Pierwsza, która dotarła

polregion.pl 7 godzin temu

Barbara Stanisławska wstała o piątej rano, jak zawsze. Nawyk czterdziestu lat pracy w fabryce nie zniknął, mimo iż była już trzy lata na emeryturze. Cicho, żeby nie obudzić męża Mieczysława, przeszła do kuchni i nastawiła czajnik. Za oknem było jeszcze ciemno, ale wiedziała, iż niedługo wzejdzie słońce.

Dzisiaj był wyjątkowy dzień. Pierwszego września jej wnuczka Zosia idzie do pierwszej klasy. Barbara denerwowała się bardziej niż sama dziewczynka. Cały tydzień sprawdzała szkolną formę, tornister, liczyła zeszyty. Mieczysław tylko kręcił głową i mówił, iż chyba zwariowała.

— Co się tak nerwowo zachowujesz? — mamrotał. — Nasz syn sam chodził do szkoły i jakoś przeżył.

— Chcę być pierwsza — odpowiadała Barbara. — Pierwsza spotkać Zosię pod szkołą, pierwsza ją powitać.

Mieczysław nie rozumiał tego pragnienia żony. Uważał, iż babcie tylko przeszkadzają w takich momentach. Ale Barbara myślała inaczej. Pamiętała, jak trzydzieści lat temu odprowadzała do pierwszej klasy swojego Jacka. Wtedy pracowała na dwie zmiany, wracając do domu późnym wieczorem. Na szkolnym apelu była babcia Janka, jej mama. A ona stała pod bramą fabryki i płakała z bezsilności.

— Nie płacz — mówiła wtedy sąsiadka Halina. — Jak syn dorośnie, wnuki ci urodzi, wtedy nadrobisz.

I teraz właśnie nadrabiała.

Herbata zaparzyła się mocna i aromatyczna. Barbara nalała ją do ulubionego kubka w róże i usiadła przy stole. Na parapecie stały trzy bukiety. Jeden kupiła wczoraj na targu, drugi zerwała w ogródku, a trzeci przyniósł wieczorem Mieczysław. Krępował się, mówił, iż to głupstwo, ale i tak go kupił.

— Trzy bukiety to za dużo — zauważyła.

— A jeżeli nauczycielka nie będzie sama? — wzruszył ramionami Mieczysław. — Lepiej dmuchać na zimne.

O siódmej Barbara już stała pod prysznicem. Założyła najlepszą sukienkę, niebieską w białe groszki, którą trzymała na specjalne okazje. Ułożyła włosy, lekko podkreśliła usta. W lustrze widziała elegancką kobietę z rozpromienionymi oczami.

— Co, na randkę się wybierasz? — obudził się Mieczysław.

— Chcę ładnie wyglądać dla wnuczki — odparła.

— I tak jesteś piękna — burknął w poduszkę.

O wpół do ósmej zadzwonił Jacek.

— Mamo, już wyjeżdżamy. Zosia się denerwuje, całą noc źle spała.

— A ja w ogóle nie spałam — przyznała Barbara. — Idę do szkoły, będę czekać.

— Mamo, apel dopiero o dziewiątej.

— Wiem. Ale chcę być pierwsza.

Jacek westchnął. Dawno przywykł do dziwactw matki. Od kiedy urodziła się Zosia, Barbara jakby odmłodniała o dziesięć lat. Biegała z wnuczką na plac zabaw, kupowała zabawki, prowadzała do przedszkola. Jacek z żoną tylko kręcili głowami.

— Dobrze, mamo. Tylko się nie przezięb, na dworze chłodno.

Barbara wzięła bukiety, wrzuciła do torebki cukierki dla Zosi i wyszła. Do szkoły miała piętnaście minut spaceru, ale się nie spieszyła. Chciała nacieszyć się porankiem, oczekiwaniem na spotkanie.

Przed szkołą stała już kobieta z kwiatami. Barbara się zmartwiła — nie była więc pierwsza. Podeszła bliżej i rozpoznała Annę z trzeciego piętra.

— Też na apel? — zapytała.

— Wnuczek idzie do pierwszej klasy — skinęła Anna. — A pani?

— Wnuczka. Zosia.

Rozmawiały o dzieciach, szkole, o tym, jak gwałtownie mija czas. Anna okazała się miłą rozmówczynią. Pracowała w przychodni jako pielęgniarka, niedawno przeszła na emeryturę.

— Wie pani — zwierzyła się — marzyłam, żeby odprowadzić wnuka do szkoły. Mam tylko córkę, która późno wyszła za mąż. Myślałam, iż nie doczekam się wnuków.

— A u mnie odwrotnie — odparła Barbara. — Syna nie mogłam odprowadzić, bo pracowałam. Teraz chcę to nadrobić.

Stopniowo pod szkołą gromadziły się inne babcie i dziadkowie. Wszyscy odświętnie ubrani, z kwiatami, trochę zdenerwowani. Barbara patrzyła na nich i myślała, iż każdy ma swoją historię, swój powód, by tu być.

Przyszła Teresa z sąsiedztwa. Wychowywała wnuczkę sama, po tym jak córka zginęła w wypadku. Dziewczynka, Małgosia, była nieśmiała. Teresa bała się, iż w szkole będzie jej trudno.

— Małgosia jak? — spytała Barbara.

— Boi się. Mówi, iż dzieci będą się śmiały z jej sukienki. A sukienka śliczna, sama ją uszyłam — Teresa się zasmuciła.

— Dzieci są dobre, nie będą się śmiały — pocieszyła Anna. — Ważne, żeby Małgosia czuła się pewniej.

Podszedł dziadek z wielkim bukietem mieczyków. Barbara go nie znała, ale przedstawił się — Wojciech. Wnuczka była adoptowana, on i żona wzięli ją z domu dziecka.

— Kasia to złoto — mówił z dumą. — Już czyta, liczy do stu. Tylko bardzo nieśmiała.

— Nic, w szkole się oswoi — zapewniła Barbara. — Dzieci gwałtownie się zaprzyjaźniają.

O wpół do dziewiątej zaczęli podjeżdżać rodzice z pierwszakami. Barbara zobaczyła Jacka z żoną i Zosią. Dziewczynka miała białą bluzkę, granatową spódniczkę i białe kokardy. W ręce niosła nowy tornister z kolorowym obrazkiem.

— Babciu! — krzyknęła Zosia i pobiegła do Barbary.

— Moja ślicznotka! — przytuliła ją babcia. — Jak się czujesz? Denerwujesz się?

— Troszkę. A ty po co tak wcześnie przyszłaś?

— Chciałam cię pierwsza powitać — uśmiechnęła się Barbara.

Zosia wtuliła się w babcię. Zawsze była bliżej niej niż z rodzicami. Barbara rozpieszczała wnuczkę, czytała bajki, uczyła piec ciasta. Rodzice stale byli zajęci pracą.

— Mamo, dzięki, iż przyszłaś — powiedział Jacek. — Zosia się uspokoiła.

Żona Jacka, Ewa, też była wdzięczna. Pracowała w banku, często zostawała po godzinach, a Barbara pomagała z Zosią.

— Babciu, zobacz, jaki mam tornister — pochwaliła się Zosia.

— Piękny! A co w nim?

— Zeszyty, długopisy, kredki. I jeszcze mama dała ciastka.

Barbara wyjęła z torebki cukierka i dysBarbara uśmiechnęła się, patrząc na rozpromienioną twarz wnuczki, i pomyślała, iż to właśnie dla takich chwil warto wstawać o świcie i być pierwszą pod szkołą.

Idź do oryginalnego materiału