Nazywam się Barbara Wilk i mam pięćdziesiąt trzy lata. Od jedenastu lat sprzedaję kwiaty przy dworcu PKS w Chojnicach — mały kiosk, dwa metry na trzy, pelargonie na parapecie i termos z herbatą, bo w listopadzie na tym przystanku ziąb wchodzi pod kurtkę jak nikt inny. Widzę stąd wszystko: kto komu machnie ręką, kto się pokłóci przy kasie, kto zapomni parasola. I widziałam tę sunię.
Zjawiła się pierwszy raz gdzieś w połowie października, kiedy dni zaczęły się kurczyć, a autobus do Bytowa jeździł ostatni raz o dwudziestej pierwszej trzydzieści. Mała, ruda, sierść szorstka, jedna łapa lekko wykręcona do środka — chodziła tak, jakby każdy krok musiała sobie z góry zaplanować. Siadała pod rozkładem jazdy, dokładnie pod literą „B", i patrzyła w stronę ronda, skąd wjeżdżały autobusy. Nie żebrała. Nie szczekała na kierowców, choć niejeden otwierał drzwi tuż koło niej. Po prostu czekała.
Ochrzciłam ją Zima, bo pierwszej nocy, kiedy ją zobaczyłam, na dachu wiaty leżał cienki szron, a jej posiwiały pyszczek wyglądał, jakby ktoś go obsypał cukrem pudrem. Sąsiadka z warzywniaka mówiła na nią inaczej, ale u mnie przy kiosku została Zima.
Próbowałam ją przygarnąć — kto by nie spróbował. Przyniosłam miskę ciepłej wody, kawałek gotowanego kurczaka z rosołu, stary sweter po mężu. Jadła dopiero, gdy autobus odjechał, a na sweter nigdy się nie położyła. Kiedy chciałam ją wziąć na ręce, nie warczała, tylko zaczynała się wiercić, aż postawiłam ją z powrotem na chodniku. Wracała pod tablicę, siadała w tym samym miejscu i znowu patrzyła w stronę ronda — jakby zostawiła tam jakąś obietnicę, której nie mogła zdradzić choćby dla ciepła.
Kierowca nocnego kursu, pan Krzysztof, widywał ją codziennie przez przednią szybę, kiedy wracał z ostatniej trasy. Czasem podnosiła się, kuśtykała do otwierających się drzwi, wąchała buty wysiadających i na sekundę poruszała ogonem — a potem znowu zastygała, bo tego, na kogo czekała, wśród przyjezdnych nie było.
Pamiętam ten piątek. Zimno, mokro, z rynny przy przystanku kapało prosto na ławkę. Z autobusu wysiadł starszy mężczyzna z drewnianą skrzynką na narzędzia. Zima usłyszała jego kaszel, zanim jeszcze postawił nogę na chodniku, i rzuciła się w jego stronę tak gwałtownie, iż poślizgnęła się na mokrej kostce brukowej. Przywarła do jego ciemnej kurtki.
— Nie moja jesteś, mała — powiedział zdziwiony, podrapał ją między uszami i poszedł w stronę centrum.
Stała jeszcze chwilę, patrząc za nim, potem wróciła pod tablicę. Ja to widziałam z kiosku i coś mi wtedy podpowiedziało, iż to nie jest zwykłe czekanie bezpańskiego psa.
Nazajutrz zagadnęłam sprzątaczkę z dworca, panią Halinę, czy nie kojarzy tej suni sprzed lat. Zdjęła okulary, przetarła je fartuchem, jakby zbierała się na coś, co trudno powiedzieć.
— Przyjeżdżał tu taki cichy pan, Zenon się nazywał — powiedziała. — Mieszkał na kolonii za starym cmentarzem, do miasta jeździł po leki i zakupy. Zawsze brał ze sobą małą suczkę, wtedy jeszcze zwinną, całą rudą. Wołał ją Biedronka.
To imię coś mi przypomniało — kierowca, pan Krzysztof, opowiadał kiedyś o chudym mężczyźnie w wypranej czapce, który siadał w pierwszym rzędzie i przez całą drogę trzymał dłoń na grzbiecie psa zwiniętego mu przy nogach. Zenon rzadko z kimś rozmawiał, ale wysiadając, zawsze dziękował kierowcy i cicho ponaglał swoją towarzyszkę: „No, Biedronko, jeszcze pół godziny piechotą i jesteśmy w domu".
Kiedy pani Halina wypowiedziała to imię przy suni śpiącej w kącie poczekalni, ta podniosła głowę, zanim ktokolwiek do niej podszedł. Nasłuchiwała, kręciła uszami, jakby znajomy głos mógł dobiec skądinąd, nie od sprzątaczki. Pan Krzysztof przykucnął obok, ale nie podeszła — patrzyła tylko na drzwi autobusu.
Wtedy pani Halina otworzyła starą szafkę z dokumentami dyżurki i wyciągnęła wycinek z gazety, który zachowała, bo rozpoznała znajome nazwisko. Zenon został znaleziony martwy na swojej posesji wiosną, a dom kilka tygodni później zamknął na klucz bratanek, który przyjechał z zagranicy. O psie w artykule nie było ani słowa, choć pani Halina pamiętała, iż ten krewny w mieście głośno narzekał, iż nie ma zamiaru „użerać się ze starą kaleką kundlem".
Tego wieczoru Biedronka przyszła wcześniej niż zwykle i usiadła tuż przy jezdni. Pan Krzysztof zatrzymał autobus, podszedł do niej ze zdjęciem Zenona, które pani Halina odnalazła w wycinku. Suczka ledwie zerknęła na papier i znowu odwróciła wzrok w stronę drogi.
Chwilę później pod dworzec podjechał czarny SUV. Rozpoznałam markę — Audi Q7, nowe, błyszczące, jakby prosto z salonu w Bydgoszczy. Wysiadł z niego wysoki mężczyzna w drogim płaszczu, pachnącym wodą kolońską na cały przystanek. Biedronka przywarła do ziemi. Gdy podszedł bliżej, warknęła — cicho, ale wyraźnie, choć nikt w Chojnicach nigdy wcześniej nie słyszał od niej żadnego groźnego dźwięku.
— A więc tu się zawlokła — powiedział z pogardą i chwycił ją za obrożę. — Jutro wyjeżdżam, więc dziś wieczorem w końcu załatwię tę sprawę, którą wujek mi zostawił razem z majątkiem.
Poznałam go z opowieści — bratanek Zenona, ten sam, który zamknął dom za starym cmentarzem i nie chciał się „użerać". Biedronka szarpała się, patrząc na pana Krzysztofa, jakby pierwszy raz od miesięcy czekania zrozumiała, iż do tego autobusu Zenon już nigdy nie wsiądzie.
Mężczyzna zacisnął obrożę mocniej i spojrzał kierowcy prosto w oczy.
— Niech się pan nie wtrąca. To moja własność, a dokąd ją dziś zawiozę, lepiej panu nie wiedzieć.
Wyszłam zza lady, bo już wtedy trzęsły mi się ręce od samego patrzenia. Pan Krzysztof zdjął rękawiczki kierowcy i postawił but na krawężniku, między psem a tamtym człowiekiem.
— Zna pan tu kogoś, kto by potwierdził, iż to pana własność? — zapytał spokojnie, ale twardo. — Bo ja znam. Cała ulica zna tę suczkę. I mam nagrania z kamery na dworcu z ostatnich trzech miesięcy, jak co wieczór tu przychodzi i czeka. Może pan zadzwonić po policję, jeżeli chce pan udowodnić, iż jest inaczej.
Bratanek zaśmiał się krótko, ale ręka na obroży już nie trzymała tak pewnie.
— To zwykły kundel, nie będę się z nim certolił, proszę mi nie robić przedstawienia.
— To nie przedstawienie — wtrąciłam się, bo już nie mogłam milczeć zza swojego kiosku. — Ten pies czeka tu na Zenona co wieczór odkąd Zenon umarł. Cała okolica to widzi. I jeżeli pan sądzi, iż ktokolwiek z nas pozwoli panu ją teraz zabrać nie wiadomo dokąd, to się pan grubo myli.
Podeszła też pani Halina, wciąż z wycinkiem gazety w dłoni, i stanęła obok mnie bez słowa. Zebrało się nas już pięć, sześć osób — pasażerowie z opóźnionego kursu, właściciel warzywniaka z naprzeciwka, ktoś z apteki na rogu. Nikt nic nie krzyczał. Po prostu staliśmy.
Bratanek rozejrzał się, zmierzył nas wzrokiem, policzył, ile osób patrzy mu na ręce. Puścił obrożę.
— Weźcie ją sobie, do cholery — rzucił, otrzepując rękaw płaszcza, jakby dotknięcie sierści mogło go pobrudzić. — Nie będę tracił czasu w starą kalekę, mam ważniejsze sprawy.
Wsiadł do swojego Audi i odjechał, choćby nie trzasnąwszy porządnie drzwiami — po prostu odjechał, jakby cała ta scena nigdy się nie wydarzyła.
Biedronka usiadła na chodniku i drżała, ale nie odbiegła. Pan Krzysztof przykucnął przy niej po raz drugi tego wieczoru, tym razem bliżej, i podał jej otwartą dłoń. Powąchała palce, ale nie odsunęła się.
Trzy dni później pani Halina przyniosła do dworca formularz — taki, jaki wypełnia się w gminie przy adopcji zwierzęcia bezdomnego, ze zdjęciem, opisem i podpisem opiekuna. Wypełnił go pan Krzysztof, bo mieszka sam w bloku przy ulicy Świętopełka i ma tam ogródek działkowy tuż za oknem. Zapłacił za szczepienia i czip w lecznicy przy Dworcowej, sto osiemdziesiąt złotych, pokazał mi potem paragon, jakby to była jakaś ważna sprawa do rozliczenia, chociaż nikt go o to nie prosił.
Teraz, kiedy kończę zmianę w kiosku i zamykam okiennice, widzę czasem, jak koło dwudziestej pierwszej trzydzieści na przystanek wjeżdża ostatni autobus do Bytowa, a z okna kierowcy wystaje ruda, posiwiała głowa — jeździ teraz z nim na każdym kursie, siedzi na przednim siedzeniu obok, tak jak kiedyś siedziała obok Zenona. Nie wiem, czy ona wciąż czeka na tamten głos. Ale przestała siadać pod pustą tablicą rozkładu jazdy. I to chyba wystarczy.












