Piątkowa noc i żona z cudzym zapachem

polregion.pl 6 dni temu

W piątek żona powiedziała, iż idzie z Kaśką na wino. Kaśka to jej przyjaciółka od liceum, znają się piętnaście lat. Nie protestowałem. Sam miałem ochotę obejrzeć mecz w spokoju, bez komentarzy z kanapy obok.

Wróciła o trzeciej nad ranem. Po cichu, żeby mnie nie obudzić. Nie zapaliła światła w przedpokoju, tylko od razu do łazienki. Usłyszałem szum wody i pomyślałem — bierze prysznic, żeby nie śmierdzieć winem.

Rano znalazłem w koszu na pranie jej sukienkę. Pachniała nie tylko winem, ale i jakimś szpitalnym środkiem dezynfekującym, tym samym, którym mama myła mi kolano po każdym upadku z roweru. Obok leżała bielizna, zwinięta w kulkę, z małym rdzawym śladem z boku, jakby ktoś przyłożył tam wacik. Pomyślałem, iż może się skaleczyła. Nie zapytałem.

Zrobiło mi się zimno, chociaż nie umiałem powiedzieć dlaczego.

— Jak było? — zapytałem przy śniadaniu.

— Dobrze, tylko Kaśka znowu gadała o swoim byłym. Nie wiedziałam, jak się od niej uwolnić.

Miała podkrążone oczy, jakby nie spała, tylko leżała i patrzyła w sufit. Nie zapytałem, dlaczego od tygodni chudnie, mimo iż je tyle co zawsze. Zamiast tego wyjąłem z portfela jej kartę lojalnościową z drogerii i pojechałem do pracy.

W robocie nie mogłem się skupić. Spawałem nadkola w starej hondzie, a przed oczami miałem ten rdzawy ślad na białej koronce. O trzynastej nie wytrzymałem. Zadzwoniłem do męża Kaśki, Tomka.

— Słuchaj, w piątek nasze żony były razem na winie. Twoja o której wróciła?

Po drugiej stronie zapadła cisza. Taka, w której słychać, jak ktoś przełyka ślinę.

— Moja wróciła zapłakana — powiedział w końcu Tomek. — Mówiła, iż coś jej w oko wpadło. A rano znalazłem w jej torebce kartkę. Nie jej pismem. Adres w Śródmieściu i numer mieszkania. Pytałem, co to, powiedziała, iż nic, iż to nie moja sprawa.

Poczułem, jak cała krew odpływa mi z twarzy. Adres. Numer mieszkania. Cudze pismo.

Po pracy pojechałem do teściowej. Nie wiem po co. Może chciałem, żeby ktoś dorosły powiedział mi, iż panikuję bez powodu. Teściowa siedziała przed telewizorem, oglądała powtórkę jakiegoś serialu brazylijskiego i piła melisę.

— Marek, ty wyglądasz jak z krzyża zdjęty — powiedziała, nie podnosząc się z fotela.

— Bo jestem. Wie pani, co się dzieje z Olą?

Teściowa zmrużyła oczy.

— A co miałoby się dziać?

— Chudnie. Wraca zapłakana. Ktoś obcy zostawia jej kartki z adresami. Coś przed nami ukrywa.

Teściowa odstawiła kubek. Chwilę nic nie mówiła, a potem wstała i podeszła do okna. Na parapecie leżał jej kalendarz z notatkami, stary, z zaznaczonymi datami wizyt u lekarzy. Zauważyłem, iż trzyma go otwarty na kwietniu, chociaż był wrzesień.

— Posłuchaj — odezwała się w końcu — i nie przerywaj mi. W maju Ola poprosiła mnie, żebym pożyczyła jej dziesięć tysięcy. Na badania, jak powiedziała. Dałam, nie pytałam jakie. W czerwcu poprosiła o kolejne siedem, tłumaczyła, iż dopłaca do jakiegoś leku, którego NFZ nie refunduje. W sierpniu sama, bez pytania mnie, przelała sobie z mojego konta osiem tysięcy. Zostawiła kartkę z przeprosinami i słowem "adwokat". Pomyślałam, iż rozwodzi się z tobą po cichu, i strasznie się na nią wściekłam. Nie zapytałam, dlaczego akurat teraz.

Wziąłem głęboki oddech.

— Jaki adwokat?

— Nie wiem. Nie chciała mówić. Powiedziała tylko, iż musi "to wszystko poukładać, zanim będzie za późno".

Wyszedłem od teściowej i pojechałem do miasta. Do tego adresu w Śródmieściu, który Tomek podyktował mi na koniec rozmowy. Kamienica z ciemną klatką, domofon z pękniętą szybką. Nie wszedłem. Stałem po drugiej stronie ulicy i patrzyłem na okna trzeciego piętra. W jednym paliło się światło, i w nim zobaczyłem sylwetkę Oli. Siedziała na krześle, a obok stał mężczyzna w czymś, co z tej odległości wyglądało na fartuch, i podawał jej szklankę wody. Pomyślałem wtedy, iż to musi być kochanek. Dopiero później zrozumiałem, iż trzymał ją za nadgarstek, jakby mierzył puls.

Tego wieczoru nie wróciłem do domu. Pojechałem do Tomka. Otworzył drzwi z butelką wódki w ręku.

— Wchodź. Obejrzymy mecz — powiedział.

Czerniaków Warszawa grał z Legią. choćby nie pamiętam wyniku. Wypiliśmy po dwie szklanki i rozmawialiśmy do rana. Tomek powiedział, iż od trzech miesięcy Ola i Kaśka co piątek wypożyczają samochód w wypożyczalni przy Dworcu Centralnym. Znalazł umowę w kieszeni kurtki żony.

— Po co im samochód, skoro obie mieszkają w mieście? — zapytałem.

— Nie wiem. Może żeby dojechać gdzieś, dokąd wstyd im jechać własnym.

Rano wróciłem do mieszkania. Było puste. Na stole leżała kartka. „Marek, muszę odejść. Nie szukaj mnie.” Bez podpisu. Bez wyjaśnień. Ale pod spodem leżało coś jeszcze — wyciąg z konta, którego nie znałem. Konto w banku, na które Ola co miesiąc przelewała pieniądze. Dwadzieścia tysięcy. Każdego miesiąca. Od stycznia. Przy jednym z przelewów dopisek: „rata za terapię, klinika prywatna”.

Wsiadłem w auto i pojechałem do tego mieszkania w Śródmieściu. Wszedłem po schodach, zapukałem. Otworzyła jakaś starsza kobieta w szlafroku.

— Przyszedł pan po Olę?

— Tak.

— Nie ma jej. Wyjechała wczoraj do szpitala. Ale zostawiła dla pana kopertę.

Kobieta podała mi cienką, białą kopertę bez znaczka. W środku był klucz i jedna kartka, pismem, którego nie znałem — pismem tej samej kobiety, która zostawiała kartki Kasi i Tomkowi.

„To nie jest moje pismo, Marek. To pismo Beaty, koordynatorki z grupy wsparcia dla chorych na raka. Ona i jej mąż pomagali mi umawiać wizyty i wożyć mnie na badania, kiedy bałam się prosić o to ciebie. Rak piersi, trzeci stopień. Ten adres to jej mieszkanie, tu odpoczywałam po chemii, zanim wracałam do domu z uśmiechem, żebyś niczego nie zauważył. Klucz należy do ciebie — to klucz do mieszkania w Śródmieściu, które wynajęłam na czas leczenia, bliżej kliniki. Nie chciałam, żebyś widział mnie taką, jaka byłam po zabiegach."

Nie pamiętam, jak wróciłem do samochodu. Pamiętam tylko, iż klucz ważył więcej niż cokolwiek, co kiedykolwiek trzymałem w dłoni. W kopercie znalazłem jeszcze jedno, co przeoczyłem od razu. Małe zdjęcie. Ola z jakąś kobietą w białym fartuchu, obie uśmiechnięte. Na odwrocie: „Prawdziwa Ola, Dolny Śląsk, oddział onkologii.”

Wróciłem do pustego mieszkania. Otworzyłem szafę. Wisiało tam kilka nowych rzeczy, których nigdy nie widziałem — luźne bluzy, miękkie spodnie, wszystko o rozmiar za duże, jakby kupowała je z myślą, iż będzie chudnąć. Na szafce nocnej leżały ulotki o rekonstrukcji piersi i terapii eksperymentalnej, o której czytała po nocach, kiedy myślała, iż śpię. Na jednej z ulotek, na marginesie, dopisała ołówkiem: „Nie mówcie mu. On tego nie przeżyje. Wolałabym, żeby był na mnie zły za kłamstwo, niż żeby patrzył, jak umieram po kawałku”.

Zadzwonił bzyczek domofonu. Zszedłem na dół. Przed klatką stał kurier z paczką zaadresowaną do Oli Nowak. Pokwitowałem. W środku znalazłem perukę, piękną, w kolorze ciemnego blondu. Pachniała lawendą. Do peruki przyklejona była mała karteczka z numerem oddziału i pytaniem: „Czy po radioterapii mogę nosić perukę, czy lepiej chustkę?”

I wtedy zrozumiałem, iż przez cały ten czas czytałem chorobę jak zdradę, bo zdrada byłaby łatwiejsza do zniesienia. Że wolałem podejrzewać ją o kochanka niż dopuścić myśl, iż mogę ją stracić.

Następnego ranka, bez wysyłania żadnych pytań, znalazłem numer oddziału onkologicznego w szpitalu wojewódzkim i zadzwoniłem. Podali mi godzinę odwiedzin: niedziela, od dwunastej do osiemnastej. Wsiadłem do samochodu. Przez całą drogę myślałem o jednym: iż może to jest ta jedna rzecz, której nie wolno mi spieprzyć.

Dojechałem. W rejestracji powiedziałem, iż szukam Oli Nowak. Pielęgniarka popatrzyła na mnie spod okularów, jakby oceniała, czy wytrzymam.

— Sala czternasta, łóżko przy oknie. Tylko proszę nie pytać jej o to, czy jest dzielna. Wszyscy o to pytają.

Wszedłem do sali. Zobaczyłem ją od razu, przy oknie, z chustką na głowie. Chudziutka, blada, ale to były jej oczy. Odwróciła się, zobaczyła mnie i otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć. Nie powiedziała nic. W ręku trzymała kartkę, tę samą, którą znalazłem na stole. Pomiętą, z zaczętym zdaniem: „Marek, muszę…”.

— Chciałaś, żebym cię znienawidził — powiedziałem, siadając przy łóżku. — Ale zostawiłaś mi klucz i zdjęcie. Chyba w środku sama nie wiedziałaś, czego chcesz. Chciałaś tylko, żebym się nie bał razem z tobą.

Nie zaprzeczyła. Ścisnęła tylko moją dłoń, jakby to była jedyna odpowiedź, na jaką miała siły.

Położyłem na kołdrze klucz z koperty i zdjęcie z Dolnego Śląska. A potem wziąłem ją za rękę — kościstą, zimną — i trzymałem aż do końca odwiedzin, nie pytając o nic, bo już nie było o co pytać.

Idź do oryginalnego materiału