– Pies nie nadaje się do polowania, trzeba się go pozbyć – oznajmił mąż. Natasza natychmiast spakowała mu walizkę.

newsempire24.com 2 dni temu

Dzisiejszej nocy nie mogę przestać myśleć o tym, co się stało. Wrócił wściekły jak osa w słoiku. Buty cisnął w kąt – jeden w lewo, drugi w prawo. Kurtkę rzucił na wieszak, nie trafił, choćby nie podniósł. Poszedł do kuchni, zagrzechotał czajnikiem.

Siedziałam w pokoju, przewijałam telefon. Słyszałam, jak chodzi – ciężko, nerwowo, każdy krok jak pretensja. Rudy pies Puszek leżał u moich stóp, z pyskiem na łapach. Uszy przygarbił, ogonem nie merdał. On zawsze czuje, gdy pan ma taki nastrój, i stara się nie wchodzić w drogę.

– Tak – stanął w drzwiach, ręce na biodrach, jak zawsze, gdy oznajmia coś, co według niego jest ostateczne. – Pies do polowania się nie nadaje. Ciemnota, nie pies. Tresowałem, tresowałem – efekt żaden. Kaczka pada – on siedzi. Zając ucieka – on ziewa. Trzeba się pozbyć.

Podniosłam wzrok. Spojrzałam na niego spokojnie, uważnie, jak na człowieka, który powiedział coś bardzo głupiego, ale jeszcze sam tego nie rozumie.

– Pozbyć? – powtórzyłam, jakbym smakowała to słowo.

– A co? Karmić darmozjada? Pies myśliwski ma polować. A ten… – machnął ręką w stronę Puszka, który przytulił się mocniej do mojej nogi. – Jutro zawiozę go do Staszka, może się zgodzi załatwić. A jak nie – to na szosę wyrzucę.

„Na szosę wyrzucę” – wtedy coś we mnie pękło.

Wstałam w milczeniu. Puszek natychmiast podniósł się za mną, niespokojnie patrząc z dołu. Przeszłam obok niego do przedpokoju, otworzyłam antresolę i wyciągnęłam walizkę – wielką, niebieską, na kółkach. Tę samą, z którą kiedyś jechaliśmy nad morze, w Hel, jeszcze gdy razem gdzieś jeździliśmy.

Obserwował mnie wzrokiem, ale nic nie mówił. Chyba myślał, iż zaczęłam sezonowe przekładanie rzeczy.

Ale otworzyłam jego połowę szafy.

Koszule – raz, dwa, trzy, cztery. Starannie. Bokserki, skarpety – do bocznej kieszeni. Dżinsy – jedne od święta, jedne robocze. Sweter szary, prezent od teściowej. Maszynka do golenia z łazienki. Szczoteczka do zębów.

Stanął w drzwiach sypialni i przez chwilę milczał. Potem dotarło.

– Co ty robisz?

– Pakuję ci walizkę – odpowiedziałam tym samym tonem, którym mówiłam „obiad na stole” albo „chleb się skończył”.

– Jaką walizkę? Po co?

– No mówiłeś – trzeba się pozbyć. To ja się pozbywam.

Zamrugał. Potem usiadł na brzegu łóżka powoli, jakby nogi odmówiły posłuszeństwa.

– Przez psa?

– Nie przez psa. Przez ciebie.

Zapięłam zamek i wyprostowałam się. Puszek cicho wszedł do pokoju i położył się w progu, jakby pilnował.

– Powiem ci, Janusz, skoro już zaczęliśmy. Ty nazywasz Puszka darmozjadem. Nie umie polować, nie ma pożytku. A policzmy, komu tu jest pożytek.

– Kasiu, nie zaczynaj.

– Puszek nie przynosi kaczki, to prawda. Za to każdego ranka wita mnie tak, jakbym wróciła z miesięcznej delegacji. Łapę kładzie na kolanie, kiedy płaczę. A płaczę, Janusz, często. Bo ty wracasz z pracy – i w telewizor. Z polowania – na kanapę. Ze mną ostatni raz normalnie rozmawiałeś, kiedy rachunek za prąd przyszedł. Trzy zdania pod rząd – to było wydarzenie.

Otworzył usta.

– Porównujesz mnie z psem?

– Nie porównuję. Stwierdzam. Puszek jest żywy. Czuje. Kocha. Po prostu, bezinteresownie. Nie musi, żebym była chuda, czy żeby barszcz gotować. Musi, żebym była. Ty, Janusz, kiedy ostatnio się cieszyłeś, iż jestem?

Cisza w pokoju zawisła jak pranie na sznurze – ciężka, mokra, niezgrabna.

Patrzył na walizkę. Potem na mnie. Puszek podniósł głowę i spojrzał na niego bez żalu, bez złości. Po prostu spojrzał. Psy nie umieją chować urazy, mają na to zbyt wielkie serce.

– Przecież nie na serio – powiedział. – Nakręciłem się. Chłopy się śmiały.

– Chłopy się śmiały. I ty, żeby nie wstydzić się przed nimi, postanowiłeś żywe stworzenie wyrzucić. Które ci ufa. Które biegnie do ciebie, kiedy wracasz do domu. A ty je wyrzucisz – on nie wie. On myśli, iż jesteś dobry.

Potarł twarz dłońmi. Zarost kłuł – nie golił się dwa dni na polowaniu.

– I co, walizka – to na poważnie?

Milczałam. Za oknem wróble kłóciły się na jarzębinie. Lodówka zagadała i zamilkła.

– Na poważnie, Janusz. Nie chodzi o Puszka. Puszek to ostatnia kropla. Ty tak o żywe stworzenie – „pozbyć”, „na szosę”. A jutro jeżeli nie dogodzę – też się pozbędziesz? Do matki odwieziesz – nie przydała się, odbierajcie?

– Przesadzasz.

– To ty przesadziłeś. Dawno. Przestałeś widzieć, iż wokół są żywi. Ja jestem żywa. Puszek jest żywy. Nie jesteśmy narzędziami. Nie jesteśmy bronią, którą można sprzedać, jeżeli źle strzela. Jesteśmy rodziną. A rodziną się nie rzuca.

Siedział i czuł się tak, jak dawno się nie czuł. Kiedyś było inaczej – on powiedział, żona się zgodziła. Nie dlatego, iż jestem beznadziejna. Ja umiałam milczeć – cierpliwie, po babsku. Pilnowałam. Wygładzałam. A on przywykł, iż można mówić byle bzdury – i nic się nie stanie.

A jednak – bywa.

Puszek podszedł do Janusza i szturchnął mokrym nosem w rękę. Po prostu podszedł, bo widział: człowiek ma źle. A jak źle – trzeba być blisko. Puszek to wiedział nie rozumem – instynktem, całą swoją rudą sierścią.

Janusz popatrzył na psa. Na mokry nos, brązowe oczy, na ogon, który nieśmiało drgnął – no co, zgoda?

I wtedy go ruszyło. Nie do płaczu – facet jednak. Ale coś się przewróciło w środku, jak łódka na fali – buch, i już jesteś po drugiej stronie.

– Kasiu. Schowaj walizkę.

– Po co?

– Bo – pogłaskał Puszka po głowie – jestem głupcem.

– To wiem. Pytanie – głupiec, który jednak się uczy, czy taki, iż kijem mu nie wybijesz?

Zaśmiał się. choćby teraz – potrafiła.

– Uczę się. Wybacz. Za Puszka. I za wszystko.

Podeszłam do walizki, rozpięłam. Wyjęłam maszynkę, szczoteczkę, położyłam na szafce.

– Koszule sam powiesisz.

Skinął. Pochylił się do Puszka i podrapał za uchem.

– No co, darmozjadzie – głos mu drgnął. – Żyjemy dalej?

Puszek zamerdał ogonem tak, iż mało nie strącił lampy. Podskoczył, liznął w nos. Usiadł i popatrzył na oboje tym wyrazem, który mają tylko psy: absolutnego, niczym niezasłużonego szczęścia.

Na następne polowanie Janusz pojechał bez Puszka. Wrócił z dwiema kaczkami i paczką cukrowych kości z targu.

– Dla kogo? – spytałam, choć i tak wiedziałam.

– Dla darmozjada – mruknął. I uśmiechnął się.

A walizkę schowałam z powrotem na antresolę. Ale nie głęboko. Tak, żeby w razie czego można było dosięgnąć.

Na wszelki wypadek.

Idź do oryginalnego materiału