Miał trzydzieści dwa lata, kiedy po raz piąty usłyszał "nie" od własnego pracodawcy. Nazywał się Tomasz Wardęga, pracował jako inżynier w dziale konstrukcyjnym dużej krakowskiej fabryki podzespołów elektronicznych — miejsca, które kochał bardziej niż niejeden kocha własny dom. Korytarze pachniały lutowiem i kawą z automatu, w stołówce zawsze podawano tę samą zupę ogórkową w czwartki, a on od siedmiu lat siedział przy tym samym biurku pod oknem.
Nie marzył o własnej firmie. Chciał tylko budować dobre maszyny.
W garażu przy ulicy Lipowej, w bloku z wielkiej płyty na Podgórzu, złożył coś, co w 1975 roku wyglądało jak science fiction — niewielką płytkę, którą dało się podłączyć do klawiatury i zwykłego telewizora. Wieczorem, gdy sąsiad piętro niżej odkręcił radio na cały regulator i przez ścianę leciał "Dziennik", Tomasz nacisnął klawisz. Na ekranie pojawiła się litera.
Wtedy komputer nie kojarzył się z biurkiem w mieszkaniu. Kojarzył się z halą pełną szaf wielkości szafy grającej, z uczelnią, z fabryką — z czymś, do czego zwykły człowiek nie miał dostępu. A Tomasz patrzył na swoją płytkę i widział coś zupełnie innego: maszynę dla wszystkich.
Pracował w fabryce, więc uznał, iż wypada najpierw zaproponować pomysł swojemu zakładowi. Poszedł do kierownika działu. Odmowa. Napisał raport dla dyrekcji. Odmowa. Spróbował jeszcze raz, przez znajomego z planowania. Odmowa. Czwarty raz — przez związek zawodowy, licząc, iż ktoś przynajmniej przeczyta dokumentację. Odmowa. Piąty raz, już bez wielkich nadziei, złożył wniosek na piśmie do samego dyrektora technicznego.
Odpowiedź przyszła po trzech tygodniach, jedno zdanie na papierze firmowym: "Nie widzimy zastosowania rynkowego dla urządzenia przeznaczonego do użytku prywatnego."
Logika była zrozumiała jak na tamte czasy. Kto potrzebuje komputera w domu? Instytucje mają swoje maszyny, przedsiębiorstwa mają swoje ośrodki obliczeniowe. Brzmiało rozsądnie. Okazało się kompletnie chybione.
Obok Tomasza w tej historii stał jego przyjaciel z podwórka, Marek Siwiak — chłopak, który nigdy nie umiał polutować choćby prostego kabla, za to potrafił sprzedać śnieg Eskimosom. Tomasz przyniósł mu tę odpowiedź z fabryki, rzucił kartkę na stół w kuchni Marka i usiadł ciężko na taborecie.
— Przeczytaj to jeszcze raz — powiedział Marek, obracając kartkę pod światło, jakby chciał sprawdzić, czy pieczątka jest prawdziwa. — "Nie widzimy zastosowania rynkowego". Toma, oni nie widzą własnego nosa.
— To fabryka, Marek, nie wróżka. Oni liczą w tonach blachy i planach pięcioletnich.
— To dobrze, bo ja nie muszę liczyć w planach pięcioletnich. — Marek odsunął od siebie filiżankę, jakby robił miejsce na coś ważniejszego. — Sprzedajmy to.
— Sprzedajmy co? To jest płytka do klawiatury, nie masło.
— Wszystko jest towarem, jak ktoś go chce kupić. A ja ci mówię, iż ludzie będą chcieli.
Tomasz pokręcił głową, ale nie wstał od stołu. Chciał tylko pokazać schemat kolegom z klubu radioamatorów przy Domu Kultury — może ktoś by pomógł dopracować układ, może ktoś by powielił kilka egzemplarzy dla znajomych. Marek miał inny plan i, jak się okazało, dłuższy język niż Tomasz cierpliwości.
Żeby zebrać pieniądze na pierwszą partię, obaj postawili na szali to niewiele, co mieli. Marek sprzedał swojego malucha, fiata 126p, kupionego rok wcześniej za oszczędności z dorywczych fuch — oddał kluczyki nowemu właścicielowi na podwórku, choćby się nie obejrzał za autem, kiedy odjeżdżało. Tomasz zaniósł do komisu przy Starowiślnej swój kalkulator programowalny, sprowadzony z NRD przez kuzyna. Stał przed ladą dłużej, niż było trzeba, obracając go w dłoniach, zanim podpisał kwit.
Wiosną 1976 roku, razem z trzecim wspólnikiem, Henrykiem Budzyńskim, zarejestrowali w Krakowie małą spółkę pod nazwą Jabłoń — nazwa wzięła się od drzewa rosnącego pod oknem warsztatu, w którym lutowali pierwsze egzemplarze. Zamówienie na pierwsze dwadzieścia sztuk złożył sklep z elektroniką przy placu Nowym.
Siedzieli przy kuchennym stole Henryka do trzeciej nad ranem — Tomasz z lutownicą, Marek z listą części rozłożoną obok termosu z zimną już herbatą, Henryk sprawdzał każdą płytkę pod lampą, zanim odłożył ją na stos gotowych. Dwadzieścia sztuk. Zegar na kuchence wybił za piętnaście trzecia, kiedy Tomasz przyłożył ostatnią z nich do telewizora pożyczonego od sąsiada. Ręce mu się trzęsły, kiedy wciskał klawisz — nie inaczej niż przy pierwszej płytce w garażu, tyle iż teraz ktoś na to czekał i ktoś za to zapłacił.
Litera pojawiła się na ekranie. Marek walnął pięścią w stół tak, iż podskoczyły filiżanki.
— Dwadzieścia razy to samo i dwadzieścia razy działa — powiedział. — Toma, oni w tej twojej fabryce mogą sobie te odmowy oprawić w ramkę.
Rano zawieźli pudło do sklepu przy placu Nowym. Właściciel, pan Kaczorek, przeliczył sztuki, potem przeliczył pieniądze — sto dwadzieścia tysięcy złotych za całą partię, gotówką, w kopercie, którą Marek schował za pazuchę, zanim jeszcze wyszli za drzwi. Na ulicy stanęli we trzech, nie mówiąc nic, dopóki Henryk się nie roześmiał, cicho, jakby sam sobie nie dowierzał.
— No to mamy firmę — powiedział.
— Mamy pustą kopertę po kalkulatorze i pełną kopertę po komputerach — odparł Tomasz. — To chyba nazywa się postęp.







