— To znaczy, iż czasu może nie być dużo. Tygodnie, może mniej. Warto, żeby wiedziała pani, co jest dla niej ważne. Zanim będzie za późno pytać.
Basia nie wiedziała. Nie wiedziała, czego chce matka. Nie wiedziała nawet, co matka jadła w zeszły czwartek. Za to lekarz wiedział, iż Basia codziennie o dziewiętnastej odbierała telefon z firmy i wychodziła na klatkę schodową z laptopem.
Wieczorem Basia wróciła do mieszkania matki na Dolnym Mieście. Miała je sprzedać. Od pół roku. To było ustalone: sprzeda się dwa pokoje w starym budownictwie, mama zamieszka u niej, w nowym apartamencie na Przymorzu, z windą i balkonem. Tylko mama nigdy nie spakowała walizek. Mówiła: „Jeszcze miesiąc, jeszcze święta, jeszcze niech się zrobi cieplej.” Basia myślała, iż to starość. A to był strach, iż w tym nowym mieszkaniu nikt do niej nie zadzwoni, bo córka będzie jeszcze dalej.
W kuchni znalazła rachunki. Prąd, gaz, czynsz, telewizja. Wszystko opłacone do końca roku. Na dnie szuflady leżała koperta. W środku dwa bilety PKP z Gdańska do Zakopanego. Data: siedemnasty kwietnia, zeszłej wiosny. Mama kupiła je na osiem dni przed terminem. Basia nigdy o tym nie słyszała. Nikt tych biletów nie użył.
Zadzwoniła do przyjaciółki matki, pani Haliny z sąsiedniej klatki.
— A tak, jechałyśmy razem. Miała zabukowany pensjonat „Pod Śpiącym Kotem”. Mówiła, iż ci pokaże miejsce, gdzie ją ojciec zabrał czterdzieści lat temu. Czekała na ciebie do ostatniego dnia.
Basia odłożyła telefon. W zlewie stał kubek z fusami. Mama nie zdążyła go umyć.
Następnego dnia Basia poszła do szpitala wcześniej. Przeszła obok automatu z kawą, obok wózka z pościelą, obok sali numer siedem, gdzie pacjent z sąsiedniego łóżka oglądał powtórkę teleturnieju. Weszła do sali matki.
Mama spała, oddychając płytko, z otwartymi ustami. Na stoliku leżał długopis i kalendarz kieszonkowy. Basia otworzyła. Data dzisiejsza. Pod spodem jedno zdanie, napisane drżącą ręką: „Czekam, aż Basia przyjdzie.”
Basia wyjęła telefon. Wybrała numer. Nie mamy. Siebie.
Telefon odezwał się w torbie. Głośno, wibrując o klucze.
— Halo — powiedziała cicho.
Mama otworzyła oczy.
— Basia? — zapytała, jakby telefon i córka stały w dwóch różnych miejscach.
— To ja, mamo. Jestem tu.
— To czemu dzwonisz?
— Bo chciałam, żebyś usłyszała, iż dzwonię.
Mama uśmiechnęła się i po raz pierwszy tego dnia nie odwróciła oczu ku drzwiom.
Basia usiadła na krześle. Otworzyła zeszyt. Wyjęła długopis. Napisała na pustej stronie dzisiejszą datę i pod spodem: „Basia odebrała.”
Potem zrobiła coś, czego nie robiła nigdy. Wyjęła z portfela kartę płatniczą i kupiła przez telefon bilet dla mamy do Zakopanego. Nie na konkretny dzień — bilet otwarty, istotny sześć miesięcy, do wykorzystania, kiedy lekarz pozwoli chociaż na wyjazd na weekend, choćby na krótko, choćby tylko do pensjonatu i z powrotem. Sto dwadzieścia cztery złote. Potwierdzenie przyszło na maila. Zostawiła telefon na kołdrze, żeby matka widziała ekran.
— Pojedziesz z Haliną? — zapytała mama.
— Nie — odpowiedziała Basia. — Pojadę z tobą. Kiedykolwiek będziesz mogła. Choćby na godzinę do tego pensjonatu, żebyś mi pokazała to miejsce.
Matka przesunęła dłonią po kocu, powoli, jakby to była cała jej siła na ten dzień. Spojrzała na telefon. Na ekranie wciąż świeciło się potwierdzenie płatności.
— Może nie zdążę — powiedziała cicho.
— To ja pojadę i ci opowiem. A ty mi powiesz, czy dobrze zapamiętałam.
Wieczorem Basia wróciła do mieszkania matki. Spakowała jedną walizkę. Nie tę z ubraniami. Włożyła do niej zeszyt, kopertę z biletami, zdjęcie znad komody i wełniany sweter, który mama robiła przez całą zimę. Zaniosła walizkę do przedpokoju. Potem zdjęła ze ściany stary termometr, który mama zawsze sprawdzała przed wyjściem, i położyła go na wierzchu.
Na koniec wyjęła klucze. Zdjęła z kółka mały brelok w kształcie kota, który mama dostała kiedyś na Placu Dominikańskim. Schowała go do swojej torebki, do przegródki, gdzie trzymała paszport.
Wyszła na klatkę. Na parapecie stał doniczkowy fikus, którego mama podlewała co sobotę. Basia wróciła się, nalała wody do butelki po soku, podlała kwiatek. Dopiero potem zamknęła drzwi.
Zeszła po schodach. Na dole, przy skrzynkach pocztowych, stała pani Halina.
— Idziesz do mamy? — zapytała.
— Tak — powiedziała Basia. — Jutro rano. I w niedzielę. I w każdą niedzielę, dopóki będzie mnie potrzebować. A potem jeszcze dłużej.
Pani Halina podała jej słoik z rosołem.
Basia wzięła słoik. Miała zimne ręce, ale nie dlatego, iż był listopad. Słoik pachniał maggi i marchewką.
Jadąc do siebie, zatrzymała się na światłach. Sięgnęła po telefon. Wyłączyła tryb wyciszenia. Pierwszy raz od trzech lat.
Na ekranie pojawiło się powiadomienie z kalendarza. Ustawione przez mamę trzy tygodnie temu. „Jutro — zadzwonić do Basi. Ważne.”
Basia nie usunęła powiadomienia. Zapisała pod nim własną notatkę: „Zrobione. I jutro też.”
Światło zmieniło się na zielone. Za nią ktoś nacisnął klakson. Basia odłożyła telefon na siedzenie obok, tam gdzie stał słoik z rosołem, i ruszyła.













