Mieszkam na Mazurach, w Rucianem-Nidzie, dwa domki od działki Jolanty i Mirosława Grabowskich, od dwudziestu dwóch lat zajmuję się u nich ogrodem i czasem pilnuję psa, kiedy wyjeżdżają. Tamten piątek pamiętam dokładnie, bo akurat przycinałem żywopłot, a z ich altany dobiegał hałas, jakby ktoś przewracał meble.
Jolanta ma sześćdziesiąt trzy lata, uczyła kiedyś chemii w liceum, teraz robi dżemy i hoduje pomidory w tunelu foliowym. Mirosław, rok starszy, przez całe życie naprawiał silniki, na emeryturze naprawia wszystko, co stoi — czasem rzeczy, które wcale naprawy nie wymagają. Tego dnia wyszedł z prysznica w mokrych klapkach i przeszedł przez werandę, którą Jolanta właśnie umyła.
Słyszałem przez żywopłot:
— Ja tylko umyłam podłogę.
— Wyschnie.
— Ja też kiedyś wyschnę.
— Jolka, nie zaczynaj.
To „nie zaczynaj" Mirosław stosował jak gaśnicę od trzydziestu ośmiu lat małżeństwa. Zmęczona — nie zaczynaj. Prosi, żeby nie kładł śrubokrętów na stole kuchennym — nie zaczynaj. Pyta, czemu naprawia traktorek sąsiada, a ich własny kran cieknie od maja — też nie zaczynaj.
Potem przyszła cisza, a po niej głos Jolanty, już spokojniejszy, ale z tą twardością, którą znam z rozmów o grzybach, kiedy ktoś przynosi jej muchomory i mówi, iż to borowiki:
— A gdzie mam kończyć, jeżeli mi nigdy nie dają zacząć?
Pół godziny później — bo akurat przesadzałem porzeczki pod ich płotem i słyszałem wszystko — wygrzebali z pamięci urlop w Chorwacji z dziewięćdziesiątego dziewiątego roku, teściową, słoiki przestawiane w spiżarni i te kolczyki, które Mirosław kupił na rocznicę, a które Jolanta nosiła może dwa razy.
Potem oboje ucichli. Usłyszałem tylko:
— Zamieszkajmy osobno.
— Gdzie? Mamy pół hektara.
— Tutaj. Ty w domu. Ja w letniej kuchni.
Działka Grabowskich jest zwyczajna: dom, letnia kuchnia z piecykiem gazowym, szopa na narzędzia, tunel foliowy i prysznic na zewnątrz, do którego zawsze trzeba iść akurat wtedy, gdy pada. Rozwód ustalili do poniedziałku — bez prawnika, bez podziału majątku, tylko do poniedziałku.
Widziałem, jak Jolanta niesie do letniej kuchni poduszkę, szlafrok, ładowarkę, kubek i mały czajnik elektryczny — ten żółty, który dostała od siostry na Boże Narodzenie. Mirosław patrzył z progu, z ręcznikiem na szyi, i uśmiechał się, aż zauważył, iż żona bierze też sól.
— Sól jest nasza.
— Ja ją kupiłam.
— Za nasze pieniądze.
— Mieszkamy teraz osobno.
Na drzwiach domu wisiał papier — widziałem go później, kiedy przyniosłem im skrzynkę jabłek. Napisane było odręcznie, długopisem: „Prysznic: Mirosław do 8:00 i po 20:00. Jolanta od 8:00 do 20:00. Lodówka: górna półka — Mirosław, dolna — Jolanta. Nie brać cudzych narzędzi, produktów, naczyń. Skarg sobie nie zgłaszamy." Pod tym dopisek innym charakterem pisma: „5. Rad bez pytania nie udzielamy." I jeszcze jeden: „6. Reguł samodzielnie nie dopisywać." Linia pośrodku kartki, narysowana linijką.
Sobotni wieczór był burzowy. Mój pies, Reksio, szczekał na grzmoty, więc stałem na zewnątrz i widziałem, jak w letniej kuchni Grabowskich gaśnie światło, a potem zapala się znowu — Jolanta wstawała podkładać wiadro pod przeciekającą rynnę. Usłyszałem trzask okiennicy w domu głównym. Potem huk, jakby coś spadło.
Jolanta wyszła pod deszcz w samej koszuli nocnej. Drzwi domu były otwarte, Mirosław stał na krześle, próbując dosięgnąć ramy okna, a na podłodze leżała doniczka z geranium, rozsypana ziemia.
— Nie przyszłam pomagać — powiedziała od progu, dość głośno, bo deszcz tłukł w blachę. — Hałas mi przeszkadza.
— Sam sobie poradzę.
— Widzę.
Krzesło się zachwiało. Przytrzymała oparcie. Mirosław zamknął okiennicę.
— Dziękuję.
— To nie pomoc. To usunięcie hałasu.
Rano, kiedy przyszedłem po skrzynkę na jabłka, czuło się spalony tłuszcz w powietrzu — Mirosław zrobił sobie jajecznicę i zbyt późno przypomniał sobie o oleju. Jolanta siedziała przy letniej kuchni z twarożkiem i jabłkiem, nie patrząc w jego stronę, choć patrzyła.
Zostawiłem im skrzynkę pod płotem i usłyszałem jeszcze, jak Mirosław mówi z progu, z talerzem przypalonej jajecznicy:
— Wyszło nieźle.
— Nic nie pytałam.
— Tylko mówię.
— Punkt czwarty.
— To nie skarga.
— Wygląda jak prośba o współczucie.
Zjadł to przypalone jajo do ostatniego kęsa, z zasady, jak mi się zdaje.
Mój syn akurat pomagał im z pompą do studni w sobotę po obiedzie — mieszka trzy domy dalej i naprawia takie rzeczy za piwo. Powiedział mi później, iż Mirosław rozebrał pompę na części, zapomniał sfotografować, jak była złożona, i przez czterdzieści minut przeklinał pod nosem, aż Jolanta nie wytrzymała i podeszła.
— Nie radzę. Tylko pytam: ta mała podkładka gdzie stała?
— Wiem.
— To dobrze.
— Przy zaworze, pewnie.
— Pewnie?
— Jolka, nie zaczynaj.
Odwróciła się, żeby odejść. Złapał ją za łokieć.
— Czekaj. Po prostu zerknij.
— Punkt piąty.
— Ja proszę.
Złożyli pompę razem. Ona trzymała latarkę, on klął i w końcu znalazł adekwatną część. Pompa zaczęła działać.
Wieczorem widziałem, jak jedzą każdy swoje, po dwóch stronach ścieżki wysypanej żwirem — Mirosław kiełbaski z grilla, Jolanta warzywa z wokiem. Zapachy się mieszały nad działką, ale talerze zostały osobne.
— Masz chleb? — zapytał przez ścieżkę.
— Mam.
— Zapomniałem kupić.
— To skarga?
— Prośba o wymianę.
— Na co?
Spojrzał na kiełbaski.
— Na jedną.
Jolanta odkrojiła dwie kromki. Mirosław położył jej na talerzyk kiełbaskę. Siedzieli po dwóch stronach ścieżki, nie rozmawiając z obowiązku, aż Mirosław powiedział, iż sąsiadowi od Kowalika znowu puszcza disco polo na cały regulator, i Jolanta się z tego śmiała, a potem on też.
W niedzielę rano przyjechała ich córka z Olsztyna, z wnukiem. Nic nie wiedziała o umowie. Zauważyła dwie szczoteczki do zębów w różnych budynkach i podpis na lodówce.
— Wy się rozwodzicie?
— Do poniedziałku — odpowiedziała matka.
Wnuk był zachwycony, pytał o granicę terytorium i komu przypadnie kot, którego nie mieli. Córka zachwytu nie podzielała.
— Macie po sześćdziesiąt parę lat.
— Właśnie dlatego się spieszymy, żeby spróbować czegoś nowego — odparła Jolanta.
Przy wspólnym obiedzie musieli się dogadać bez zeszytu reguł. Mirosław rozpalił grill, Jolanta zrobiła sałatkę z rzodkiewki i jajka. Podał jej nóż, zanim poprosiła. Ona przyniosła mu talerz.
Po wyjeździe dzieci znowu zrobiło się cicho. Została im ostatnia noc rozwodu. Siedzieli na tarasie, już nie trzymając się swoich terytoriów, zeszyt z regułami leżał między nimi na stole, obok popielniczki pełnej niedopałków po komarach, które Mirosław palił całe lato.
— I co jutro? — zapytał.
— Nie wiem.
— Wracasz do domu?
Jolanta patrzyła w stronę letniej kuchni. Lubiła spać sama, zajmować całą kanapę, nie słuchać telewizora. Nie lubiła nosić tam ubrań i budzić się pod blaszanym dachem, kiedy w nocy szron osiadał na szybach.
— Wrócę.
Mirosław kiwnął głową zbyt szybko.
— Ale nie całkiem.
— To znaczy?
— Czasem będę tam nocować. Kiedy zechcę. Nie po kłótni.
— A ja?
— Ty możesz czasem zostać w domu sama.
— Ja już tak byłam sama.
— Nie. Czekałaś, aż wrócę i wszystko zauważę.
Chciał zaprotestować, ale przypomniała mu się przypalona jajecznica, okiennica, chleb i pompa.
— A skarżyć się można?
— Można.
— Radzić?
— Po zapytaniu.
— To nierealne.
— Będziemy się uczyć.
Mirosław wziął zeszyt i przekreślił punkt czwarty. Potem piąty. Na ich miejsce napisał: „Nie zakazywać drugiemu zaczynania rozmowy."
Jolanta przeczytała.
— To teraz tak ładnie wymyśliłeś?
— Nie. Całą noc myślałem, czemu to powiedziałaś.
Nie płakała, nie przytuliła go i nie zaczęła wyjaśniać, od jak dawna na to czekała. Po prostu przysunęła zeszyt do siebie i dopisała: „Rozmowę można odłożyć. Ale trzeba powiedzieć, kiedy wrócimy do niej."
W poniedziałek przenosili rzeczy z powrotem. Czajnik elektryczny — ten żółty — został w letniej kuchni. Widziałem, jak Mirosław przykręca tam, przy kanapie, półkę, bez proszenia, a potem pyta żonę, na jakiej wysokości jej wygodnie. Przewiesił ją dwa razy.
W następny weekend znowu się pokłócili — o mokre odciski stóp po prysznicu. Słyszałem to, bo właśnie przycinałem żywopłot po drugiej stronie.
— Sam wytrę — powiedział Mirosław.
Wziął ścierkę, rozmazał wodę jeszcze szerzej i usłyszał instrukcję, jak to się robi.
— Pytałem o radę?
— Nie.
— Więc milcz.
Jolanta zamilkła. Po minucie Mirosław dodał:
— Dopóki sam nie poproszę.
Powoził ścierką jeszcze chwilę, spojrzał na smugi na podłodze i westchnął:
— No dobra. Zaczynaj.
Minęło już ponad pół roku od tamtego tygodnia. Czajnik wciąż stoi w letniej kuchni, a zeszyt z regułami leży teraz w szufladzie kredensu — widziałem go, kiedy Jolanta szukała przepisu na dżem z czarnej porzeczki. Nie wyrzuciła go. Mówi, iż czasem trzeba sprawdzić, co się napisało, zanim zaczniemy to powtarzać.















