Piotr siedział w gabinecie, gdy zadzwonił telefon.
Na ekranie zobaczył imię żony.
Rzadko dzwoniła w środku dnia.
– Cześć, Kinga. Coś się stało? – spytał, nie odrywając wzroku od monitora.
– Stało się – jej głos drżał. – Wyrzucili nas. Nie mamy gdzie mieszkać.
– Co?! Pożar? Włamanie? – podskoczył na krześle.
– Z mieszkaniem wszystko w porządku. Tylko nie wolno nam tam już mieszkać.
– Jak to „nie wolno”? To nasze mieszkanie!
– Twoja matka tak zdecydowała – wybuchnęła Kinga.
W jej głosie był ból, gniew i rozpacz.
Wiele lat temu przeprowadzili się do Warszawy z dziećmi.
Starsza córka miała siedem lat, młodsza pięć.
Zaczynali od wynajmu, pracując bez wytchnienia.
Potem los się uśmiechnął – ojciec Kingi odziedziczył mieszkanie po dalekim krewnym.
– Mieszkajcie – powiedział staruszek. – Mieszkanie zostanie na moje nazwisko, ale wam nie będę przeszkadzał.
Zrobili remont, kupili meble.
Czuli, iż to ich dom, choć formalnie nie był.
Tylko Kinga wciąż czuła niepokój.
– Wszystko tu włożyliśmy, a nie mamy tego na papierze – mówiła mężowi.
– Nie martw się. Kto nas wyrzuci? Przecież nie jesteśmy obcy – odpowiadał Piotr.
Stało się gorzej.
Wyrzuciła ich własna rodzina.
Punktem zwrotnym były urodziny ojca Piotra.
Dzień później teściowa, Helena Wojciechowska, oznajmiła nowinę.
– Zdecydowaliśmy. Nasz siostrzeniec, Bartosz, zamieszka u was. Dostał się na studia, w akademiku ciasno.
Kinga zamarła.
Piotr tylko skinął głową.
– Bez problemu. Miejsca starczy – powiedział spokojnie.
Kinga chciała krzyczeć, ale ugryzła się w język.
Coś w niej jednak pękło.
Bartosz wprowadził się jak pan domu.
Jadł na kanapie, klął, niczego nie szanował.
Wtedy przyjechali rodzice Piotra, niby w odwiedziny do wnuka.
– Bartosz ma brudne buty! Kurtka nie uprana! Gdzie pierogi?! – krzyczała teściowa.
Rozkazywała jak generał.
Potem zwróciła się prosto do Kingi.
– Nie rozumiem, jak mój syn może żyć z taką jak ty. Powinnaś odejść.
– Gdzie mam iść? Córki mają swoje rodziny, wynajem drogi – odpowiedziała Kinga cicho.
– To nie mój problem. Pakuj się.
Kinga odmówiła, a teściowa rzuciła ostatnie słowo.
– Wszystko wyjaśnię Piotrowi. On podpisze pozew o rozwód.
Kinga pakowała rzeczy w milczeniu, łzy same płynęły.
Piotr dowiedział się i rzucił wszystko.
– Mamo, co ty wyprawiasz? Wyrzuciłaś moją żonę?!
– Jest tu zbędna. A do tego pije!
– Co takiego?!
– Słyszałam brzęk butelek. Mieszkanie jest na mnie, ja decyduję.
– Mamo, to Bartosz wyniósł śmieci!
– jeżeli ona się tu jeszcze pojawi, nie licz na litość.
– Wtedy ja też idę z nią – powiedział Piotr.
– Tym lepiej. Bartosz ma dziewczynę, będzie gdzie mieszkać.
Piotr zacisnął pięści, ale się nie poddał.
– Dobrze. Dwa dni i nas tu nie będzie.
– Kinga, nie płacz. Wywieziemy wszystko, pomoże Krzysztof. Kupimy swoje mieszkanie.
Po trzech dniach wróciła teściowa z Martą, obładowane torbami jak na wojnę.
– Oni naprawdę się wyprowadzili?! – osłupiała Marta.
– Pusto. Brak kuchenki. Brak lodówki. Meble zniknęły.
– Na balkon wyniesiemy zapasy – powiedziała Helena.
– Tam leje! Mamo, tu choćby nie ma gdzie spać!
Helena wybrała numer syna.
Nie odebrał.
Wnuczki też nie podnosiły słuchawki.
Zostały same, w pustym mieszkaniu, bez rodziny.
Piotr i Kinga zaczęli od nowa, już bez niczyjej litości.












