Nazywam się Barbara Wachowska, mam pięćdziesiąt osiem lat i od jedenastu lat sprzątam klatkę schodową przy ulicy Kwiatowej w Gdyni — dwa razy w tygodniu, za sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie od mieszkania. Znam tam każdego, kto trzaska drzwiami, kto zostawia buty na wycieraczce, a kto nigdy nie mówi „dzień dobry". Państwo Sadowscy z trzeciego piętra, Renata i Tomasz, mówili zawsze. To była ich cecha — Renata choćby pamiętała, iż mój wnuk zaczął chodzić do przedszkola przy ulicy Świętojańskiej.
We wtorek, jakoś w połowie sierpnia, spotkałam Renatę na klatce z dwiema walizkami i dwójką dzieci ubranych jakby na wyjazd, choć wakacje szkolne już się kończyły. Miała minę taką, jakby ktoś jej zabrał ziemię spod nóg, choć się uśmiechała.
— Tomek wysyła nas do Sopotu, do hotelu. Na tydzień — powiedziała, poprawiając pasek torby na ramieniu.
Zapytałam, czy to jakaś rocznica. Pokręciła głową.
— Mówi, iż to niespodzianka. Że zasłużyłam na odpoczynek.
Nie spytałam więcej, bo nie moja sprawa, ale coś mi w tym nie pasowało. Ona jeździła do teściowej na urodziny bez niego, on nigdy nie organizował niczego z wyprzedzeniem większym niż dzień. A tu nagle hotel, śniadanie w cenie, on zostaje sam w mieszkaniu, nie jedzie choćby na jedną noc. Zapamiętałam to, bo tego samego popołudnia, kiedy myłam schody na drugim piętrze, zobaczyłam, jak Tomasz wnosi do windy dwa duże pudła kartonowe zaklejone taśmą i coś, co wyglądało jak zwinięty dywan. Nie powiedział mi dzień dobry, co było do niego niepodobne, tylko kiwnął głową i wcisnął guzik windy łokciem, bo miał ręce zajęte.
Przez następne dni sprzątałam jak zwykle, dwa razy — we wtorek i w piątek. W piątek, kiedy myłam poręcz przy ich drzwiach, usłyszałam z mieszkania wiertarkę i uderzenia młotka, a potem głosy dwóch mężczyzn — jeden z nich wyraźnie z Ukrainy, sądząc po akcencie, mówił coś o „jeszcze dwa dni roboty". Pomyślałam sobie, iż może remontuje łazienkę, bo od pół roku Renata narzekała na kran, który cieknie. Ale dwa duże pudła i zwinięty dywan to nie hydraulika.
Renata dzwoniła do mnie dwa razy z Sopotu — nie żeby coś sprawdzić, tylko dlatego, iż nie miała z kim pogadać, a mnie zna od lat. Mówiła, iż dzieci pluskają się w hotelowym basenie, iż ona sama siedzi na balkonie i patrzy na morze, i iż Tomasz odpisuje jej krótko, „w porządku, wszystko gra", nic więcej. W jej głosie było coś napiętego, jakby trzymała słuchawkę zbyt mocno. Powiedziała mi wprost:
— Basiu, ja czuję, iż on tam kogoś zaprosił. Że dlatego mnie stąd wywiózł.
Nie umiałam jej powiedzieć, co widziałam, bo sama nie wiedziałam, co to znaczy. Powiedziałam tylko, żeby się nie truła na zapas, iż przecież zna go jedenaście lat i wie, jaki jest.
W czwartek wieczorem, szóstej doby ich pobytu, zobaczyłam ją znowu na klatce — sama, bez walizki, w dresie, z twarzą kogoś, kto jechał całą drogę z zaciśniętymi zębami. Zostawiła dzieci u swojej siostry w Redzie, wsiadła w SKM-kę do Gdyni Głównej, a stamtąd piechotą, bo nie chciała czekać na autobus. Powiedziała mi to później, kiedy już wszystko się wyjaśniło, ale wtedy, tego wieczoru, po prostu minęła mnie na schodach bez słowa, z kluczami już w dłoni.
Ja akurat wynosiłam worek ze śmietnika na dole i widziałam, jak otwiera drzwi swojego mieszkania — nie tak, jak zwykle, tylko powoli, jakby się bała tego, co zobaczy. Zapaliło się światło w przedpokoju. Usłyszałam jej głos, ale nie krzyk, nie płacz — raczej takie zdziwione „o Boże" powiedziane cicho, jakby do siebie.
Weszłam po schodach, bo mieszkam piętro wyżej i tak czy inaczej musiałam tamtędy przechodzić, i przez uchylone drzwi zobaczyłam kawałek ich salonu. Nie było tam żadnej kobiety w cudzej sukience, żadnego kieliszka po winie na dwie osoby, żadnego zapachu perfum, którego by nie znała. Zamiast tego zobaczyłam nowe drewniane półki na całą ścianę, jeszcze pachnące lakierem, i Tomasza w starym podkoszulku, z pędzlem w ręku, klęczącego przy niedomalowanym listwie przypodłogowej. Na stole leżały śrubki, poziomica i instrukcja z jakiegoś sklepu meblowego.
To był pokój dla jej mamy.
Renata mi to opowiedziała dopiero w niedzielę, kiedy przyszłam po klucz, żeby wynieść odpady wielkogabarytowe zostawione na klatce. Jej matka, pani Grażyna, miała siedemdziesiąt dwa lata i mieszkała sama w Wejherowie, w bloku bez windy, na czwartym piętrze. Od marca dwa razy upadła na schodach, drugi raz złamała nadgarstek. Tomasz od miesięcy powtarzał, iż trzeba coś zrobić, ale Renata się broniła — bała się, iż matka poczuje się ciężarem, iż będzie awantura o „obcy dom", o to, iż traci niezależność.
Tomasz zamiast się z nią kłócić, po prostu to zrobił po cichu. Zamienił swój gabinet, ten mały pokój z widokiem na podwórko, gdzie trzymał wędki i stary komputer, na pokój dla teściowej — z osobnym wejściem do łazienki, z uchwytami przy prysznicu, z łóżkiem, które da się podnieść pilotem. Wynajął dwóch fachowców, załatwił wszystko w tydzień, żeby zdążyć, zanim pani Grażyna wróci z sanatorium w Kołobrzegu, gdzie akurat przebywała od dwóch tygodni. Chciał, żeby to była niespodzianka — dla obu kobiet naraz.
— Bałem się, iż jak ci powiem, to zaczniesz się kłócić, iż to za dużo, iż mama nie zechce — powiedział jej tamtego wieczoru, siedząc na podłodze wśród puszek z farbą. — A jeszcze bardziej bałem się, iż jak zostaniecie w domu, to dzieci będą się kręcić pod nogami i ktoś się skaleczy o wiertarkę.
Renata usiadła obok niego na tej niedomalowanej podłodze i, jak mi mówiła, płakała z ulgi tak mocno, iż aż czkała, a Tomasz nie wiedział, co robić, więc podał jej rolkę papieru kuchennego zamiast chusteczek, bo nic innego nie miał pod ręką.
Pani Grażyna wróciła z Kołobrzegu we wtorek. Widziałam, jak Tomasz niósł jej walizkę po schodach, bo winda akurat była zepsuta — trzeci raz w tym miesiącu, dozorca obiecywał naprawę od dawna. Kiedy otworzyła drzwi do swojego nowego pokoju, stanęła w progu i długo nic nie mówiła, tylko przesunęła dłonią po framudze, tam gdzie Tomasz przykręcił uchwyt.
Renata przełożyła teraz dyżury sprzątania na inny dzień, bo matka lubi, żeby ktoś był w domu, kiedy ona wychodzi po zakupy na targ przy alei Zwycięstwa. Dziś, myjąc klatkę przy ich drzwiach, słyszałam, jak we trójkę szykują się do wyjścia — pani Grażyna szuka laski, Renata poprawia jej szal na ramionach, Tomasz mówi coś o warzywniaku i świeżych pomidorach z Kaszub. Wyszłam na schody akurat, kiedy mijali mnie w drodze na dół, cała trójka, i usłyszałam ich śmiech, urwany przez trzaśnięcie drzwi na parterze — z czego się śmiali, tego już nie dosłyszałam. Zobaczyłam tylko, jak pani Grażyna przystaje na chwilę przy poręczy, którą Tomasz kazał zamontować dodatkowo na klatce, i jak jej dłoń, ta sama, która przed miesiącem dotknęła uchwytu w łazience, teraz spokojnie ślizga się po metalu w dół, stopień po stopniu, bez pośpiechu.











