Płaszcz, który trzymał Tomek Winiarski

newsempire24.com 8 godzin temu

Warszawa, klub Hybrydy, zima tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego roku — tak przynajmniej zapamiętał to Tomek, choć dziś, mając osiemdziesiąt kilka lat, sam nie jest pewien, czy to była zima, czy już wczesna wiosna. Pamięta za to zapach: papierosy bez filtra, rozlane piwo, wilgotny beton piwnicy przerobionej na salę koncertową. Na scenie śpiewały trzy dziewczyny z zespołu wokalnego, a pod sceną, przy stoliku zastawionym butelkami, siedziało czterech mężczyzn, którzy najpierw gwizdali, potem rzucali monetami, a na końcu jeden z nich złapał jedną z piosenkarek za rękę, kiedy schodziła po występie.

Obok Tomka siedział Bartek Osmański. Nikt wtedy nie przypuszczał, iż za dwadzieścia lat jego nazwisko będzie się pojawiać na afiszach kin w całej Polsce — iż będzie grał twardych oficerów i cwaniaków z warszawskiego bruku, role, które zapamięta sobie całe pokolenie. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym Bartek miał dwadzieścia sześć lat, pracował dorywczo jako bramkarz w tym samym klubie i statystował w Teatrze Współczesnym, gdzie koledzy z zespołu przezwali go "Herkules z Pragi" za to, iż na siłowni przy Ząbkowskiej potrafił wycisnąć sto dwadzieścia kilo.

Tomek miał wtedy dwadzieścia trzy lata i czekał na swoją pierwszą prawdziwą rolę — do tej pory grywał tylko gońca w jednoaktówkach i statystę w telewizyjnym spektaklu, za którego zapłacono mu osiemdziesiąt złotych. Poznali się trzy miesiące wcześniej na imprezie urodzinowej wspólnej znajomej, kiedy Bartek pożyczył mu dziesięć złotych na taksówkę, bo Tomek nie miał jak wrócić na Mokotów. Od tamtej pory się trzymali.

Tego wieczoru, kiedy mężczyzna przy sąsiednim stoliku złapał dziewczynę za nadgarstek, Bartek nie powiedział ani słowa. Zdjął marynarkę — ciemnogranatową, trochę za ciasną w ramionach, bo kupił ją na wyprzedaży u Chomy na Brackiej — i podał ją Tomkowi. Tomek wziął ją bez pytania. Wiedział, co się zaraz stanie.

Bartek podszedł do stolika. Czterech mężczyzn, jeden pyta coś w rodzaju "a ty czego", drugi już wstaje. Tomek później, przy niejednej kawie, opowiadał to tak: "Bartek nic nie krzyczał. Spojrzał na nich, jakby odganiał muchy znad talerza." Bójka trwała, jak twierdził Tomek, niecałą minutę. Jeden z mężczyzn poleciał na stolik sąsiedni, drugi usiadł prosto na podłogę, trzeci i czwarty wycofali się w stronę szatni, zanim zdążyli cokolwiek zrobić. Bartek wrócił, otrzepał ręce, wziął marynarkę z powrotem i usiadł, jakby nic się nie wydarzyło. Zamówił jeszcze jedno piwo.

Tomka nie zdziwiła siła kolegi — w końcu znał go z siłowni. Zdziwiło go co innego: iż Bartek przez całą bójkę ani razu się nie skrzywił, nie zawahał, nie obejrzał za siebie, czy ktoś patrzy. Zupełny brak strachu — to zapamiętał najmocniej.

Obaj pochodzili z biedy. Bartek wychował się na Pradze, ojciec pracował w zakładach kolejowych, matka sprzedawała na targu przy Różyckiego. Tomek dorastał w Łodzi, w mieszkaniu na trzecim piętrze bez łazienki, syn krawcowej, która szyła dla sąsiadek za grosze. Obaj wiedzieli, jak to jest wchodzić do świata, który wydaje się zarezerwowany dla innych — dla synów adwokatów i profesorów, nie dla chłopaków z przedmieścia.

Mijały lata. Bartek Osmański zagrał w kilku filmach wojennych, które zapadły w pamięć widzów — twardziel o zimnym spojrzeniu, który jednym gestem potrafił uciszyć salę. Tomek przebił się później, ale przebił się mocno: rola w dramacie kryminalnym, potem w filmie o powstaniu, który show'ano na festiwalu w Gdyni, przyniosła mu nagrodę i wreszcie nazwisko, które pamiętano.

Sukces nie oddalił ich od siebie. Co roku, niezależnie od tego, gdzie akurat kręcili, spotykali się w Warszawie, zwykle w tej samej knajpie przy Nowym Świecie, i zamawiali to samo — żurek i setkę czystej. Rozmawiali głównie o filmach, w których nie zagrali, i o reżyserach, którzy ich nie docenili.

W tysiąc dziewięćset siedemdziesiątym szóstym roku dostali wreszcie wspólny scenariusz — historię dwóch dawnych żołnierzy, którzy po wojnie postanawiają zbić fortunę gdzieś na wschodzie, w krainie, gdzie nikt ich nie zna, i zostać tam niemal władcami. Reżyser, Henryk Bartoszewicz, od razu wiedział, iż to musi grać ta dwójka — bo chemia między nimi na planie nie wymagała żadnej reżyserskiej sztuczki. Byli przyjaciółmi od siedemnastu lat, zanim w ogóle stanęli przed kamerą razem.

Film odniósł sukces, który przerósł oczekiwania wszystkich, łącznie z samym Bartoszewiczem. Ale to, co zostało z tamtego wieczoru w Hybrydach, nie potrzebowało kamery ani scenariusza, żeby przetrwać.

Bartek zmarł w dwa tysiące dziewiątym, mając siedemdziesiąt sześć lat, po długiej chorobie płuc. Tomek, już wtedy po osiemdziesiątce, przyjechał na pogrzeb do Warszawy z Krakowa, gdzie mieszkał od lat z córką. Nie wygłosił mowy. Stanął tylko przy trumnie, położył dłoń na drewnie i powiedział cicho do stojącego obok syna Bartka: "Twój ojciec kiedyś w dziesięć sekund załatwił czterech chłopa, a ja tylko trzymałem mu marynarkę." Syn się uśmiechnął, bo słyszał tę historię z ust ojca chyba ze dwadzieścia razy, zawsze z tym samym zakończeniem, zawsze z tą samą dumą w głosie.

Tomek zmarł trzy lata później. W testamencie zostawił synowi Bartka tę samą ciemnogranatową marynarkę — tę, którą trzymał tamtego wieczoru w Hybrydach, przechowywaną przez pięćdziesiąt trzy lata w szafie, owiniętą w prześcieradło. Dołączył kartkę: "Należy do Was. Ja tylko ją przechowałem."

Idź do oryginalnego materiału