Pierwsze spotkanie z teściami na polskiej wsi: wizyta u rodziców męża, opowieści przy kuchennym stol…

twojacena.pl 1 dzień temu

Razem z mężem przyjeżdżamy właśnie na wieś czas poznać jego rodziców. Mama Marcina wychodzi na ganek, opiera ręce na biodrach i, niczym stereotypowa gospodyni przy samowarze, woła:
O Matko Boska, Marcin! Czemuż nie dałeś znać?! Widzę, iż nie przyjechałeś sam!
Marcin chwyta mnie mocno, przytula:
Poznaj, mamo to moja żona, Bronisława.
Ze schodów schodzi kobieta w kwiecistym fartuchu, wielka jak góra, podchodzi do mnie szerokim gestem:
No witaj, synowo!
Zgodnie ze starą tradycją, ściska mnie mocno i trzykrotnie całuje.
Od pani Zofii unosi się ostry zapach czosnku i świeżego chleba.
Teściowa obejmuje mnie tak mocno, iż zaczynam się bać,
a moja głowa ląduje między dwoma pulchnymi poduszkami jej piersi.
Raptem odsuwa się na chwilę, ogląda mnie od stóp do głów i mówi:
Marcin, gdzieś ty taką pokrakę znalazł?
Mąż zaśmiewa się cicho:
A gdzieżby w mieście! W bibliotece A tata w domu?
U sąsiadki piec naprawia No, chodźcie do izby, buty zdejmujcie przed chwilą myłam podłogę.
Z ciekawością przyglądają nam się maluchy z podwórka, z rozdziawionymi buziami.
Szymek, biegnijże do pani Marianny, powiedz Stachowi syn z żoną przyjechali!
Już lecę! rzuca chłopak, po czym biegnie przez wieś.
Wchodzimy do domu.
Marcin zdejmuje ze mnie modne, choć przecenione płaszczyko z second handu i wiesza przy piecu.
Potem przykłada moje zmarznięte, czerwone dłonie do bielonej ściany pieca, przytula się policzkiem:
Moja karmicielko Jeszcze ciepła…
W tym momencie rozbrzmiewają gary, hałasują gliniane dzbanki, szczękają szklanki i aluminiowe łyżki.
Podczas gdy teściowa zastawia stół, rozglądam się ciekawie po chłopskim wnętrzu: w kąciku wiszą święte obrazki, na oknach falbaniaste, białe firanki w kwiatki, na podłodze i stołkach tkane na krośnie dywaniki. Przy piecu, odwrócony, śpi rudy kot.
Wzięliśmy ślub w zeszłym tygodniu dociera do mnie głos Marcina jakby z oddali.
Zdumiewa mnie, jak prędko na stole pojawiły się takie rarytasy!
Na środku stołu pyszni się galaretka drobiowa na wielkim półmisku. Obok kiszona kapusta, marynowane pomidory; wiejskie mleko z pieca pod brązową kożuchem, pieróg z jajkiem i szczypiorkiem
O rany, jak chce się jeść!
Mamo, wystarczy już! Tu na tydzień żarcia mruczy Marcin, gryząc pajdę prawdziwego chleba.
Teściowa stawia przy zimnych nóżkach zaparzoną ćwiartkę czystej i, zadowolona, przeciera ręce o fartuch:
No! Teraz gotowe!
W ten właśnie sposób poznałam mamę Marcina.
Matka i syn są do siebie podobni jak dwie krople wody ciemnowłosi, rumiani. Tylko mój Marcin jest cichy i ugodowy, a teściowa to istna letnia burza głośna i nieprzewidywalna.
Myślę, iż niejednego narowistego konia potrafiła okiełznać i nie jeden płonący dom ocalić
W sieni trzaska drzwiami.
Do kuchni wchodzi starszy pan, wpuszczając kłęby zimnego powietrza.
Mały, rudawy, tłustawy wujcio klaszcze w dłonie:
O, co za niespodzianka!
Nie zdejmuje cuchnącej dymem kurtki, ale przytula syna.
Cześć tato!
Ręce umyj, potem się witaj! gani teściowa.
Wujcio podaje mi rękę:
Dzień dobry, panno!
Oczy teścia mają wesołe, nieco łobuzerskie spojrzenie, rzadką rudą bródkę i miedziane, kręcone włosy.
Zośka, nalej mi zupy! grzmi, pałaszując własne dłonie.
Podnosimy szklanki:
Za Was, kochani!
Po kilkunastu toastach odważam się spytać:
Panie Stanisławie, dlaczego wszyscy w Waszej rodzinie to Stanisławowie?
To proste, Bronka! I mój ojciec, i dziad, i ja od pokoleń budujemy piece.
Tylko Marcin, wskazał na syna tokarzem się został.
Tokarze też są ważni, tato!
To piec, dziecię, to sztuka! teść podnosi palec. Żeby był ładny, nie dymił i żeby chleb się w nim udawał! Nie wyglądam na herosa, ale rude to mocna rasa Słoneczny Lud!
Stasio to złota rączka! dodaje teściowa.
Tato, opowiedz coś, posłuchamy!
Teść wzdycha, drapie się po bródce, mruga filuternie:
No, jak chcecie to macie! Pierwsza opowieść…
Pojechaliśmy raz w lipcu na siano. Lotka, nasza krowa, pamiętasz Zośka? Nie krowa, a mleczny kombinat na nogach. Całą zgrają: kobiety, chłopy, my z Zosią na czele.
Słońce ledwo wyłaniało się zza boru, a my już machaliśmy kosami: ciach, ciach, ciach…
Upał był nie do zniesienia, gzy gryzły jak szalone!
W tamtym roku dzików w lesie naroiło się bez liku!
Wracała już pora na obiad, a z nas pot leje się jak z cebra, wszyscy padnięci…
Daj spokój, po co to wspominać! Bronce się pewnie nudzi!
Przeciwnie, bardzo ciekawe!
Spojrzałem wtedy na ludzi, myślę sobie: trzeba rozruszać towarzystwo. Wtedy chyba upał uderzył mi do głowy, bo wrzasnąłem: Ratuj się kto może! Dzik leci! i pędem na drzewo. Patrzę, wszyscy porzucili kosy i grabie i wspinają się na drzewa…
Hahaha! I co potem?
Potem już chciały mnie baby i chłopy grabiami przepędzić! Ale robota szła potem szybciej!
Teściowa bije go w ramię:
Ty rudy safanduło!
Tato, opowiedz o prawdziwych dzikach!
Mogę i o prawdziwych. To było tak
Byliśmy z Zosią młodzi, Marcina jeszcze nie planowaliśmy.
Byłem wtedy zapalonym myśliwym, a po tej historii dałem spokój polowaniom na zawsze.
Tamtego dnia spadł pierwszy śnieg, mówię do Zośki idę na polowanie.
Idź mówi.
Wziąłem strzelbę i szedłem, szedłem po lesie nic. Zaczęło się już ściemniać. Szykowałem się do powrotu, gdy nagle słyszę dziki niedaleko. Podkradam się, strzelam. Myślałem, iż trafiłem, ale nie. Aż tu nagle olbrzymi odyniec rusza w moją stronę! Zacząłem uciekać i jakoś wlazłem na drzewo.
Ze strachu omal nie zemdlałeś! dorzuca teściowa.
Nie przeszkadzaj!… Siedzę jak nieżywy. Myślę przejdą, a ja czmychnę do domu. A gdzie tam! Odyniec zaczął ryć pod drzewem, a potem położył się pod nim, całą watahą!
O rany! otwieram oczy. Co potem?
I tak siedziałem całą noc, obejmując pień. Dobrze, iż było ciepło bo bym zamarzł.
A ja wtedy szukałam Marcina! Z samego rana zebrałam chłopów, poszliśmy do lasu krzyczeć, a przecież ledwie go znaleźliśmy! Na barana tego safandułę dźwigałam, aż ocknął się do siebie.
Tyś mi nie kobieta, a krew z mlekiem!
O Boże, idź już Bronka, może herbatki? Z lipą, dziurawcem i własnym miodem.
Bardzo chętnie, dziękuję.
Teściowa rozlewa aromatyczną herbatę w duże kubki.
Marcin, opowiedz, jak wyleczyłeś moją siostrę!
Teść prawie się zakrztusił gorącą herbatą i zarechotał:
To było tak: siostra Zosi daje telegram: Przyjeżdżam w gości!. Oczywiście ucieszyliśmy się, przyjechała, wszystko pięknie… Siedzimy przy stole, a ona żali się: Nogi mnie nie niosą, całe bolą.
Co się stało? pytamy.
Sama nie wiem. Powinnam do szpitala, ale jakoś nigdy nie mogę się zebrać.
Leczyłaś się pszczołami? pytamy.
Gdzie ja ci w mieście pszczoły znajdę?
Chodź z nami, Terenia, do uli wyleczę cię w mig!
Iskierka pomocy śmieje się teściowa.
Zaprowadziliśmy ją do uli. Mówię: Podwiń spódnicę wyżej no, tak pod kolano. Na każdą nogę puściłem jedną pszczołę.
Terenia jeszcze dziękowała mi, ale po pół godzinie wyklinając przeklinała jak szewc! A tu alergia nogi aż spuchły, nie mogła potem chodzić!
Mówiłam domowy doktor Judym!
A skąd ja miałem wiedzieć o alergii! Ani ty, ani ja nie wiedzieliśmy. Bronka, jedz miód, mów, czy cię nie uczuliło?
Nic a nic, panie Stanisławie!
No i chwała Bogu
Dopiłyśmy herbatę.
Za oknem zapadł zmrok, czułam, jak ogarnia mnie zmęczenie.
Teściowa zaciąga zasłonki:
Marcin, gdzie wam pościelić?
Mamo, może na piecu? Bronka, zgadzasz się spać na piecu?
Jak najbardziej!
Zaraz pościelę! Tatuś go budował własnymi rękoma, cegiełka po cegiełce chwali się teściowa.
Teść patrzy z dumą.
I ma czym się szczycić piec nie tylko grzeje, karmi, ale jednoczy rodziny.
Ogień w nim płonie żywo, dając siłę!
Podziękowaliśmy, wstaliśmy od stołu. Marcin podnosi mnie lekko na piec.
Z półek, z ciemności, unosi się wieloletni aromat: wypalona cegła, suszone zioła, owcza wełna, skórka chleba.
Marcin natychmiast zasypia, a mnie sen omija.
Co się dzieje?
Z boku, tuż przy mnie, ktoś świszczy i sapie:
Puch-puch, puch-puch
Domowy chochlik! Na pewno chochlik! Czytałam…
I przypomniałam sobie dziecięcą wyliczankę:
Chochliku, chochliku, nie żartuj z nami po cichu!
Rano okazało się, iż żadnego chochlika nie było to tylko zaczyn chlebowy, który teściowa postawiła przy piecu i zapomniała o nim.
Jeszcze nie raz odwiedzimy gościnny dom rodziców Marcina posłuchać opowieści Stanisława, wygrzać się przy piecu, zjeść domowy chleb.
Ale to już inna historiaKiedy wyjeżdżaliśmy, świt dopiero rozlewał się po łąkach, a wiejski dom spał, otulony mgłą i ciszą. Przez zaparowane szyby auta patrzyłam jeszcze chwilę na ganek, gdzie stanęli wszyscy pani Zofia z dużym kocem na ramionach, pan Stanisław z kubkiem herbaty i uśmiechem, zaspane dzieciaki trzymające się matczynej spódnicy.

Marcin ścisnął moją dłoń. W ciszy drogi czułam, jak zostaje ze mną domowa siła tamtego pieca, szorstka czułość prostych gestów, śmiech przy stole.

Wiedziałam już, iż znalazłam tu coś więcej niż rodzinę znalazłam swoje miejsce. I kiedyś, gdy wrócimy, czekać tu będą ten sam ogień, aromat chleba i czuły, choć stanowczy głos, który woła przez podwórko:

O, nareszcie jesteście! Dom bez was taki cichy

Z uśmiechem patrzę na Marcina. Życie czasem bywa niespodzianką czasem po prostu wystarczy dać mu się poprowadzić między zapachem czosnku i ciepłem rodzinnego pieca.

Idź do oryginalnego materiału