Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć coś niesamowitego, co wydarzyło się ostatnio w Filharmonii Narodowej w Warszawie. To była inauguracja Festiwalu Międzynarodowego Muzyki Klasycznej wiesz, cała śmietanka muzyczna z różnych zakątków świata zjechała się do stolicy. Wieczór miał być hołdem muzyce europejskiej: Chopin, Mozart, Beethoven… Największą gwiazdą był Klaus Friedrich Simmerman, legendarny niemiecki pianista, sędziwy już facet grubo po sześćdziesiątce, z włosami gładko zaczesanymi do tyłu, w smokingu, taki typ co zdobył serca melomanów w Wiedniu, Berlinie czy Nowym Jorku. Właśnie zakończył wirtuozerskie wykonanie Koncertu fortepianowego Mozarta nr 21 i dostał owację na stojąco, a sala dosłownie pulsowała od braw.
Wyobraź sobie, iż w ostatnim rzędzie, zupełnie niewidoczna, siedziała nasza Jagna Sikora, młoda dziewczyna z podwarszawskiej wsi, lat 25, w tradycyjnym stroju kaszubskim białe haftowane kiecki, warkocz na plecach. I co trzyma w ręku? Diabelskie skrzypce, lokalny instrument, zupełnie niepasujący do sztywnej atmosfery filharmonii otulonej historią muzyki klasycznej.
Jagna tam trafiła dzięki organizatorom festiwalu, którzy chcieli wcisnąć pod koniec koncertu w zamyśle, trochę dla przyzwoitości mikroskopijny pokaz polskiego folkloru muzycznego. Ledwie pięć minut po trzech godzinach Chopina i Mozarta. Taki gest, żeby pokazać, iż i nasza kultura się liczy, ale żeby nie przeszkadzać za bardzo. Jagna pochodziła ze wsi Wdzydze, gdzie muzyka kaszubska jest nie tylko tradycją, ale i sposobem na życie. Jej dziadek, pan Józef Sikora, był mistrzem diabelskich skrzypiec to on nauczył Jagnę grać, odkąd była malutka, siedząc u niego na kolanach, a jego zniszczone dłonie pokazywały jej, iż muzyki nie gra się palcami, tylko sercem.
Pamiętasz, jak dorośli mówią, iż każda nuta i każde muśnięcie struny opowiada historię? Dziadek powtarzał: Muzyka musi mieć duszę, Jagusiu. Tu jest Polska, tu jest nasza ziemia, nasze korzenie kaszubskie, słowiańskie, niemieckie i żydowskie, wszystko się tutaj łączy. Po jego śmierci, sześć miesięcy wcześniej, zostawił są Jagnie swoje skrzypce i prosił: Zanieś je w świat, dziecko. Niech zobaczą, iż nasza muzyka nie jest gorsza niż ich. Jest inna, ale ma taką samą wartość.
Kiedy Klaus schodził ze sceny, mijał korytarz, gdzie Jagna czekała na swój występ, podsłuchała rozmowę z dyrektorem festiwalu, panem Włodzimierzem. Klaus pyta po angielsku, z sardonicznym uśmieszkiem: A teraz będzie muzyka ludowa? Taki folklor, co? Dyrektor speszony tłumaczy, iż tak, krótki pokaz muzyki kaszubskiej na zakończenie. Klaus patrzy na Jagnę i jej instrument, mrużąc zimne niebieskie oczy: Diabelskie skrzypce? Słyszałem coś o tym chaotyczny hałas, żadnej techniki. Prosta gra, żadnej skomplikowanej harmonii.
Wiesz, jak Jagna się wtedy poczuła! Zalała ją fala gniewu i dumy skrzypce jej dziadka nigdy nie służyły do rozrywki dla turystów. Na nich grało się na weselach, pogrzebach, chrztach muzyką cieszyli się i opłakiwali. Klaus, z klasą i wyższością, jeszcze jej dodaje: Folklor jest malowniczy, ale nie można go porównać do muzyki klasycznej tej wyrafinowanej, wymagającej lat formalnych studiów… Jagna, drżąc ze złości, nie strachu, odpowiada: Diabelskie skrzypce mają 300 lat tradycji. Mają głębię i historię są kaszubskie, słowiańskie, i niepowtarzalne. Na co Klaus macha ręką z pobłażaniem: Kochana, rozumiem. Ale powiedzmy sobie szczerze to rozrywka, nie sztuka.
Po tej rozmowie Jagna zamyka się w ciasnej garderobie zupełnie innej od luksusowej sali dla gwiazd jak Klaus. Siedzi, obejmuje instrument swego dziadka i pozwala wspomnieniom płynąć: siedemletnia Jagna, letni wieczór pod domem dziadka, a cała rodzina gra do rana. Ludzie tańczą po kaszubsku, śpiewają do muzyki improwizowane teksty humor, mądrość, opowieści o codzienności. Dziadek powtarzał: To nasza modlitwa do przodków, do ziemi. Skrzypce grają naszą duszą.
Jagna postanawia: Nie dam się zdeptać. Muzyka to nie dyplomy i notacje. To samo serce. Wchodzi do niej jedna z organizatorek, pani Teresa, która mówi: Zostało 10 minut gotowa jesteś? Jagna prostuje się w swoim stroju kaszubskim: Jestem gotowa. Teresa dodaje z wahanie: Słyszałam, co powiedział Niemiec… Przykro mi, Jagna. Ale Jagna twardo: Niech patrzy. jeżeli nie zrozumie, to jego strata, nie nasza.
Na scenę wchodzi konferansjer: Szanowni państwo, na zakończenie naszej wspaniałej muzycznej uczty, zapraszamy na krótki pokaz kaszubskiej muzyki ludowej w wykonaniu Jagnę Sikora. Oklaski bardziej uprzejme niż żywiołowe. Widać, iż dla tej publiczności Jagna to tylko sympatyczny folklor na deser po kolacji. Niektórzy już wychodzą albo zerkają na telefony. Klaus siedzi w trzecim rzędzie, sztywno, jakby złożył ręce z uprzejmości. Obok niego wiolonczelistka z Francji, skrzypek z Włoch, sopranistka z Austrii znudzone twarze, zero emocji.
Jagna siada pośrodku sceny, sama, z małym kaszubskim instrumentem. Nie reżyseria, nie efektowna orkiestra tylko dziewczyna z diabelskimi skrzypcami. Publiczność trochę zdezorientowana. Jagna poprawia skrzypce, czuje na sobie ciężar spojrzeń i niedocenienia. Bierze głęboki oddech i myśli o dziadku, o swoich korzeniach, o tych, co przed nią grali po wsiach i dworach, śpiewając ku euforii i żałości.
Pierwsze dźwięki są delikatne, ciche, prawie nieśmiałe. Od razu czujesz, iż ten instrument to nie jakiś Steinway dźwięk jest szorstki, ziemisty, surowy. Klaus kręci głową, myśląc: Nic trudnego, żadnej harmonii. Ale wtedy Jagna zamyka oczy i pozwala muzyce płynąć. Rytm kaszubski meandruje przez scenę coś z Afryki, coś ze wschodu Europy, coś, co mogli stworzyć wyłącznie Polacy. I zaczyna śpiewać, wyciągając głos prosto z serca: Przez Kaszuby idę, nie wrócę tu już, gdy nie wrócę za życia, wrócę po śmierci znów…
Sopranistka z Austrii podnosi głowę znad telefonu coś ją porusza. Nie była to operowa technika, ale była w tym prawdziwa emocja. Jagna gra dalej i improwizuje tekst, jak przystało na kaszubską tradycję: Pan z Niemiec mówi, iż moja muzyka to hałas, ale moje skrzypce śpiewają to, czego nie ma w jego fortepianie. Słychać poruszenie w pierwszych rzędach niektórzy nie kryją zaciekawienia. Jagna ciągnie dalej: Mojej muzyki nie znajdziesz w nutach czy książkach, ona jest w sercu moich dziadków.
Klaus czuje dziwne ukłucie dziewczyna nie gra, ona opowiada. Ta improwizacja wymaga innej, nieakademickiej techniki tworzenia na żywo, spontaniczności, odwagi. Kiedy był ten ostatni raz, gdy sam improwizował? Przestał o tym myśleć dawno temu.
Jagna przyspiesza tempo muzyka kaszubska, jak zawsze, niesie w sobie euforia i nostalgię zarazem. Mam ręce spracowane jak ziemia, którą kocham. Nie mam dyplomów, ale wiem, co gram. Pani Teresa płacze za kulisami, bo zna historię Jagny, jej walkę o uznanie muzyki kaszubskiej. Skrzypek z Włoch pochyla się do przodu, widzi coś wybitnego nie technika klasyczna, ale autentyczność.
Jagna przechodzi do Kaszubskich nocy, melodii pogrzebowej, którą grywał jej dziadek na pożegnanie zmarłych. Łzy płyną jej po policzkach, ale nie ze wstydu. Po raz pierwszy od śmierci dziadka czuje go obok siebie jakby prowadził jej ręce. Śpiewa: Już odszedł ten, który śmiał się serca, na jego grobie kaszubska ziemia. Klaus, twardziel od europejskiej klasyki, łamie się jedna łza, potem kolejne. Francuska wiolonczelistka płacze, sopranistce łamią się ręce i głos, skrzypek z Włoch ociera oczy… cała sala siedzi w ciszy, nie rusza się choćby na sekundę.
Muzyka Jagny jest niedoskonała technicznie momentami głos jej drży, ale właśnie dzięki temu jest prawdziwa. W tym momencie zatrzymał się czas; nie ma już Filharmonii, jest dom dziadka we Wdzydzach, kaszubska noc, zapach kawy, gotowanych kartofli, mazurki grane na skrzypcach, a wokół brzęczy życie, miłość i strata.
Jagna kończy utwór, zatrzymuje się w bezruchu, a cisza w sali jest tak gęsta, iż można ją kroić. Nikt się nie rusza. Po chwili Klaus wstaje powoli, ocierając łzy. Zmęczony, złamany, idzie powoli na scenę i zgadnij co, klęka przed Jagną.
Publiczność zamarła. Klaus, legenda, klęczy przed kaszubską dziewczyną z diabelskimi skrzypcami. On chwyta jej ręce i mówi łamanym polskim: Przepraszam, byłem głupi i ślepy. Czterdzieści lat grałem i dziś młoda Polka uczy mnie, iż muzyka jest w sercu. Nigdy nie czułem tego tak, jak dziś. Jagna nie wie, co powiedzieć, łzy płyną jej ciurkiem. Klaus wstaje, odwraca się do publiczności: Oceniałem muzykę po nutach, po strukturze ale dziś zrozumiałem, iż prawdziwa muzyka łączy ludzi, daje im sens.
Jagna wreszcie przemawia: Nie chciałam pana obrazić…. Klaus delikatnie przerywa: Nie obraziłaś mnie. Dałaś mi największy dar przypomniałaś mi, czym jest muzyka. Odwraca się do wszystkich i mówi: Grałem w największych salach świata, ale nigdy nie poruszyła mnie muzyka tak, jak dziś ta kaszubska dziewczyna. Ona jest mistrzem, nie ja.
Z boku festiwalu płaczą organizatorzy. Kaszubscy muzycy płaczą z dumy. Klaus podaje rękę Jagnie: Czy nauczysz mnie muzyki kaszubskiej? Chciałbym być uczniem. Jagna odpowiada: Tylko jednego nie mów do mnie mistrzu. Nasza muzyka to wspólna podróż, nie hierarchia. Klaus uśmiecha się przez łzy: Podróżnicy dobrze brzmi.
Dyrektor festiwalu wbiega na scenę: To historyczna chwila prawdziwy most między kulturami! Pyta, czy zagrają coś razem. Publiczność wręcz krzyczy z radości.
Klaus siada do fortepianu, a Jagna do skrzypiec. Znasz Mazurka Dąbrowskiego? pyta Jagna. Klaus: Tylko trochę poprowadź mnie. Jagna zaczyna delikatnie, jej głos unosi się, śpiewa o ziemi polskiej, a Klaus powoli dodaje akordy fortepianu, nie klasyczne, ale podążające za melodią. Dźwięki tych dwóch światów wreszcie się spotykają nie ma tu podziałów, jest jedność.
Cała sala płacze, dorośli i młodzi, Polacy i goście z zagranicy. Muzycy z Europy szepczą do siebie: Przyjechaliśmy uczyć Polaków muzyki, ale to my uczymy się sensu bycia muzykiem. Po owacji nie tej kurtuazyjnej, ale prawdziwej, wściekłej, z łzami i wzruszeniem Klaus i Jagna przytulają się na scenie. W tym geście jest historia, pojednanie, odejście od dumy, powrót do prostoty, do serca.
Potem media trąbią wszędzie: Niemiecki pianista uczniem polskiej wsi!, Duma Europy, łzy na kaszubskim instrumencie! Klaus zostaje w Polsce dwa tygodnie. Jeździ codziennie do Wdzydz, uczy się gry, poznaje filozofię wspólnego grania, nie ze sceny, ale razem w domach, na podwórkach. Słucha opowieści dziadka Józefa, uczy się improwizacji, śpiewa po kaszubsku coraz lepiej oddycha muzyką bez nut i bez oceniania.
Na koniec organizuje konferencję prasową w Filharmonii: Przyjechałem do Polski z pychą, a wracam odmieniony. Uczyłem się całe życie muzyki klasycznej, sądząc, iż jest lepsza niż inne. A tu nauczyłem się, iż prawdziwa muzyka to nie dyplom, nie skomplikowane nuty, tylko serce i wspólnota. Dziadek Józef nigdy nie czytał nut, a był mistrzem. Ja z moimi dyplomami wciąż byłem uczniem. Jadę teraz w świat, by słuchać i uczyć się od tych, którzy grają z duszy w Ameryce Południowej, w Afryce, w Azji…
Wiesz co? Od tamtej nocy muzyka w Warszawie nie będzie już taka jak dawniej. I chyba w całej Polsce bo wszyscy cię nauczyć, iż nie ważne czy grasz Mozarta czy kaszubskie pieśni dopóki grasz sercem, jesteś prawdziwym muzykiem.








