Pillion – recenzja filmu. Uczuciowe niewolnictwo

popkulturowcy.pl 2 godzin temu

Seksualność i intymność to domena filmu Pillion. Produkcja trzyma w napięciu i zaskakuje przerażającym klimatem. Radzi sobie z tymi tematami w sposób doskonały, choć kontrowersyjny.

Film Pillion opowiada o nieśmiałym Colinie, który bez wahania daje się zakuć w miłosne kajdany przystojnego motocyklisty Raya. Chłopak wykonuje każde zadanie i najmniejsze przysługi, aby walczyć o zainteresowanie członka klubu bikersów. Przemiana Colina to szok dla rodziny, ale także dla niego samego. Utrata kontroli i całkowite oddanie — kto by pomyślał, iż to takie przyjemne? Reżyserem i scenarzystą produkcji jest Harry Lighton. Fabuła powstała na podstawie powieści Box Hill autorstwa Adama Mars-Jonesa.

W ostatnim czasie pojawiło się kilka produkcji o mocnym zabarwieniu erotycznym, które zdobyły zainteresowanie widzów. Mowa tutaj o Wichrowych wzgórzach oraz serialu Gorąca rywalizacja, którego odcinki w Polsce dopiero się pojawiają. Pillion wyróżnia się wśród nich swoją brutalnością. Głównym tematem filmu jest w końcu dosłownie niewolniczy związek. Główny bohater Colin jest postacią naprawdę uroczą. Gdy popada w bezgraniczną zależność, ten naturalistyczny świat nadaje historii niesamowitego dramatyzmu. Dzięki kategorii 18+ twórca nie ma żadnych hamulców, co również wiąże się z pewnymi problemami.

A mianowicie film wykorzystuje i powiela dość szkodliwe stereotypy o społeczności LGBT czy motocyklistach. Mimo iż wykorzystuje to naprawdę funkcjonalnie, cała obrzydliwość wynikająca z ukazanych scen zbliżeń może mieć odwrotny skutek. Jest to mankament, który wiąże się z obraną przez twórcę formułą, ale zdecydowanie nie można tego faktu pominąć. Na całe szczęście reżyser zadbał o pewną równowagę między brawurowością a przekazem. Intymność działa tu na rzecz historii, a nie jest tylko pokazem, który ma przyciągnąć odbiorców. W związku z tym ta kwestia staje się komentarzem do relacji partnerskich niż próbą realistycznego przedstawienia par homoseksualnych.

fot. kadr z filmu

W scenariuszu zaskakuje głębia i psychologiczny przekaz tej historii. Dialogi nie starają się na siłę nieść jakiejś wartości. Gdy jednak przysłuchamy się tekstom, np. Colina, zauważymy, jak Lighton sprytnie opowiada o miłości, zaufaniu, samotności i stawianiu granic. To ostatnie jest szczególnie istotne w wydźwięku produkcji. Zatracenie się w swoich potrzebach, nie do końca je znając, oraz odkrywanie swojego „ja” często wiąże się z wieloma trudnościami. Co cudownie ukazuje wątek rodzinny Colina, trudności te bezlitośnie dotykają każdego elementu życia bohatera.

Na aprobatę zasługuje aktorstwo Harry’ego Mellinga i Alexandra Skarsgårda. Ich role to twardy orzech do zgryzienia dla wszystkich aktora. Zagwarantowały to ogromny ładunek emocjonalny i wysoki stopień intymności w wielu scenach. Jednak trzeba przyznać, iż obaj poradzili sobie fenomenalnie. Chemia między bohaterami jest niesamowicie wiarygodna, a wręcz hipnotyzująca. Zarówno Colin, jak i Ray, to postacie inteligentnie „zaprojektowane” przez Lightona. Obaj żyją pod pewnymi maskami, którą Colin stopniowo ściąga, natomiast Ray jeszcze mocniej przyciska do twarzy.

fot. kadr z filmu

Historia skupiona na Colinie okazuje się równie istotną z perspektywy samego Raya. Jego postać opowiada o strachu przed prawdziwymi uczuciami. Pillion pokazuje, jak skomplikowanym i trudnym uczuciem jest miłość. Ray, z zewnątrz przystojny i stanowczy, okazuje się wewnątrz bardzo wrażliwy i lękliwy. Ukrywa to pod warstwą dominującego partnera, który bez ogródek wykorzystuje słabszego, by spełnić swoje potrzeby seksualne.

W Pillionie z historią odpowiednio współpracuje także montaż, który „oddycha”. Wszelkie wątki prowadzone są w sposób często nieprzewidywalny. Natomiast sceny emocjonalne mają czas odpowiednio długo wybrzmiewać. To wiąże się również z napięciem i niezręcznością w relacji Colina i Raya. Niepokojąca cisza i ciągły strach przed agresją dominującego partnera działa lepiej niż w niektórych horrorach. Tu ponownie aktorstwo Mellinga i Skarsgårda przyprawiało o dreszcze. Niektóre sceny osiągały taki poziom, iż wpadały w kategorię absurdalnej komedii, co tylko wzmocniło wielowymiarowość postaci Colina. Czarny humor stanowi bardzo interesujący kontrast do głębszej analizy psychologicznej bohaterów i świetnie łączy się z niezdarnym charakterem Colina.

Harry Lighton mógł pokusić się o trochę bardziej odważne zdjęcia. Te nie zaskakują niczym szczególnym i są raczej poprawne. Dobór ujęć jest dość standardowy, co nie znaczy, iż nie działa. Niemniej Nick Morris, autor zdjęć do filmu, mógł znacznie urozmaicić historię oraz wzmocnić jej surowy i drastyczny charakter. Ten zarzut tyczy się również muzyki, która ani trochę nie zapada w pamięć. Brakowało w niej psychodelicznego klimatu, o który często zahaczała produkcja.

fot. kadr z filmu

Pillion ma do zaoferowania wiele trudnych w przedstawieniu tematów — samotność, skrywana kruchość czy odkrywanie swojej tożsamości. Harry Lighton genialnie radzi sobie z intymnością i tworzy rozbudowanych bohaterów, których losy są naprawdę przejmujące. Duet aktorski Melling-Skarsgård zapada w pamięć, jest prawdziwie dynamiczny i wiarygodny. Choć produkcja powiela kilka szkodliwych stereotypów, dobrze balansuje wśród naturalizmu, czarnej komedii i warstwy emocjonalnej. Zabrakło mi jednak trochę odwagi w technicznych aspektach jak zdjęcia i muzyka.

Nie jest to zdecydowanie film dla wszystkich i należy być gotowym na przekraczanie wielu granic. Jest to mimo wszystko produkcja wartościowa, która znakomicie realizuje wyżej wymienione kwestie.


fot. główna: kadr z filmu

Idź do oryginalnego materiału