Piotrek dorastał w wielodzietnej rodzinie. Ojciec, miłośnik kieliszka, zmieniał pracę za pracą, a mama z trudem łączyła obowiązki na poczcie i w domu, by wyżywić troje dzieci.

newskey24.com 5 dni temu

Dziennik, 17 listopada

Dorastałem w dużej rodzinie. Ojciec, miłośnik trunków, nie trzymał się żadnej pracy na dłużej, a mama ledwo dawała radę za lada okienkiem na poczcie, żeby nas wszystkich wyżywić. Byłem najstarszy. Opiekowałem się więc młodszymi siostrami, nosiłem wodę, rąbałem drewno, a kiedy dziewczynki podrosły, pomagały już w domu równie sprawnie. Ojca zabrakło, kiedy wypił z kolegami jakąś paskudną wódkę z niepewnego źródła i się otruł.

Wcale nie zrobiło się łatwiej. Mama nieraz narzekała, żałując nieudolnego męża:
Pił, to prawda, ale cichy był, nie wszczynał awantur. Zawsze parę groszy przyniósł… Ech, głowa nie od parady, Władku… na kogo nas zostawiłeś

Nie chciałem słuchać jej żalu, więc uciekałem z domu, kiedy tylko mogłem. Spotykaliśmy się z chłopakami wieczorami na skraju naszego miasteczka, przy opuszczonym drewnianym domku. Nikt tam już nie mieszkał, a szerokie schody były jak stworzone do przesiadywania. My, dzieciaki z całej okolicy, siadaliśmy jak wróble: ktoś przynosił pestki słonecznika, ktoś inne smakołyki, a kolejno snuliśmy prawdziwe i zmyślone historyjki z życia.

Ja nigdy nie miałem pieniędzy na pestki, mama na takie rzeczy nie wydawała oszczędzała na wszystkim, gdzie się dało. Jednak sąsiadka i przyjaciółka z dzieciństwa, Madzia, zawsze częstowała mnie pestkami. Robiła to spokojnie, po cichutku, sypiąc mi do kieszeni albo na dłoń aromatyczne, tłuste ziarenka…

Dziękowałem jej półgębkiem i jadłem pestki z takim samym zachwytem jak pozostali. Miałem wrażenie, iż Madzia siada specjalnie obok mnie, żebym czuł się swobodnie. Na początku trochę się wstydziłem, ale potem sam z przyjemnością dosiadałem się do tej dobrej, szczodrej dziewczyny.

Sumienie nie pozwalało mi tak po prostu przyjmować podarunków. Zacząłem więc po lekcjach odwiedzać Madzię, kiedy pieliła grządki w ogrodzie. Za każdym razem pytałem:
Twoi w pracy?
Oczywiście, jak zwykle odpowiadała i uśmiechała się łagodnie.
Siadałem przy zagonkach i gwałtownie pomagałem jej w pletniu, a rozmowa toczyła się naturalnie o wszystkim i niczym.

Po pracy Madzia zawsze zapraszała mnie do ogrodu, do herbaty z miodem i talerzyka z cukierkami oraz kołaczami. Odmawiałem przez grzeczność, ale ona nie dawała mi wyjść głodnemu i bez słodkości. W moim domu cukierki pojawiały się rzadko tylko od święta. Dlatego w duchu byłem ogromnie wdzięczny Madii za jej serce.

Starałem się być pilnym uczniem, żeby nie odstawać, chociaż nauka nie przychodziła mi łatwo. Za to w sporcie nie miałem sobie równych, dlatego po maturze poszedłem na AWF do Poznania. Madzia wybrała szkołę pielęgniarską.

Czas mijał, dorośliśmy, kontaktowaliśmy się coraz rzadziej, chyba iż przy okazji świąt wracaliśmy w rodzinne strony. Ja niegdyś wątły chłopiec wyrosłem na dobrze zbudowanego mężczyznę, a Madzia pozostała tą samą błękitnooką, urodziwą dziewczyną, tylko bardziej pogodną i śmiałą.

Wyszła za mąż młodo, bo wcześnie została sierotą po tragicznej śmierci rodziców w wypadku. Chciała uciec od bólu, pragnęła gwałtownie założyć własny dom. Kiedy dowiedziałem się, iż wyszła za Mietka krzykacza i zuchwałego chłopaka z naszej wsi byłem zdziwiony. Wydawało mi się, iż kompletnie do siebie nie pasują. Ale rok później urodził im się syn.

Ja sam nie spieszyłem się z własnym życiem rodzinnym. W pracy w miejskiej szkole sportowej o dziwo radziłem sobie tak dobrze, iż po paru latach awansowałem na kierownika nowego ośrodka w Szczecinie.

Siostry już dawno się usamodzielniły i wyjechały do miasta. A Madzi nie działo się najlepiej.
Nieszczęście, skarżyła się mi czasem mama, mąż Madzi to cały nasz Władek. Pije tak samo, pracą się nie przejmuje… Żadna korzyść z niego nie ma, i żona, i dziecko mu obojętne… Jak ja ją rozumiem!

Pięści same zaciskały mi się na myśl o jej losie.
Po co ona za niego wyszła? Przecież wcześniej miała wszystko, co potrzeba. Teraz tylko smutek. Przypominam sobie własnego ojca… Co za nieszczęście.

Mama dalej opowiadała:
Zabiera z domu wszystko na sprzedaż radio, ubrania, cenny kryształ po rodzicach Madzi, choćby ręczniki… I są tacy, co kupią. Wiedzą, iż na wódkę, a i tak biorą…

Może Madzia potrzebuje pieniędzy? zapytałem wprost.
Nie prosi o pożyczki, ale żyje bardzo biednie. Zarabia grosze, a od męża grosza nie dostaje…

Chodziłem nerwowy, matka zorientowała się, iż powiedziała mi za dużo.
Ale ty się, synku, do ich życia nie wtrącaj. Cudze małżeństwo mrok i tajemnica. jeżeli z nim mieszka, musi kochać… poprosiła.

Wtedy wreszcie powiedziałem jej, jak Madzia przez całe dzieciństwo dzieliła się ze mną pestkami, ciastem, herbatą, cukierkami. Że nie mogę spokojnie patrzeć, jak teraz cierpi, zwłaszcza z małym dzieckiem na rękach.

Co masz zamiar zrobić, Danielu? zapytała zaniepokojona. Tylko nie podnoś ręki na tego pijaka, od takich lepiej się trzymać z daleka! Lepiej pomóżmy jej, jak potrafimy.

Pokiwałem głową i wróciłem do miasta, ale kilka dni później zawitałem z powrotem na wieś swoim samochodem. Przywiozłem mamie do domu dwa worki i kilka pudeł z produktami, a także paczki z ubraniami.
Co to? Przeprowadzasz się, synku? śmiała się mama, ciesząc się z mojej obecności.
Nie, mamo, pracę i mieszkanie mam w mieście, a to podarki dla ciebie. Worki z pestkami Madzia zrozumie, o co chodzi. Sam nie chcę jej nosić zakupów. Ty najlepiej wiesz, jak podzielić coś dla siebie, coś podsuniesz Madzi.

A siostry? Przecież one też mogłyby coś dostać
Przecież wiesz, iż na każde święta wysyłam im przelewy. Dobrze się im wiedzie, mają porządnych mężów. Dzięki Bogu.

Rzeczywiście westchnęła mama.
Wiesz, jakby Madzi czegoś brakło, przyniesiesz jej po troszeczku, żeby ludzie nie widzieli, ale regularnie. Niczego wam nie zabraknie. Jak się skończy, przywiozę znowu.

Przytuliłem mamę mocno. Pojechałem, a ona od razu poszła do spiżarni. W workach znalazła najlepsze wyselekcjonowane pestki słonecznika.
Ależ ja ich uprażę na blasze Pyszności będą ucieszyła się jak dziecko.

W pudełkach była mleczna czekolada, konserwy, kasza, makaron, kilka paczek mąki. W osobnej torbie cała masa cukierków. Przełożyła je do kredensu, nie mogąc się nadziwić mojej szczodrości.

Już wcześniej przynosiłem jej produkty z miasta czasami słodycze, czasami świeżą dorszową rybę, którą lubiła. Ale tym razem było tego znacznie więcej.
Ach ty, Danielu, dobra duszo… Tylko gdzie twoje szczęście? myślała, przekładając wszystko do szafek.

Zrobiła, jak prosiłem. Raz w tygodniu, wieczorem, zachodziła do Madzi, niosąc jej zawiniątek ukryty pod kurtką. Madzia najpierw wzbraniała się, aż któregoś razu przyniosła jej całe wiadro pestek. Wtedy domyśliła się już, od kogo pochodzi pomoc.

Madzia popłakała się, sortując pestki palcami jak kiedyś.
Pozdrów Daniela, dziękuję mu bardzo. Tyle lat minęło, a pamięta. Jestem naprawdę wdzięczna. Tylko niech już o nas się nie zamartwia Dwa tygodnie temu złożyłam pozew o rozwód. Będzie lepiej, wszystko się w końcu ułoży.

Mama kiwnęła tylko głową i wróciła do domu, nie mogąc się zdecydować, co myśleć. Madzia będzie wolna, a mój syn wciąż kawaler
Co przyniesie los mruczała pod nosem może mój Daniel zdecyduje się żenić z Madzią?

Lata mijały. Mama przez cały czas chodziła do Madzi z prezentami. Piły herbatę razem, Madzia powoli przekonywała się do przyjmowania pomocy, obiecując oddać wszystko, gdy tylko stanie na nogi.
To nie dla ciebie, tylko dla twojego synka. jeżeli nie chcesz przyjmować, to nie odmawiaj chłopcu. Pan Bóg pomaga przez dobre ręce innych ludzi. Tak widać trzeba… pocieszała ją mama.

Madzia rozwiodła się i już rok żyła sama. Znowu częściej się uśmiechała. W jej domu powiesiły się nowe firanki, a synek Bartek, cały do mamy podobny, chodził już do przedszkola. Czasem mama siadała z nim, kiedy Madzia szła do pracy, on zwracał się do niej babciu. Za każdym powrotem do rodzinnego domu przywoziłem Bartkowi nową zabawkę. Siadaliśmy u mamy, piliśmy herbatę, wspominaliśmy dzieciństwo, a bolesny czas małżeństwa Madzi przemilczaliśmy jakby tych paru lat nigdy nie było.

Coraz częściej zjawiałem się na wsi. Pytałem:
Madzia ostatnio była? A Bartek bawi się dzisiaj u ciebie?
Synku, najpierw może wypytaj o moje zdrowie… żartowała mama.
Oj, wybacz mamo. Jak się czujesz? odpowiadałem, ale już wyglądałem przez okno.
Idź już, idź. Ona dziś wolna. Też pewnie czeka na ciebie. Wszyscy już plotkują. Kończcie tę grę w ciuciubabkę
Zawsze tak u nas roześmiałem się zanim zdążysz coś przeżyć, ludzie już snują plany.

Objąłem mamę.
Za co mnie tak ściskasz? zapytała zdziwiona.
Dziękuję ci, mamo. Wszystko rozumiesz i przyjmujesz najlepiej, jak można.

Mama przeżegnała mnie i poszła do obrazka świętego. Ja wyszedłem na ganek, gwałtownie wróciłem jeszcze do sieni i wyciągnąłem bukiet białych chryzantem. Bez wstydu powędrowałem znajomą ścieżką pod dom Madzi. Plotkują, plotkują… Oj, jeszcze nie wiedzą, co będzie. Jeszcze pokażę tym wszystkim.

Zbliżałem się do starego ganku, a Madzia, przytrzymując oddech, stała w cieniu pokoju za firanką i patrzyła, jak zbliżam się do jej drzwi z kwiatamiMadzia siedziała na ławce pod jabłonią, w cieniu miękko spływającym po kolanach. Bartek bawił się w piaskownicy, wznosząc zamek z piasku i uśmiechając się do swoich wyobrażonych poddanych. Drgnęła, widząc mnie u furtki. Niosłem bukiet chryzantem jak niemą obietnicę prosty, biały, taki jak ona dawniej dała mi swój uśmiech i kilka pestek do podzielenia się światem.

Mam wrażenie, iż zadrżała nieśmiało, ale tym razem to ja usiadłem obok niej, nie pozostawiając miejsca na zawahanie. Podałem kwiaty, a ona przyjęła je w milczeniu, ocierając łzę z policzka ze wzruszenia lub ulgi, nie wiem. Przez chwilę wąchaliśmy zapach chłodnego powietrza i pożółkłych liści spadających miękko na trawę. Zamiast pytać o minione smutki, powiedziałem po prostu:

Madziu, może zaczniemy wszystko od nowa? Już bez oddzielnych kieszeni, bez ukradkowych pestek, a tylko razem jak dawniej.

Spojrzała na mnie tymi swoimi błękitnymi oczami, które kiedyś rozświetlały całe moje dzieciństwo.

I bez ciuciubabki dodała, uśmiechając się drżącym głosem.

Bartek, usłyszawszy nasze śmiechy, podbiegł i włączył się do rozmowy z powagą małego króla piasku. Słońce łagodnie dotykało nam twarzy świat stawał się pełniejszy i cichszy zarazem. Już wiedziałem: tamtego popołudnia, pod wspólnym niebem, życie zaczęło się naprawdę bez niedomówień, bez lęku i głodu, bez odwrotu. Nowe, nasze.

A w domu mama, zerkając w okno, z uśmiechem wieszała w kredensie nową paczkę pestek na wszelki wypadek. Bo wiedziała najlepiej czasami szczęście wraca właśnie wtedy, gdy najbardziej się na nie czeka.

Idź do oryginalnego materiału