Zamek do warsztatu wymienimy, bo mamie bardziej potrzebne! Żona bez słowa wybrała numer do brata z autolawety.
Marek wrzucił kluczyki od auta na stół w kuchni i zaczął rozpinać kurtkę, jakby wracał z pracy jak co dzień. Powiedział to od progu, tak zwyczajnie, jakby chodziło o starą lodówkę, którą i tak trzeba było wywieźć na złom.
Kasia znieruchomiała przy zlewie. Ścierka wyśliznęła jej się z ręki i wylądowała na kaflach.
— Jaki warsztat? — spytała, nie odwracając się.
— No a o czyim warsztacie niby mówię? Nie o swoim, bo swojego nie mam.
Marek zdjął buty, kopnął je w stronę szafki, wszedł do kuchni i zajrzał do garnka przez jej ramię.
— Jesteśmy rodziną, Kasiu. U mamy w Piasecznie dach cieknie od pół roku, w łazience grzyb się rozłazi po całej ścianie. Dzwoniła dziś, prawie płakała. Ekipę znalazła, tylko nie ma za co zapłacić. A ty masz ten warsztat po wujku, stoi, zarabia dwieście złotych miesięcznie z wynajmu jednego boksu. Trzeba się pozbyć balastu. Policzyłem — sprzedaż pokryje remont i jeszcze zostanie na nowe meble do salonu.
Kasia wyłączyła gaz pod zupą. W środku zrobiło się zimno od tej czystej, bezczelnej prostoty, z jaką to powiedział.
— Czemu to ja mam sfinansować remont twojej matki, sprzedając to, co zostawił mi wujek Zdzisiek?
Odwróciła się i spojrzała na męża.
— To jest mój warsztat. Zapisany na mnie w akcie notarialnym. Nie sprzedaję.
Marek skrzywił się, wyjął kubek z szafki, nalał wody z filtra. Ten jego protekcjonalny ton zawsze doprowadzał ją do szału. Wierzył święcie, iż pokłóci się dla zasady, pokrzyczy, a potem i tak ugnie się i zrobi tak, jak wygodnie jemu i jego drogiej Halinie.
— Znowu zaczynasz? — upił wody. — Wczoraj z mamą wszystko ustaliliśmy. Kupiec się znajdzie szybko, warsztat jest w dobrej lokalizacji, przy głównej drodze na Konstancin. W weekend pojadę zrobić zdjęcia do ogłoszenia.
— Nie zgadzam się na sprzedaż. Niech twoja mama weźmie kredyt. Albo ty weź. Skoro już wszystko ustaliliście.
— Kasiu, nie rób problemu z niczego — głos Marka stracił resztki dobrodusznego tonu. — Ty tam bywasz raz na kwartał, żeby zapłacić czynsz za media. A matka ma prawdziwy kłopot.
To akurat było jasne. Halina od zawsze traktowała majątek synowej jak wspólną kasę, z której można czerpać w razie potrzeby. Kiedy trzy lata temu wujek Zdzisiek zapisał Kasi warsztat samochodowy przy ulicy Sarniej, teściowa pierwsza przybiegła z planami — iż trzeba rozbudować, postawić drugi boks na auto dla Marka, a resztę wynająć jakiemuś mechanikowi. Kasia postawiła się wtedy. Obroniła swoje. Powiedziała, iż warsztat zostaje jak jest, wynajęty jednemu najemcy, spokojnie i bez kombinacji. Teściowa obraziła się na pół roku.
Tylko iż Marek i tak znalazł zastosowanie dla tego kawałka podwórka za warsztatem. Przez ostatnie dwa lata zwoził tam złom. Stare felgi, kawałki blachy z jakiejś budowy, części po aucie, które sprzedał już dawno temu.
— Przyda się, żelastwo teraz drogie — machał ręką na jej pretensje.
W efekcie połowa podwórka zarosła metalowym rupieciem, a najemca dzwonił i pytał, kiedy w końcu ktoś to sprzątnie, bo nie ma gdzie postawić auta klienta.
— Moja odpowiedź brzmi nie, Marek — powiedziała twardo, krzyżując ręce na piersi. — Warsztat jest mój. Nie sprzedaję. Koniec tematu.
Marek postawił kubek na blacie z hukiem. Woda chlusnęła na stół.
— To ja jutro wiozę tam pośrednika. Wycenimy wszystko. A jak znajdą się kupcy z gotówką, zobaczę, jak odmówisz podpisania papierów. Mama już zaliczkę ekipie obiecała. Nie zrobisz mi wstydu przed matką. Powiedziałem — sprzedajemy, to sprzedajemy.
Odwrócił się gwałtownie, wyszedł do przedpokoju, chwycił kurtkę i kluczyki.
— Jadę do mamy, pomogę jej się spakować przed remontem! — krzyknął od drzwi. — A ty se ochłoń i pomyśl o swoim egoizmie!
Drzwi trzasnęły. Kasia stała na środku kuchni. W skroniach jej pulsowało. Więc już wszystko zdecydował. Zaliczkę obiecał. Pośrednika znalazł. A ją postawiono przed faktem, bo „mamie bardziej potrzebne".
Spojrzenie padło na telefon leżący na parapecie. Pośrednika jutro tam zawiezie, akurat. Wzięła komórkę i przewinęła kontakty do litery „T".
Sygnał nie trwał długo.
— Tomek? Cześć, to ja, Kasia, sąsiadka z Sarniej.
— O, gości mamy! — zabrzmiał w słuchawce bas sąsiada, miejscowego złotej rączki, który prowadził lawetę i miał warsztat dwie posesje dalej. — Cześć, sąsiadko. Co, znowu twój mąż złom przywiózł? Niedługo do mnie się przesypie przez płot.
— Gorzej, Tomek. Słuchaj, chwaliłeś się w zeszłym tygodniu, iż kupiłeś nową spawarkę? Mocną, na trzy fazy?
— Było coś takiego — Tomek spoważniał. — A co, coś podspawać trzeba?
— Trzeba. Bardzo trzeba. I nie byle co. Jesteś dziś w domu? Zaraz przyjadę. Mam sprawę. Pilną i, myślę, iż ci się spodoba.
— Czekam — odpowiedział krótko sąsiad.
Kasia wzięła kluczyki do swojego dostawczego auta, tego samego, którym wujek Zdzisiek kiedyś woził klientom naprawione silniki, i pojechała na Sarnią.
Tomek czekał już przy bramie, w kombinezonie, z papierosem w kącie ust.
— No mów — powiedział, gasząc peta o słupek.
— Trzeba zaspawać bramę wjazdową na stałe. I zmienić zamek w drzwiach do biura. Dzisiaj.
Tomek uniósł brwi, ale nic nie powiedział — tylko poszedł po spawarkę.
Przez dwie godziny warsztat wypełniał się iskrami i zapachem spalonego metalu. Kasia stała z boku, z rękami w kieszeniach kurtki, i patrzyła, jak Tomek zaspawa starą, zardzewiałą bramę od wewnątrz stalowym prętem — tak, iż otworzyć ją teraz można było tylko od strony podwórka, kluczem, który miała wyłącznie ona. Nowy zamek w drzwiach biura błyszczał jeszcze fabrycznym smarem. Z boksu wynajmowanego lokatorowi dobiegał warkot podnośnika — ten przynajmniej robił swoje, płacił czynsz i nie mieszał się w rodzinne sprawy.
Kiedy skończyli, Tomek wytarł ręce szmatą i spojrzał na nią z ukosa.
— Mąż wie?
— Jeszcze nie. Dowie się jutro, jak przyjedzie z pośrednikiem.
Wieczorem Marek wrócił po dziesiątej, pachnący papierosami matki i pełen entuzjazmu.
— Mama się ucieszyła, iż pomagamy. Pośrednik przyjedzie jutro o dziesiątej, umówiłem się.
— Umawiaj — powiedziała Kasia, nie podnosząc wzroku znad książki. — Tylko na warsztat go nie wpuścisz. Nie masz klucza. I nie będziesz miał.
Nazajutrz o dziesiątej pod bramą na Sarniej stał Marek z panią w garsonce i teczką pod pachą. Brama nie chciała się ruszyć — ani pociągnięta, ani popchnięta. Marek szarpał za nią, aż w końcu zauważył świeży ślad spawu wzdłuż całej szczeliny.
Zadzwonił do Kasi.
— Co to ma być?! Zablokowałaś bramę?!
— Zamieniłam ją w ścianę — odpowiedziała spokojnie. — I zmieniłam zamek w biurze. Warsztat jest mój, Marek. Zapisany na mnie u notariusza, akt masz w segregatorze w naszej szafie, sam go tam wsadziłeś, kiedy pomagałeś mi po pogrzebie wujka poukładać papiery. Możesz go sobie przeczytać, jak wrócisz do domu.
— Pani agentko, przepraszam, chyba nic z tego nie będzie — usłyszała w tle zmieszany głos pośredniczki.
Marek wrócił wieczorem. Nie krzyczał — usiadł przy stole, jakby z niego uszło powietrze.
— Zrobiłaś ze mnie idiotę przed obcą kobietą.
— Ty zrobiłeś to najpierw, kiedy obiecałeś mamie zaliczkę z pieniędzy, których nie masz prawa dawać.
Milczał. Kasia wyjęła z torebki złożoną kartkę — wydruk z konta firmowego warsztatu — i położyła na stole obok jego kluczyków od auta, tych samych, które rzucił dzień wcześniej z takim rozmachem.
— Tu jest osiemnaście tysięcy złotych, które zarobił ten warsztat przez trzy lata. Z tego jutro zapłacę firmie z Piaseczna, żeby wywieźli twój złom na skup i zrobili miejsce dla klienta najemcy. Reszta zostaje na koncie warsztatu. Na remont u twojej mamy dam pięć tysięcy, z moich pieniędzy, bo lubię twoją matkę, mimo wszystko. Ale to ja decyduję, ile i kiedy. Nie ty jej obiecujesz, a ja płacę.
Marek podniósł na nią wzrok, chciał coś powiedzieć, ale nie znalazł słów. Za oknem, na klatce schodowej, ktoś włączył stare radio — leciała piosenka Anny Jantar, ta sama, która grała im na weselu sześć lat temu. Kasia wstała, zabrała kartkę ze stołu, złożyła ją z powrotem i schowała do segregatora w szafie — tam, gdzie leżał akt notarialny. Zamknęła drzwiczki na klucz.













