Piękno, które nie chciało milczeć

polregion.pl 2 godzin temu

Są historie, które zaczynają się od decyzji podjętej ze strachu przed biedą. Moja zaczęła się w Perugii, na wydziale prawa, gdzie przez pierwsze dwa lata udawałam, iż rzymskie kodeksy naprawdę mnie obchodzą. Nie obchodziły. Obchodziło mnie tylko to, żeby nie prosić rodziców o pieniądze na czynsz.

Więc kiedy koleżanka z roku powiedziała, iż agencja w Mediolanie szuka twarzy do katalogu bielizny, wzruszyłam ramionami. Pojechałam. Zarobiłam w jeden weekend tyle, ile cały miesiąc pracy kelnerki w knajpie przy Piazza IV Novembre.

Ale to nie tamten weekend zmienił mi życie. To był wtorek, dwudziesty trzeci kwietnia, garderoba numer cztery na planie w Cinecittà, dziewięć lat później.

Siedziałam przed lustrem otoczonym żarówkami, charakteryzatorka poprawiała mi róż na kości policzkowej, a za drzwiami stał Giuseppe Tornatore z scenariuszem *Malèny* zwiniętym w rulon, jakby to była gazeta, którą chce kogoś uderzyć.

— Ile tekstu mam w tej scenie? — spytałam.

— Żadnego — powiedział, nie podnosząc wzroku znad kartek. — Idziesz ulicą. Siadasz na krześle przed kawiarnią. Patrzysz.

— To wszystko?

— To wszystko. Mężczyźni będą cię pożądać, kobiety nienawidzić. Ty masz tylko istnieć.

Zapadła cisza, w której słyszałam brzęczenie żarówek. Poczułam, jak zaciskam palce na brzegu blatu, aż zbielały mi kostki.

— A jeżeli oni zobaczą tylko to, co widać? — spytałam. — jeżeli nikogo nie obejdzie, co ja przy tym myślę?

Tornatore odłożył scenariusz na toaletkę, obok szminek i pędzelków.

— Właśnie o to chodzi w tym filmie, Monico. Miasteczko karze kobietę za urodę, której sama nie wybrała. A ty masz zagrać kobietę, żeby publiczność zrozumiała, iż robi dokładnie to samo, co ludzie z tego miasteczka.

Nie odpowiedziałam. Wzięłam ze stolika chusteczkę i wytarłam nią dłonie, chociaż nie były mokre.

Zdjęcie kręcili trzy tygodnie. Codziennie ta sama ulica w Syrakuzach, ten sam stolik przed kawiarnią, ta sama sukienka w kolorze wina, którą kostiumograf co rano musiał od nowa dopasowywać, bo latem tkanina się kurczyła od potu. Statyści — miejscowi mężczyźni wynajęci za dwadzieścia tysięcy lirów dziennie — mieli patrzeć na mnie tak, jakby widzieli coś zakazanego. Reżyser krzyczał: „Więcej głodu w oczach! Ona to widzi, wy to czujecie!”. A ja siedziałam nieruchomo, czując, jak każdy z tych spojrzeń wchodzi mi pod skórę jak drzazga.

Pewnego dnia, po ósmym dublu tej samej sceny, podeszła do mnie kobieta z ekipy charakteryzacji, miejscowa, może pięćdziesięcioletnia, i powiedziała po prostu:

— Wie pani, iż ja przez taką jak pani sąsiadkę wyjechałam z rodzinnej wioski? Też była ładna. Też nic nie mówiła. I też ją zniszczyli.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Wróciłam do garderoby, usiadłam na tym samym krześle co rano i patrzyłam w lustro tak długo, iż charakteryzatorka spytała, czy coś się stało z makijażem.

— Nie — powiedziałam. — Wszystko w porządku z makijażem.

Skłamałam. Bo w tamtej chwili zrozumiałam coś, co miało mnie prześladować przez następne dwadzieścia pięć lat: iż gram kobietę ukaraną za urodę, a film uczyni ze mnie ikonę tej samej urody. Że wyjdę z tego filmu jako twarz, którą będą wycinać z gazet i wklejać do zeszytów nastolatki na całym świecie. Że nikt nie zapyta mnie, co czułam, siedząc na tym krześle przez trzy tygodnie w czterdziestostopniowym upale.

Film wszedł do kin rok później. Na premierze w Rzymie, w foyer kina Barberini, podszedł do mnie dziennikarz z mikrofonem i zadał pytanie, które zapamiętałam dosłownie:

— Signora Bellucci, czy trudno było zagrać kobietę, która jest tylko obiektem pożądania?

Odpowiedziałam mu wtedy coś uprzejmego, coś o kunszcie reżysera, o pięknie kina włoskiego. Ale prawdziwa odpowiedź brzmiała inaczej i nie powiedziałam jej nikomu przez lata: tak, było trudno. Trudno było wracać co wieczór do hotelu i zdejmować tę sukienkę w kolorze wina, wieszać ją na wieszaku i patrzeć, jak wisi pusta, a mimo to czuć na sobie te wszystkie spojrzenia, których już tam nie było.

Vincent zadzwonił do mnie tego samego wieczoru, kiedy zobaczył materiały z planu. Byliśmy wtedy razem od niedawna.

— Widziałem zdjęcia — powiedział. — Wyglądasz, jakbyś się bała.

— Bo się boję — odpowiedziałam. — Że to będzie jedyne, co ludzie we mnie zobaczą.

Przez piętnaście lat budowaliśmy z Vincentem dom, dzieci, wspólne filmy. Deva i Léonie to jedyne role, których nigdy nie zagram — bo to nie role. Kiedy się rozstaliśmy, ludzie pytali: „Po tylu latach?”. A ja myślałam: „Właśnie dlatego”. Przychodzi moment, w którym dwoje ludzi staje się sobie nawzajem lustrami, w których widać już tylko to, co znajome. A ja potrzebowałam okna.

Lata później, w garderobie teatru na West Endzie, przed premierą *Marii Callas: Letters and Memoirs*, powtórzyła się ta sama scena, tylko role się odwróciły. To ja stałam przed lustrem, a za drzwiami czekała reżyserka.

— Boisz się? — spytała.

— Nie grałam na żywo od dwudziestu lat — powiedziałam. — Boję się, iż pęknie mi głos w połowie zdania i wszyscy to usłyszą.

Pękł. Dokładnie w scenie, w której Callas pisze list o samotności tak zwyczajnej, iż aż wstyd o niej mówić. Stałam na środku sceny, głos mi się załamał na słowie „nikt”, zamilkłam na sekundę, dwie, po czym dokończyłam zdanie już innym tonem, niższym. Widownia myślała, iż to reżyserski zamysł. Nikt się nie oklaskiwał głośniej niż zwykle. Tylko ja wiedziałam, iż przez chwilę naprawdę nie mogłam mówić.

Kiedy Sam Mendes zadzwonił w sprawie *Spectre*, siedziałam w kuchni w Paryżu, obierając jabłko dla Léonie.

— Czy to będzie rola, którą gra się twarzą? — spytałam, odkładając nóż.

— Nie — odpowiedział. — Lucia Sciarra to kobieta, która straciła wszystko i ma w sobie coś z wilczycy.

Zagrałam ją tak, żeby Daniel Craig nie musiał udawać, iż jestem młodsza, niż jestem. Bo nie jestem. I nie chcę być.

W 2026 roku, sześćdziesiąt dwa lata po tym, jak moja matka trzymała mnie za rękę na ulicy w Città di Castello, wchodziłam po schodach festiwalu w Cannes w sukni, która ważyła podobno sześć kilo, chociaż nikt jej nigdy nie zważył. Film Léi Mysius, *Histoires de la nuit*. Gram Cristinę, malarkę, która wybrała samotność na francuskiej prowincji.

Na górze schodów, tuż przed wejściem do Palais, zatrzymała mnie młoda dziennikarka z mikrofonem owiniętym logo lokalnej stacji.

— Pani Bellucci, czego się pani bała przez te wszystkie lata kariery?

Zatrzymałam się, chociaż fotografowie z dołu krzyczeli, żebym szła dalej.

— Że zostanę tylko opakowaniem — powiedziałam. — Że ktoś otworzy pudełko i będzie puste.

Moja córka Deva zaczyna teraz to samo, co ja zaczęłam w Mediolanie trzydzieści osiem lat temu. Kilka miesięcy temu, w kuchni naszego mieszkania, powiedziała mi, iż dostała propozycję sesji, za którą zapłacą jej więcej niż za trzy miesiące pracy w kawiarni, gdzie wtedy dorabiała.

— Mamo, co mam zrobić?

— Weź te pieniądze — powiedziałam. — Ale zapamiętaj twarz człowieka, który ci je da. I nigdy nie pozwól mu myśleć, iż kupił coś więcej niż zdjęcie.

Nie wiem, ile filmów jeszcze zagram. Wiem tylko, iż tamtego wieczoru w Syrakuzach, kiedy wróciłam do hotelu i powiesiłam sukienkę w kolorze wina na wieszaku, obiecałam sobie, iż nikt więcej nie każe mi tylko siedzieć i patrzeć. Sukienka wisi teraz w moim domu w Paryżu, w szafie, do której prawie nikt nie zagląda. Czasem otwieram te drzwi, dotykam tkaniny i sprawdzam, czy jeszcze pachnie tamtym latem w Syrakuzach. Już nie pachnie. Ale wciąż jest tam, gdzie ją zawiesiłam.

Idź do oryginalnego materiału